Gdzie szosy biała nić, tam śmiało bracie wyjdź

        i nie martw się co będzie potem. Autostop, przez „miłośników komuny” uważany za kolejne narzędzie używane do śledzenia obywateli, w rzeczywistości pozwolił rzeszom młodych ludzi na swobodne, darmowe podróżowanie po kraju. Wymóg posiadania 150 złociszy na książeczce PKO, które zresztą można było wyjąć natychmiast po zarejestrowaniu książeczki z kuponami, nie był żadnym ograniczeniem tej swobody, a przeciwnie, niejednokrotnie pozwalał znużonym wędrówką autostopowiczom na powrót do domu koleją czy PKS – em, lub na kilka porządnych posiłków. Jeżeli był jakimś narzędziem kontroli to jedynie tych wyrzutków, którzy dziękowali kierowcom za przysługę pociętymi fotelami lub innym wandalizmem. Niejednokrotnie zapobiegały również drobnym kradzieżom z ciężarówek lub samochodów dostawczych. Bowiem zbierane przez kierowców kupony pozwalały na łatwe odnalezienie zarejestrowanego delikwenta. Zresztą w latach największej popularności książeczka autostopu była wręcz niezbędnikiem, który umożliwiał takie podróżowanie. Bowiem kierowcy zachęcani przez radio nagrodami za uprzejmość i ostrzegani przed wandalizmem w zasadzie przestali zabierać podróżników „na palucha”. Dlatego zagraniczni autostopowicze odwiedzający PRL też korzystali z książeczek. Osobiście korzystałem z autostopu tylko na stosunkowo krótkich dystansach. Nie tylko dlatego, że wylotówki z miast były w sezonie wakacyjnym wręcz oblężone przez konkurentów łaknących podróży. Przy okazji czekania można było przecież zawrzeć interesujące znajomości. Po prostu bardzo ciężko było złapać okazję na podróż długodystansową. Ponieważ starałem się co roku poznać inny region naszego pięknego kraju, wolałem nie marnować kilku dni na dojazd nad morze czy w góry i poświęcić ten zaoszczędzony czas na piesze wędrówki po wybranej krainie. Na dodatek przeważnie nie czekałem z innymi na wylotówkach, ale łapałem okazje idąc wzdłuż szosy do kolejnej miejscowości. Niejednokrotnie lokalni kierowcy, którzy podrzucali nas kilkanaście kilometrów, proponowali jakieś ciekawe miejsca, o których istnieniu i pięknie nie mieliśmy pojęcia. Dzięki temu w czasie podróży wzdłuż Bałtyku, przekonałem się, że jeziora Pobrzeża Słowińskiego są znakomitą alternatywą dla morza przy niepewnej pogodzie i odkryłem uroki Pojezierza Pomorskiego, które pozostaje niemal nieznane do dzisiaj, bo wszyscy się pchają na przereklamowane Mazury. Przy tym Mazury nie bardzo się nadają do autostopu, bo najlepiej jest oceniać ich urok z żaglówki, kajaka, lub w ostateczności korzystać z, wtenczas państwowej żeglugi, która na pewno zaskoczy niezorientowanych statkami poruszającymi się dzięki zmyślnemu urządzeniu po torach, aby mogły przedostać się na inne jezioro. Bez istnienia autostopu zapewne nie odwiedziłbym niemal każdej wioski nadmorskiej od Krynicy Morskiej do Świnoujścia, wybierając przy tym najlepsze bazy do zabawy i wylegiwania się na złotym piasku na dłuższe pobyty w kolejnych latach. Wprawdzie w latach 60 – tych nawet duże i popularne wczasowiska, poza Sopotem, nie były jeszcze specjalnie zatłoczone, ale już w następnej dekadzie takie dziury jak Rozewie, Niechorze, czy Rewal pozwalały na uciechy bez potrzeby zrywania się przed świtem, aby zająć kawałek miejsca na plaży. Zapewne bez autostopu nie przemierzyłbym także (dla mnie nieciekawych) Bieszczad, a być może nie odkryłbym również Sandomierza, Lublina, Zamościa i Majdanka, nie wspominając o pełnych zaskakujących widoków Beskidach. Tak to dzięki wrednym komuchom, książeczkowi autostopowicze korzystali masowo ze swobody jaką dawała darmowa podróż, czasem w niezaplanowanym kierunku, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że są kontrolowani przez wszystkowiedzącą bezpiekę, choć nie mogło umknąć ich uwagi, że końcówka książeczki nie zawiera fraszek i dowcipów tylko próbuje ich indoktrynować. Tyle, że nawet wielogodzinne oczekiwanie, na czasem oblepionych ich konkurentami wylotówkach, nie potrafiło nikogo zmusić do czytania tych dyrdymał.

Polska młodzież śpiewa polskie piosenki.

              Według mediów, które robią wszystko aby oczernić PRL, ówczesne władze, z zacietrzewieniem godnym lepszej sprawy, walczyły z muzycznym trendem zwanym rock and roll. Tymczasem jak spojrzymy na historię muzyki, która jest z przyjemnością grana i słuchana do dzisiaj, to od narodzin miała ona pod górkę na całym świecie.

            Początki nowego trendu w muzyce nie były łatwe nawet za Oceanem. Lata pięćdziesiąte w kraju broniącym wszelkich wolności to czasy dyskryminacji rasowej, a rock and roll, podobnie jak blues, był początkowo muzyką potomków Wuja Toma. Kto wie czy kiedykolwiek wyszedłby poza kluby młodzieżowe południa USA, gdyby nie biały chłopak z Memphis, Tennessee. Obdarzony pięknym głosem, sympatyczny i przystojny Elvis był tym, który otworzył szeroko drzwi dla rock and rolla. Przez kilka pierwszych lat kariery, wykonywał głównie utwory swoich czarnych kolegów. Oni nie mieli nic przeciwko temu, pomimo że to Elvis zgarniał wszystkie laury, gdyż był to dla nich chłopak z podwórka. Urodził się w biednej rodzinie i wychowywał się wśród nich. Radio, a nieco później Hollywood, chętnie popularyzowały nową muzykę, bo tłukły niezłą kasę na Elvisie. Lawina ruszyła, ale rozpędzała się powoli.

           Nam się wmawia, że ówczesne władze PRL – u wręcz zwalczały rock and rolla. Jest to tylko półprawda. Bowiem z jakiegoś powodu ta muzyka była nielubiana przez wszystkie rządy świata. W USA niektóre lokalne samorządy próbowały nawet likwidować stacje radiowe nadające na ich terenie rock and rolla, wydając zakazy zlecania im reklam przez miejscowych przedsiębiorców. Ponieważ było to główne źródło finansowania rozgłośni, zakazy mogły by być skuteczne, gdyby nie zdecydowane protesty młodzieży i co rozsądniejszych członków lokalnych społeczności. W Wielkiej Brytanii, gdzie nowa muzyka trafiła najwcześniej zza Oceanu, była uważana przez polityków niemal za narzędzie szatana (wpływała zbytnio na rozluźnienie obyczajów) i grana wyłącznie w klubach, dla kilkusetosobowej widowni. Politycy czepiali się nawet niechlujstwa, a przede wszystkim długich włosów, albo po naszemu kudłów muzyków. Gdy dzisiaj patrzymy na wczesne występy ukrawaconych, odzianych w ciemne garniturki, z na pewno nie militarnymi, ale jednak zadbanymi i ulizanymi fryzurami, Beatlesów czy Rolling Stonesów, to ogarnia nas na te napaści jedynie pusty śmiech. Brytyjskie zespoły przywlokły rock and rolla do kontynentalnej Europy na zaproszenia właścicieli klubów, którzy chcieli nieco rozruszać interes. Trzeba było kilku lat zanim rock and roll stał się muzyką głównego nurtu.

            Podobnie jak na Zachodzie, także u nas nowa muzyka rodziła się w bólach. Zespoły, które się z nią zmierzyły, jak np. Czerwono Czarni, grały przede wszystkim już uznane standardy rock and rolla, na dodatek po angielsku. Przełom nastąpił, gdy wymyślono dla tej nowości rodzimą, choć ciągle anglojęzyczną nazwę – Big Beat, a Niebiesko Czarni rzucili hasło:          „ Polska młodzież śpiewa polskie piosenki ”. Nie trzeba już było wyważać drzwi. Bigbeatowe zespoły powstawały jak grzyby po deszczu. Niektóre z nich przetrwały nawet zmianę ustroju, inne, jak wyśmiewana i poniżana przez media Karin Stanek, która pozostawiła po sobie „Autostop” i „Chłopak z gitarą” , zabłysły jedynie na chwilę. Wkrótce nowa muzyka dostała się również na salony partyjne, a ulubione przez „komuchów” z najwyższej półki gwiazdy, jak Kasia Sobczyk, czy Czerwone Gitary, musiały im przygrywać w Sylwestrową noc, zamiast same się gdzieś zabawiać, albo grać dla szerokiej publiczności jak to się dzieje teraz. Szafy grające, które młode pokolenie może zobaczyć w amerykańskich filmach z lat sześćdziesiątych, znajdowały swoje miejsce w coraz większej ilości knajpek, umilając za drobną opłatą życie polskiej młodzieży. Polskie Nagrania i Muza wydawały płyty z rock and rollem. Dla niecierpliwych powstało całe mnóstwo „Studiów nagrań”, gdzie niemal na drugi dzień, można było kupić na marnej jakości „płytach pocztówkowych” najnowsze przeboje. Ba, można było na taką płytę nagrać życzenia z okazji, lub bez, dla dziewczyny czy chłopaka.

    Mimo to źródło prawd wszelakich, Radio Wolna Europa, nadal twierdziło, że „komuchy” wręcz nie pozwalają nawet słuchać big beatu. Miało to swoje dobre strony, a to dzięki codziennej anty-komuszej audycji tegoż radia „rendez-vous ( ran de wu) o szóstej dziesięć ”. Korzystając ze zdobyczy nowoczesnych technologii, czyli koreańskiego tranzystora, chodziliśmy sobie z kolegą z podstawówki, niemal codziennie, po okolicznych ulicach, karmiąc siebie i otwarte okna najnowszymi piosenkami zagranicznych zespołów. Niejednokrotnie mijaliśmy przedstawicieli MO, którzy jakoś nigdy nas nie zaczepili. Widocznie nie mieli pojęcia, że powinni brutalnie zwalczać zwolenników rock and rolla. O RWE nie wspominając.

 

 

 

 

 

 

Kolorowa szarzyzna PRL.

                   Dzisiaj panuje powszechna opinia, że Polska Rzeczpospolita Ludowa to okres powszechnej szarzyzny i beznadziei. Osobiście uważam, że taką tezę można udowodnić jedynie dzięki powszechności biało czarnych fotek. Pomimo istnienia kolorowej fotografii, niewielu mogło sobie na nią pozwolić. W latach pięćdziesiątych dotyczyło to nawet wzbogaconej na wojnie Ameryki. Oprócz sztuki malowanej, rzeczywistość uwieczniało się w odcieniach szarości, dzięki czarno białej technice fotograficznej stosowanej zarówno do zdjęć jak filmów. Później nastąpiła era czarno białej telewizji, która w Polsce przedłużyła się ponad miarę. Jednak brak powszechności kolorowej techniki utrwalania codzienności wcale nie znaczy, że nie ma kolorowych obrazów z tamtych dni. Po prostu nie ma na razie chętnych, którzy chcieliby pokazać, kolorową PRL – owską, jak to ładnie ujęli Rosjanie, prawdę czasu, prawdę ekranu.

            Powojenne lata czterdzieste i pięćdziesiąte w krajach demoludów i zachodniej Europie właściwie niczym się nie różnią, jeżeli chodzi o przeciętny wygląd ulicy. Wszechobecność ruin i konieczność szybkiej odbudowy, powodowały, że ściany zewnętrzne domów i kamienic miały ceniony dzisiaj wygląd surowej cegły, lub różne odcienie szarych, rzadziej beżowych tynków. Zależało to jedynie od naturalnych składników mieszanki piasku i cementu. Nikt nie bawił się w dodawanie farb, bo zrujnowanych wojną krajów nie było stać na takie ekstrawagancje. Podobnie jednolita była elegancja ubiorów. Czerń, granat, popiel, czy okazjonalny brąz lub beż, były kolorami dominującymi. Również w bardziej szykownych kombinacjach w kratę lub paski. Do tego, co najwyżej kolorowy szal, lub chusta na głowę. Zarówno mężczyźni jak kobiety nosili nakrycia głowy. Dla łysej części płci silniejszej był to jak powiadają niektórzy raj, bo łysiny nie widać spod kapelusza czy beretki, a nie ma to jak pierwsze wrażenie przy podrywaniu. Później idzie już przeważnie z górki.

          Gdy ogląda się zdjęcia z lat powojennych, to tylko po języku napisów na sklepach i rodzaju samochodów można stwierdzić z jakiego kraju pochodzą. Pod względem ubiorów, fryzur i makijażu ulica w kraju i za granicą, nawet tak odległą jak USA niewiele się różni. No dobra, powiedzą niektórzy. Powojenną biedę dzielili wszyscy, ale później oni nam uciekli. Na pewno pod względem technologicznym, ale rzecz jest – przypominam – o szarości. Kolory w PRL – u, niejako wbrew siermiężnej gomułkowskiej gospodarce, zadomowiły się na dobre już w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Kwieciste, za którymi specjalnie nie przepadam, ale jednak wielokolorowe sukienki stały się powszechne na polskiej ulicy. Za nimi podążały nieśmiało, a jednak coraz liczniej, zieleń, czerwień, żółć, błękit i purpura. Solo lub w przeróżnych kombinacjach pasiastych, kraciastych, cętkowatych, kropkowanych czy plamistych.

                Wraz z nastaniem minispódniczek, na ulicach codziennie pojawiała się tęcza, która rozstawiała po kątach panienki ciągle hołdujące kwiatom. Nawet tym we włosach, bo ruch hippisów nigdy nie wyszedł w PRL z niszy. Płeć brzydka, mimo podziwu dla odwagi swoich wybranek, niechętnie pozbywała się własnego konserwatyzmu w ubiorze. Oczywiście w awangardzie byli młodzieńcy, którzy bez żalu rozstawali się z garniturami i coraz śmielej eksperymentowali z kolorami w ubiorze. Osobiście poza ubiorem szkolnym, nie miałem nawet spodni w konserwatywnych kolorach i tylko jedną białą koszulę na wielkie okazje, do popielatego garnituru. Reszta szafy była wielokolorowa, bo tatko, z którym ją dzieliłem, też nie przepadał za czernią i granatem. Mało tego, że ulica, szczególnie od wiosny do jesieni, nie była szara. Nie była również nudna. Kobiety nie przepuściły, żadnej okazji na naśladowanie zachodnich trendów mody. Maszyny krawieckie aż furczały aby każdy, krytykowany przez telewizję, najnowszy krzyk mody mógł już na drugi dzień pojawić się na polskiej ulicy. Nasze rodzime firmy jak Telimena, czy Moda Polska też nie stroniły od kolorów i śmiałego wzornictwa.

                   Panie były piękne i modne, ale mężczyźni nie pozostawali daleko w tyle. Trencze, golfy, non irony, polo, dzwony, rurki, papuzie skarpetki, czy potwornie niewygodne buty zwane beatlesówkami, były codziennym widokiem w „komuszej” Polsce. Tutaj zapewne naraziłem się paniom, bo buty to przecież ich domena i miłość, ale nawet osoba z lepszą niż moja pamięcią, nie byłaby w stanie wymienić wszystkich modnych trendów w damskim obuwnictwie, którymi swoje piękne stopy torturowały panie w czasach wmawianej nam szarości.

WARS wita was, czyli wędrówki męczące.

               Gdy patrzy się dzisiaj na agonię transportu publicznego trudno w to uwierzyć, ale „komuchy” już w późnych latach pięćdziesiątych odbudowały ze zniszczeń większość infrastruktury kolejowej, tramwajowej, a do tego udało im się uzupełnić transport masowy autobusami PKS-u, aby lud pracujący miast i wsi nie miał większych problemów z dojazdem do pracy. We Wrocławiu transport kolejowy był częścią transportu miejskiego i pociągi osobowe stawały na każdej stacyjce w granicach miasta. Część mieszkańców przez lata nie używała transportu MPK aby poruszać się po mieście. Lokalne pociągi przeważnie kończyły swój bieg na, dzisiaj nikomu niepotrzebnym, Dworcu Świebodzkim. Władze III RP wyraźnie doszły do wniosku, że skoro każda rodzina ma jakieś autko, zagracające chodniki i podwórka na których kiedyś dzieci mogły się swobodnie bawić, to dbanie o transport publiczny jest wysiłkiem, bez którego urzędnicy i budżet mogą się obejść. Oczywiście, jak twierdzi dzisiejsza propaganda, wredni władcy PRL-u robili wszystko, aby społeczeństwo nie mogło się dorobić, wobec czego chodniki służyły zgodnie z przeznaczeniem spieszonemu plebsowi, a ulice rowerzystom i nie wiedzieć jak wzbogaconym, nielicznym posiadaczom samochodów. To, że „komusza” biedota kupowała na giełdach spore ilości używanych autek za gotówkę, pomimo tego, że były droższe od nowych, jakoś współczesnym propagandzistom umyka.

            Zgrozą było to, że w coraz bardziej bezklasowym społeczeństwie, „komunie” nie udało się skasować dzielenia miłośników podróży na dziadów, hołotę, dorobkiewiczów i paniska. Bowiem poza popularną grą podwórkową, gdzie gracze byli sobie równi, a mieli po prostu szczęście wygrać, lub musieli łykać gorycz porażki, klasy istniały w PRL-u tylko w szkołach i na kolei. Ta ostatnia oferowała podróżnym klasę III, czyli otwarty wagon z drewnianymi ławkami, który możecie sobie obejrzeć na filmie Zakazane Piosenki, wagony II klasy z równie twardymi ławkami, ale podzielone na przedziały, I-szą klasę z przeważnie pełnymi kurzu pluszowymi fotelami i wreszcie luksus jaki oferowała firma Wagony Restauracyjne i Sypialne, które w niemal niezmienionej od czasu PRL formie, są dostępne od czasu do czasu również dla współczesnej zasobnej kieszeni.

      Ciekawostką dla młodych ludzi będzie fakt, że na wielu trasach powojenne pociągi w klasie I i II oferowały drzwi do każdego przedziału. Nie tylko ułatwiało to zdobywanie miejsca, ale również skracało postój pociągu na stacji. Na nieszczęście podróżników, gdy społeczeństwo się wzbogaciło, klasę III-cią zlikwidowano całkowicie, a w pozostałych ograniczono ilość drzwi. Dlaczego na nieszczęście?

         Do połowy lat 60 tych dalekie podróże nie były zbyt popularne. Mało tego, że kraj był rolniczy i większość mieszczuchów jechała pomagać rodzinie w zbiorach, aby przy okazji uszczknąć co nieco dla siebie, to narodek nie miał jeszcze powszechnych urlopów, co nie pozwalało ludowi na odkrywanie uroków, podarowanych mu przez Stalina na otarcie łez, ziem zachodnich i północnych. Dla posiadacza chętnych poznawania nowego rodziców, jakim byłem, podróżowanie w tamtych latach było cokolwiek niewygodne ze względu na twardość siedzeń, ale pełne luzu i przyjemności oglądania zmieniających się krajobrazów. Dzięki temu, w czasie kolejnych wakacji, zwiedziłem całe Wybrzeże od Krynicy Morskiej, po Świnoujskie, podziwiając jego różnorodność, od szerokich wydmowych plaż do klifów, pod którymi po dobrym sztormie nie można było przejść suchą nogą.

           W późnych latach 60 tych długie podróże w okresie kanikuły stały się niemal torturą. Część winy, poza odkrytą nagle przez wzbogacone społeczeństwo chęcią zwiedzania, ponosiły sztywno ustalane turnusy wczasowe, które niemal wszędzie miały początek i koniec w tym samym terminie. W te dni na stacjach kolejowych działy się niemal dantejskie sceny. Ponieważ w tym czasie na większości tras PKP królowały już pulmany, z nieco wygodniejszymi siedzeniami, ale niewielką ilością drzwi, trzeba było o te nieliczne miejsca siedzące powalczyć. Wobec czego rodzice wpychali dzieci, przez otwarte latem okna, aby zajęły miejsca w przedziale dla reszty rodziny. Walczący o te same miejsca dorośli, którzy dostali się do wagonu drzwiami nie zawsze szanowali prawo pierwszeństwa, ale przynajmniej dzieciaki miały miejsca siedzące, bo nawet najwięksi brutale nie posuwali się do bicia maluczkich. Co mniejsze spędzały całą podróż na kolanach rodziców. Korytarze były zapchane do niemożliwości. Zadziwiające, że takie warunki podróżowania nie budziły agresji, ale raczej ucieczkę w humor. Sypały się kawały na różne tematy, a także zjadliwe uwagi na temat „komuny”, która oczywiście była wszystkiemu winna. Bywało też, że wagon rozbrzmiewał śpiewem. Ludzie zawierali nowe znajomości, bo jak wiadomo rozmowa i rozrywki przyspieszają bieg czasu. Jedynie w składach, które posiadały wagony restauracyjne WARS u można było od czasu do czasu nieco odetchnąć . Obsługa wagonu dbała bowiem o rotację klientów, którzy musieli w nim coś zjeść lub wypić i ustąpić miejsca innym. Oczywiście zyskiwali na tym klienci bogatsi, bo było ich stać na kolejne, wcale nie tanie, dania i napitki, co pozwalało im okupować stoliki dłużej. Ktoś mógłby mylnie zauważyć, że skoro byli bogatsi, to mogli jechać klasą I szą aby uniknąć niewygód. Mylnie, gdyż w czasie zmiany turnusów, korzystający z PKP mogli zapewnić sobie jedynie miejsce stojące, bez względu na cenę biletów. Z jednym wyjątkiem, którym były wagony sypialne WARS u. Tak mogły jednak podróżować jedynie elity. Nie tyle ze względu na cenę, ile bardzo ograniczoną liczbę miejsc. Trzeba było mieć nie tylko kasę ale i znajomości, aby w letnich czy zimowych miesiącach zdobyć bilet sypialny. Na dodatek wagony sypialne były rarytasem na liniach krajowych. Nie wszystkie składy dalekobieżne posiadały choćby jeden taki przedmiot marzeń podróżników.

            Niestety – nie wszystko złoto co się świeci. Dzięki wujkowi w DOKP, miałem okazję podróżować kuszetką z Wrocławia na Hel. Podróż koszmarnie długa, więc trzeba się było uciec do znajomości, ale poza brakiem tłoku, wcale nie taka przyjemna jak się wydaje. Przede wszystkim było gorące lato nie dające wytchnienia nawet nocą. Oczywiście w tamtych czasach jedynie otwarte okno robiło za klimatyzację, a mnie jako najmłodszemu dostała się z przydziału rodzinnego górna prycza. Inaczej tego, ze względu na twardość i wymiary, nazwać nie można. Prycza w czasie jazdy skrzypiała niemiłosiernie, co w zasadzie samo w sobie uniemożliwiało sen. Na dodatek była zamocowana powyżej okna, a jak wiedzą miłośnicy fizyki ciepłe powietrze lubi sufity, więc miałem warunki jak w łaźni parowej. Oczywiście okno było otwarte, ale jeżeli nawet dochodziły do mnie jakieś podmuchy powietrza, to było ono też gorące. Sporą część nocy spędziłem więc na pustym korytarzu, gdzie mogłem do woli korzystać z przyjemności jaką dawała głowa wystawiona za okno. Dzień, po nieprzespanej nocy, też nie przyniósł ulgi bo wzrosła znacznie temperatura, a na dodatek, wraz z początkiem Półwyspu helskiego pociąg, teoretycznie pospieszny, przeistoczył się w żółwia. Wspaniałe widoki nieco rekompensowały niewygody, ale wkrótce zaczęto żartować, że do morza jest tak blisko iż można wysiąść z pociągu, popływać dla ochłody i wrócić do wagonu. Niestety, po tej luksusowej podróży czułem się tak zmęczony, że po zainstalowaniu się na Helu, nie odważyłem się wypłynąć w morze głębiej niż do pasa. Po tym doświadczeniu następną wyprawę na Hel odbyłem z przesiadką. Na prom. Stacja Gdańsk Główny znajduje się o rzut kamieniem od portu, z którego podróż promem na Hel, w porównaniu do tłuczenia się godzinami ciuchcią, to sama w przyjemność.

                Ta sama zasada zmiany środka transportu dotyczyła również pociągów kończących swój bieg na drugim końcu Polski w Zakopanem. Nauczyliśmy się tego w czasie pierwszej zimowej podróży w Tatry. Jechaliśmy bardzo przyjemnie aż do Krakowa, bo było to w lutym, poza sezonem, więc pociąg niezbyt zapchany, a na dodatek towarzystwo w przedziale udawało się także na wczasy do Zakopanego, więc zawarliśmy pierwsze znajomości. Jakie było nasze zdziwienie, gdy w Krakowie wszyscy opuścili przedział informując nas, że dalej pojadą autobusem. Ponieważ mieliśmy bilety na całą trasę, zostaliśmy w pociągu. Zaczynając skądinąd najbardziej malowniczą część podróży, bo wszystko było pięknie ośnieżone i mogliśmy, z wijącego się jak wąż pociągu, co chwilę podziwiać wspaniałe widoki gór i dolin przecinanych wartkimi strumykami, nie spodziewaliśmy się, że ten krótki kawałek trasy zajmie nam aż pięć godzin. Pomimo tego, że lokomotywa przez cały czas wyrzucała z siebie wściekle kłęby pary, nie mogła nijak przyspieszyć biegu po zalodzonych torach. Gdy wreszcie dotarliśmy do domu wczasowego, towarzystwo poznane w pociągu wyruszało już na Krupówki. Jest w Polsce linia kolejowa, z którą zapewne nigdy nie poradzi sobie żaden rząd. To pociąg relacji Przemyśl – Szczecin, który jest na wielu odcinkach przepełniony o każdej porze roku, a w czasie wakacyjnych wyjazdów podróż nim to koszmar. W PRL bywało, że pomimo wydłużania jego składu do nieskończoności, przez podstawianie dodatkowych wagonów na kilku stacjach, nie wszyscy chętni zdobyli w nim choćby miejsce stojące. Jedyną pociechą było to, że zawsze w składzie znajdował się wagon restauracyjny. Dzięki temu było jak w piosence: „Podróżny pamiętaj! Piłeś, nie jedź, nie piłeś, wypij. WARS wita”.

 

 

Wrocław moje miasto

        Festung Breslau, jak nazwali go Niemcy, okazał się przeszkodą nie do zdobycia dla zahartowanej w bojach sowieckiej machiny wojennej. Poddał się dopiero po kapitulacji Niemiec. Miasto twierdza, zapłaciło za swoją upartość potworną cenę. Niemal połowa została zamieniona w gruzowisko. Po lądowisku na Placu Grunwaldzkim przez kilka lat hulał tylko wiatr. Nawet dzielnice nadające się jako tako do zamieszkania były gęsto upstrzone kikutami mniej lub bardziej wypalonych budynków. PRL miał swoje priorytety. Po decyzji odbudowy Stolicy, większość wolnych środków szła na realizację niezbyt udanej wizji odbudowy Warszawy. Zniszczony Wrocław został przez to dodatkowo zdewastowany przez „odzyskiwanie” potrzebnych rodzajów cegieł, nierzadko w drodze rozbiórki kamienic uszkodzonych tylko w niewielkim stopniu. Ta dodatkowa dewastacja miasta wynikała częściowo z niepewnego statusu ziem zachodnich. Wczorajsi sojusznicy zaczęli się na siebie boczyć niemal natychmiast po zakończeniu wojny. Amerykanie szybko zapomnieli, że to Sowieci stawili czoła blisko 200 – tu niemieckim dywizjom, podczas gdy alianci zachodni, przez większość walk, mieli do czynienia z zaledwie dwudziestoma. Niesnaski zaprzepaściły możliwość uregulowania powojennego porządku traktatem pokojowym, który nigdy nie został podpisany. Zwłaszcza dlatego, że Brytyjczycy byli zdecydowanie przeciwni przyznaniu Polsce ziem zachodnich i północnych, choć bez wahania wyrazili zgodę na pozbawienie jej ziem wschodnich. Niemniej obawa przed sowiecką machiną wojenną spowodowała, że Zachód nie odważył się kwestionować ustaleń z Jałty. Na szczęście dla Wrocławia, mimo niepewnego statusu miasta, „komusze”władze nie chciały go całkowicie zdewastować, lub oddać w ręce szabrowników. Historyczna stolica Śląska była dla kraju zbyt ważnym ośrodkiem przemysłowym, aby pozwolić na jej kompletny rozpad. Przypadkowo w odrodzeniu miasta pomógł Stalin. Jego bezwzględna, szybka i brutalna realizacja programu przesiedleń spowodowała, że najlepsi ludzie z „Kresów” wybrali Wrocław na swoje nowe centrum wszystkiego. Umiejętnie kierowana przez nich odbudowa spowodowała masowy napływ repatriantów ze wszystkich zakątków Europy. Ten gotujący się tygiel różnych doświadczeń, umiejętności i subkultur zbudował unikalne miasto, z którego są dumne kolejne pokolenia jego mieszkańców. Osiągnięcia Wrocławian spowodowały, że ciągle pełne ruin miasto stało się niepodważalną stolicą Ziem Odzyskanych. W zadziwiająco krótkim czasie, Wrocław stał się ponownie prężnym miastem, w którym przemysł, handel, rzemiosło, kultura, szkolnictwo, transport, budownictwo, sport i urzędy dawały szerokie możliwości znalezienia interesującej pracy wszystkim chętnym. Co nie zmienia faktu, że niektóre ruiny zniknęły dopiero za późnego Gomułki, a podparte stemplami rudery remontowano, lub burzono jeszcze za Gierka. Z niektórymi nie uporano się do dzisiaj. Tak wielka była skala wojennych zniszczeń. Ruiny w jakich przyszło mi dorastać były normalnością. Nie budziły grozy ani złych skojarzeń, tym bardziej, że rodzice nie lubili wspominać wojny, więc niewiele o niej wiedziałem poza tym, że była. Z perspektywy czasu zastanawiam się, jak to się stało, że nie tylko tolerowali nasze dziecięce zabawy w wojnę, ale jeszcze nas doposażali w żołnierzyków i inny sprzęt do jej prowadzenia. Wrocław od początku był dla mnie fascynujący. Za dnia o ile nie byłem zajęty jakąś dziecięcą grą, lubiłem się wybrać nad Odrę aby oglądać barki pokonujące śluzy. Zmiana wysokości wody w śluzach powodowała, że barki niemal niknęły w ich czeluściach, albo rosły dumnie i spoglądały z wysoka na konstrukcję, którą pokonywały z wymuszoną przez wydajność pomp powolnością. Czasem, gdy wreszcie śluzy decydowały się na otwarcie wrót i uwolnienie swoich zakładników, towarzyszyłem barkom, jadąc po nadodrzańskich wałach na rowerze. Bywało, że stopień wodny był pokonywany jednocześnie przez barki płynące w dół i górę rzeki. To był przedziwny widok, gdy jedna z nich jakby kurczyła się w sobie i zapadała, a druga rosła w oczach i spoglądała wyniośle na instalacje, które nagle malały. Gdy chciałem liznąć nieco cywilizacji wybierałem się do Rynku. W tamtym czasie było to niemal jedyne miejsce we Wrocławiu tętniące życiem od rana do późnego wieczora. Podobnie jak dzisiaj, władze dbały aby to centrum handlowo – gastronomiczne wyglądało reprezentacyjnie. W narożnym budynku przy Placu solnym działała niesamowita darmowa atrakcja, jaką była rotacyjna winda. W przeciwieństwie do normalnych wind kabinowych, na które trzeba czekać, posiadała szereg otwartych klatek, które poruszały się bez przerwy. Trzeba było do nich szybko wchodzić, lub, co robiły wszystkie dzieciaki, wskakiwać dla większej frajdy. Na strychu i w piwnicach, dół klatki był uwalniany z uwięzi, aby mogła ona zająć odpowiednią pozycję do ruchu w górę lub w dół. Oczywiście przebywanie w klatce na tych zamianach było zabronione, ale jak wiadomo przepisy są po to aby je łamać. Wrażenia niepowtarzalne. Gdy nad miastem zapadał zmrok nadchodził czas zapalaczy latarni. Większość ulicznego oświetlenia miasta zapewniały lampy gazowe. Trzeba je było uruchamiać i wyłączać ręcznie. Niezliczoną ilość razy podążałem krok w krok za panem, który długim kijem zakończonym haczykiem i zapalonym knotem otwierał zawory i nagle lampa po lampie zaczynała rozsiewać ciepłe żółtawe światło nadając ulicom nowy wygląd. Budynki zacierały widoczne w czasie dnia rany po kulach i odłamkach, ruiny nabierały nowych, czasem przedziwnych kształtów, a miasto powoli uspokajało swój rytm i gwar. Ulice pustoszały po zamknięciu sklepów, a dla nocnych marków pozostawały jedynie knajpy i dworce kolejowe. Te ostatnie lubiłem  odwiedzać po zmroku. Nie dla ich pięknej architektury, a tym bardziej zapachu. Mieszanka woni bigosu, alkoholu, potu i środków czyszczących nie jest przyjemna. Co mnie pociągało to lokomotywy. Ogromne spocone bestie, które nawet stojąc w miejscu wyrzucały z siebie kłęby pary, były jednocześnie zagadkowe i przerażające swoją mocą dla kogoś, kto jeszcze nie liznął fizyki. Zwłaszcza, gdy decydowały się wyprowadzić swoją gromadkę wagonów poza stację. Gdy ta gromadka była nieduża, odbywało się to majestatycznie, powoli cały skład drgał i nabierał tempa. Gdy skład był długi, ogromne koła lokomotywy kręciły się wściekle w miejscu zanim złapały przyczepność i udało im się zmusić swoją gromadkę do pożegnania stacji. Odbywało się to w hałasie gwizdków, kłębów buchającej groźnie pary i narastającego stukotu kół. Zadziwiająca była też para ludzi, kiełznająca tę potęgę. Umorusany, świecący nagim spoconym torsem pomocnik, który dorzucał węgla do tańczących płomieni paleniska i ubrany w elegancki mundur, często uśmiechający się do mnie, maszynista, którego jakby nie dotyczyło rozgrzane do niemożliwości wnętrze. Gdy już zaspokoiłem po raz kolejny swoją ciekawość, wsiadałem w pociąg, aby podjechać do stacji bliższej mojego mieszkania i odbyć resztę drogi pieszo przez opustoszałe, pięknie oświetlone mrugającymi do mnie porozumiewawczo latarniami uliczki.

Fantazja jest od tego………………….

                Dzieci to dziwne stworzenia. Bez szemrania akceptują zastaną rzeczywistość. Na dodatek są pełne wyobraźni, co pozwala im na zabawę niemal wszystkim co tylko wpadnie w ręce. W powojennym Wrocławiu były to niemal niezbędne cechy potrzebne do przeżycia w miarę radosnego dzieciństwa. Jak wspomniałem, dzieciakom ta otaczająca je rzeczywistość zupełnie nie przeszkadzała. Często była przedmiotem fascynacji i zabawy. Wszechobecne ruiny dawały rozliczne możliwości zabaw w chowanego, wspinaczek, poszukiwania broni, ochrony przed niepogodą, lub wścibskimi dorosłymi w czasie pierwszych doświadczeń z papierosami i alkoholem. Braki prądu pozwalały na samodzielne doświadczenia z lampą naftową, wynalazkiem pana Łukasiewicza. Brak bieżącej wody to okazja do zabawy przy studni, której w normalnych warunkach nie mogliśmy uruchamiać, gdyż była zabezpieczona łańcuchami. Brak gazu to możliwość rozpalania węgla w przeważnie nieużywanej części kuchenki gazowo – węglowej, w które wyposażona była większość powojennych mieszkań.

               Oczywiście główną bolączką tamtych czasów z punktu widzenia maluchów był brak zabawek. Priorytetem władz było zapewnienie pracy, sprawnej komunikacji    i mieszkań, a nie przedmiotów na tamte warunki luksusowych. Właśnie tutaj dzieciakom przyszła z odsieczą ich fantazja. Krawcy, na prośbę swoich latorośli, zszywali skrawki materiału w mniejsze lub większe piłko podobne kule. Mniejsze szmacianki służyły znakomicie do palanta, ówczesnej krajowej odmiany bejsbola, gdzie za kij wystarczył odpowiedni konar drzewa, lub zwykła deska. Nie było rękawic, ale nie były nam do niczego potrzebne. Palant polegał na możliwości biegania, więc szmaciankę rzucało się tak, aby dzieciak wymachujący kijem bez większego trudu w nią trafił. W ten sposób była to gra ruchowa a nie nudy czekania aż ktoś wreszcie trafi w piłkę po pół godzinie. Większa szmacianka oczywiście udawała football. Jej wadą było to, że nie dało się grac w czasie nawet małego deszczu, bo nasiąkała szybko wodą i stawała się zbyt ciężka do kopania. Duże podkładki od śrub znakomicie nadawały się do gry w szajbki, a kapsle od butelek po piwie robiły za kolarzy napędzanych pstryczkami po wyrysowanym na piasku, lub chodniku torze. Gra była szczególnie popularna w czasie trwania Wyścigu Pokoju. Niezłe były też kartki papieru. Można było je zmienić w samoloty i zrobić zawody, który dalej doleci, albo łódki śmigające po co większych kałużach. Siła napędu tych ostatnich zależała od pojemności płuc budowniczego. Gdy nie było żadnego sprzętu chcąc nie chcąc bawiono się w odwieczne gry w chowanego, klasy, berka, czy czarnego luda. Zimą natychmiast pojawiały się ślizgawki. Była taka niepisana zasada pomiędzy dzieciarnią a dozorcami odśnieżającymi chodniki, że jeżeli ślizgawki powstawały na skraju chodników to nie były posypywane piaskiem lub solą. Dzięki temu bywały zimy, gdy mogliśmy się ślizgać całą drogę do i ze szkoły, gdyż te pół kilometra było jedną długą ślizgawką. Atrakcją była też długa ślizgawka na górce w pobliskim parku, którą odważni starali się pokonać na butach, a strachliwi na tyłku. Pomalutku na rynku zaczął pojawiać się sprzęt sportowy i różnorodne zabawki, co spowodowało, że fantazja zaczęła być używana bardziej do wymyślania różnych psikusów, co dorosłym niespecjalnie przypadło do gustu, ale przecież dzieci nie lubią się nudzić.

 

Jak zostać woźnym ?

              Po pierwszym tygodniu szkoły odpowiedź na to pytanie zna już każde dziecko. Bo przecież nauka to potęgi klucz, a im więcej się dzieciak uczy tym więcej uzbiera tych kluczy i …….   po przejściu przez sito rozmów kwalifikacyjnych, woźnym zostanie. Tak to wygląda dzisiaj. W czasach PRL – u nauka była jednak drogą do awansu społecznego. Sito egzaminacyjne nie pozwalało na studiowanie na poziomie wyższej uczelni każdemu chętnemu. Do połowy lat 70 – tych nie było było nawet konieczne przepychanie uczniów przez szkołę średnią. Dlatego poziom zdobywanej wiedzy był stosunkowo wysoki, choć szkoła podobnie jak dzisiaj nie przygotowywała młodzieży do wymagań rynku pracy. Tyle, że zakłady pracy otrzymywały narybek czytaty i pisaty, który przy pomocy doświadczonych współpracowników bardzo szybko opanowywał tajemną dotąd wiedzę. Niezależnie od tego czy były to zawiłości biurokracji, handlu, czy też sprzętu na którym przyszło mu pracować. Bowiem zdecydowana większość potrafiła zrozumieć słowo pisane i w miarę logicznie myśleć. Brak nadprodukcji ludzi z wyższym wykształceniem powodował, że mogli oni niemal przebierać w ofertach pracy.

           Gdy, po niemal całkowicie beztroskim dzieciństwie, przyszła kolej na obowiązki szkolne nie byłem specjalnie zachwycony. Na początku nie odpowiadało mi ograniczenie swobody jaką przyniosła szkoła, ale na szczęście trafiłem na bardzo doświadczoną nauczycielkę ze Lwowa, która wiele zajęć potrafiła organizować niemal jak zabawę. Dzięki temu czas mijał szybko i wiedza wchodziła do głowy niemal samoistnie. Dwa razy w tygodniu nieobowiązkowe zajęcia z religii umilały koniec dnia. Do czasu gdy religię wyeksmitowano ze szkół, nasze zajęcia, prowadzone przez siostrę zakonną, polegały na wysłuchiwaniu przyjemnych bajeczek i kolorowaniu obrazków ilustrujących opowiadanie. Było to nawet przyjemniejsze od bajeczek czytanych przez mamusię, bo zamiast zadawać pytania na temat obrazków sam „tworzyłem” ilustracje. Chyba właśnie bajeczki i ówczesny kalkulator, jakim było kolorowe liczydło, najbardziej zachęcały mnie do nauki. Nie mogłem się doczekać chwili, gdy sam potrafię poskładać literki w słowa i czytać ulubione bajki bez konieczności czekania na wolny czas rodziców. Co do liczydła, to jego tajemnice zafascynowały mnie już wtedy gdy byłem małym brzdącem i obserwowałem jak mama w sklepie po przesunięciu paciorków powodowała, że klient kładł na ladę pieniążki. Gdy zdarzało się, że rodzice odmawiali kupienia mi jakiejś zabawki z powodu ich braku, namawiałem mamę, aby przyniosła liczydło i przesunęła panu w sklepie zabawkowym kilka paciorków, a on jej da pieniążki potrzebne na zabawkę. Mama śmiała się, że taką moc posiada tylko wtedy gdy sama stoi po drugiej stronie lady, a otrzymanych pieniążków nie może zatrzymać dla siebie. Gdy wreszcie po etapie paluszków, patyczków i kreseczek szkoła odkryła przede mną tajemnice liczydła, byłem niezmiernie rozczarowany. Magia prysła, a z nią zainteresowanie matematyką.

            Moja nauczycielka prowadziła również zajęcia likwidujące analfabetyzm wśród dorosłych i zdarzało się czasem, że zapraszała na lekcje poszerzające słownictwo i płynność czytania swoich dojrzałych uczniów. Przeważnie byli to ludzie, którzy nie chcieli poprzestać jedynie na czytaniu gazet i dokumentów. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że te wizyty miały na celu zmienić stosunek do nauki u klasowych leniuchów. Wpływały też pozytywnie na dorosłych, którzy cieszyli się, że po zaledwie kilkumiesięcznym kursie nie są gorsi od dziatwy z regularnej szkoły. Dzięki temu niektórzy z nich nie poprzestali tylko na nauce czytania i pisania, ale skończyli wieczorowe szkoły dla dorosłych. Osobiście brałem udział w spotkaniach z czterema osobami, które zaczynając od analfabetyzmu skończyły szkoły średnie, dostały lepszą pracę i zanudzały nas opowieściami o korzyściach z nauki.

            Szkoła dawała wiedzę kosztem zabawy, ale już od trzeciej klasy nie miałem o to pretensji, gdyż poznałem również smak swobody. Dotąd nasza gosposia towarzyszyła mnie i kilku dzieciakom z podwórka w drodze do i ze szkoły. Teraz pozwolono mi na samodzielność. To dawało możliwości zwiedzania tych okolic, które były dotąd zakazane. Zwłaszcza przeznaczonych do remontu, niezbyt wypalonych ruin budynków, których w okolicy było kilka. Nikt ich nie ogradzał, a o bezpieczeństwie decydował napis „min niet” nie zawsze z polskim odpowiednikiem obok. Ruiny nadawały się znakomicie do zabawy w chowanego lub wojnę. Zwłaszcza, gdy mieliśmy więcej czasu bo odwołano ostatnią lekcję, lub urwaliśmy się z religii. Byli też zwolennicy mocniejszych wrażeń, którzy szukali niewypałów. Jednak Rosjanie odwalili kawał dobrej roboty, gdyż oprócz okazjonalnej drobnej amunicji niczego w ruinach nie znaleźli. Co innego nad pobliską Odrą. Jej wały przeciwpowodziowe kryły w sobie wybuchowe niespodzianki jeszcze przez wiele lat. Kilku moich szkolnych kolegów straciło dzięki nim kończyny, a jeden wzrok. Mnie i przyjaciela ze szkolnej ławy uratował od podobnego zdarzenia przypadek. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom, gdy w czasie spaceru po nadodrzańskich wałach ukazała się naszym oczom na wpół odkryta mała bomba lotnicza. Akurat nie mieliśmy ze sobą młotka, ale nasze podniecenie nie uszło uwadze przechodnia, który okazał się milicjantem w cywilu. Zajął się tym fachowo i byliśmy jedynie świadkami akcji saperów, którzy wywieźli nasze znalezisko.

           Podstawówka dała nam też konkretne umiejętności, które przez lata mogliśmy wykorzystywać w różne święta. Były to sposoby na skonstruowanie niemal nieszkodliwej, ale robiącej mnóstwo hałasu petardy karbidowej, oraz prostych fajerwerków. Wystarczyła saletra potasowa z domieszką nadającą kolory jak siarka, wapń, sód i zapałka typu sztormówka jako zapalnik. Do tego solidna proca i można było pokrywać niebo kolorami rozbłysków, które nie rozdzierały nocy nadmiarem decybeli. Niestety szkoła nie potrafiła leniwemu indywidualiście, jakim byłem od najmłodszych lat, wszczepić zespołowej dyscypliny. Harcerstwo, do którego zapisałem się z chęci wyjazdu na obóz, zniechęciło mnie nudą bezsensownej musztry już po miesiącu. Ze sportem było podobnie, choć z innych przyczyn. Mieliśmy znakomitego trenera (nazywanie go nauczycielem WF jest wysoce niestosowne), który przez lata prowadził dziewczęcy zespół piłki ręcznej od tytułu do tytułu. Nasze koleżanki, którym gorąco kibicowaliśmy, wielokrotnie zdobywały tytuł mistrzyń Wrocławia. Bywały też bezlitosne dla zespołów ze szkół ponadpodstawowych, które bardzo rzadko z nimi wygrywały. Niestety trener nie potrafił nigdy dokonać tej sztuki z chłopakami. Właśnie z powodu dyscypliny. Podczas gdy dziewczęta tworzyły zgraną drużynę pracującą jak szwajcarski zegarek, chłopcy chcieli zabłysnąć pojedynczo. Zbieranina „gwiazdorów” nie jest w stanie stworzyć dobrego zespołu. Dodatkową bolączką był nadmiar talentów. Podczas gdy inne szkoły miały zaledwie dwóch dobrych graczy, u nas niemal każdego roku było przynajmniej pięciu znakomitych indywidualistów. Tylu zarozumialców nie dało się przerobić w zgrany zespół.

         W ostatniej klasie podstawówki odrobiłem też pierwszą lekcję lekceważenia postaw obywatelskich. Trzy lata wcześniej nastąpiła wymiana dużej części kadry. Większość znakomitych, ale posiwiałych już fachowców ze Lwowa, zastąpił nowiutki garnitur nauczycieli, których dzisiejsi mądrale nazwaliby hołotą z awansu społecznego. Tymczasem córki i synowie ludu pracującego mieli nie tylko znakomite przygotowanie zawodowe. Byli także pełnymi entuzjazmu idealistami. Zamarzyło im się stworzenie Samorządu uczniowskiego, który miałby coś do powiedzenia w życiu szkoły. Oczywiście aby eksperyment miał szanse powodzenia, uczniowie biorący w nim udział musieli mieć respekt u koleżeństwa. Niejako z automatu większość w samorządzie stanowili więc ósmoklasiści, pomimo tego, że wybory były w zasadzie demokratyczne, gdyż swoich przedstawicieli wystawiły wszystkie klasy od szóstej wzwyż. Po dobrym początku wjechaliśmy jednak na równię pochyłą. Dyrekcja szkoły nie raczyła się nawet z nami spotkać, o dyskusji nad naszymi pomysłami nie było więc mowy. Łącznikiem byli nowi nauczyciele, którzy także nie mieli jeszcze siły przebicia wśród starej kadry zupełnie nieprzyzwyczajonej do takich fanaberii. Wobec tego eksperyment zdechł śmiercią naturalną i nasz Samorząd stał się podobnie jak jego poprzednicy ozdobnikiem. Na pocieszenie pozostał nam fakt, że nowa kadra widząc nasze rozczarowanie zdecydowała się na eksperymenty, które mogła zrobić bez aprobaty dyrekcji. W ten sposób matematyk zastosował naukę w grupach. Uczniowie zostali podzieleni na czteroosobowe zespoły, wymieszane pod względem umiejętności. Dało to dobre wyniki, gdyż po wykładzie, matematyczne „orły” mogły tłumaczyć „tłumokom”w czasie ćwiczeń w zespołach, jak prawidłowo rozwiązać zadania. Mniej uzdolnieni uczniowie nie wstydzili się zadawać pytań kolegom, więc średnie oceny poprawiły się bardzo szybko. Gdy wieść się rozeszła, nasłano nam wizytatora z kuratorium. Na szczęście kobiecie spodobała się aktywność uczniów i matematykowi pozwolono na kontynuowanie niecodziennego sposobu nauczania. Inni nauczyciele nie zastosowali nauki opartej na samopomocy, ale młoda kadra umiliła nam końcówkę roku prowadząc zajęcia na szkolnym podwórzu. W tamtych czasach przeważnie realizowano program nauczania przed końcem roku szkolnego. Zatem ostatni tydzień, lub dwa, były poświęcane na przepytywanie osób zagrożonych i chętnych na poprawę oceny. Reszta przeważnie się nudziła. Na dodatek klasy w upały były duszne, więc ulegając prośbom bądź co bądź Samorządu kadra wyprowadzała nas na świeże powietrze. Dzięki temu upały nie były już męczące. Przepytywani oczekiwali na swoją kolej nerwowo przerzucając podręczniki, a reszta zajmowała się rozmową, grami „zeszytowymi” w okręty lub wektorki, albo opalaniem. Dla zdrowia psychicznego uczniów tuż przed wakacjami było to niezwykle korzystne. Tyle, że lekcja samorządowa nauczyła mnie, że postawy obywatelskie i oddolne zachęcanie zwierzchności do wprowadzania zmian to przeważnie walka z wiatrakami, które i tak będą mieliły wiatr według swojego widzimisię.

 

Igrzyska dla ludu pracującego.

               Gomułka bardzo szybko zdjął maskę demokratycznego przywódcy. Okazał się apodyktycznym raptusem o przerośniętych ambicjach. Przy tym kreował się nie tylko na znakomitego teoretyka marksizmu – leninizmu. On wszystko wiedział najlepiej. Niestety, jego sposobem na gospodarkę rolną była kontynuacja obowiązkowych dostaw, które zmuszały rolników do upraw nie odpowiadających rodzajowi ziemi jaki posiadali. Rezultat to niskie plony i wyjaławianie gleby. Przemysł – koniecznie ciężki i surowcowy. O ile za rządów Be Be przyczyniło się to do odbudowy zrujnowanych miast i krajowej infrastruktury, teraz służyło głównie wspomaganiu rosyjskiej machiny wojennej. Możliwie jak najmniejsza produkcja dla indywidualnego nabywcy była wynikiem siermiężnego stylu życia ówczesnego przywódcy. Gomułka nie rozumiał po co robotnikowi pięć koszul, skoro jemu wystarczają dwie. Pomysłem „Wiesława” na rozwiązanie rosnącego problemu mieszkaniowego, związanego z przemieszczaniem się siły roboczej ze wsi do miast, były bloki rodzinne z jedną wspólną kuchnią i toaletą na każdym piętrze. Na szczęście nie był on realizowany na dużą skalę, a część wybudowanych tą metodą bloków zamieniono później na akademiki. Nie słuchał ani doradców, ani kumpli z KC, na dodatek beształ ich i poniżał w obecności innych członków komitetu. Skarceni nie protestowali, gdyż swoje pozycje zawdzięczali jedynie słusznej polityce kadrowej – mierni ale wierni – zapoczątkowanej przez Gomułkę.

            Wobec braku jakiejkolwiek wizji rozwoju kraju PRL, który niemal do końca lat 50-tych nie ustępował zbytnio w rozwoju gospodarczym Europie, od początku lat 60-tych wszedł w dekadę zastoju gospodarczego. Chyba najlepszą charakterystyką czasów gomułkowskich jest cytat z referatu jaki „Wiesław” osobiście wygłosił na Plenum PZPR – „towarzysze …. staliśmy na skraju przepaści, ale od tego czasu uczyniliśmy ogromny krok do przodu”. Była to gorzka prawda, gdyż przez 14 lat rządów Gomułki gospodarczo uciekł nam nie tylko Zachód, ale również większość demoludów. Trudno wymienić główną przyczynę akceptowania przez naród tego, dowcipnie określanego mianem małej stabilizacji, okresu stagnacji. Nawet okresowe „regulacje cen” nie powodowały większych sprzeciwów. Niewątpliwie stosowanie rzymskiej zasady, że gdy hołocie zapewnić chleb i igrzyska, to nie będzie zbytnio tarmosiła władzy, było jedną z nich.

                Fundowane przez władze igraszki dla ludu rozpoczynały obchody 1 Maja. Dzisiejsza propaganda twierdzi, że obywatele byli niemal siłą zmuszani do udziału w pochodzie. Nie będę tutaj kruszył kopii polemizując z tym poglądem. Zadam tylko jedno pytanie. Jeśli każdy musiał uczestniczyć, to skąd brały się tłumy ludzi oglądające pochód z okien mieszkań i chodników wzdłuż całej trasy? Co by nie mówić o dorosłych, dla dzieciaków pochód był frajdą. Najmłodsze miały kilkugodzinną przejażdżkę na barkach głowy rodziny, przy okazji pozbawiając tę głowę resztek włosów robiących za lejce. Starsze machały chorągiewkami i jazgotały różnorodnym jarmarcznym sprzętem do robienia hałasu. Jeszcze starsze, próbowały podrywać co ładniejsze okazy płci przeciwnej. Energię do tego wszystkiego czerpano spożywając watę cukrową, lody, precle, ciastka i kiełbaski z rożna, zakupione w punktach sprzedaży rozmieszczonych wzdłuż trasy pochodu. Pragnienie gaszono wodą z saturatora. Najprzyjemniejszą częścią dnia, w której brali udział nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy porannego spędu, były imprezy odbywające się po zakończeniu pochodu. W parkach, oraz na miejskich i wiejskich placach budowano estrady, na których orkiestry i kapele zakładowe przygrywały do tańca, a obok stoiska jarmarczne i gastronomiczne tłukły kasę. W dzieciństwie był to dla mnie dzień białej floty. Wrocław to miasto prawie dwóch setek mostów, a co za tym idzie ogromnej ilości wody po której pływały statki wycieczkowe. Wspaniale wyglądająca w nieskazitelnie białych mundurach załoga statku, zwykle w tym dniu pozwalała dzieciakom stanąć za sterami, pokazała maszynownię i tłumaczyła jak działa system komunikacji z mostkiem. Dorośli mogli wypić piwo i potańczyć na pokładzie, a zainteresowani historią miasta posłuchać co przewodnik opowiada o mijanych obiektach.

         Pierwszomajowe święto rozpoczynało okres majówek. Nie mam tu na myśli tych kościelnych, nakazujących każdego popołudnia brać udział w nabożeństwie, ale dużo przyjemniejszych pikników i zabaw na świeżym powietrzu. Na większości estrad pozostałych po święcie robotników i chłopów, w każdą niedzielę maja występowały muzyczne zespoły zakładowe. Przeważnie zapraszano kilka, co zapewniało różnorodność repertuaru. Towarzyszyły im jarmarki. Można było z grupą znajomych pójść posłuchać muzyki, wypić piwo, pogadać, potańczyć, czy kupić coś niepotrzebnego. Można było też wziąć wałówkę i specjalnymi autobusami pojechać na piknik do okolicznych lasów, lub nad jezioro. Takie spotkania z przyjaciółmi i wspólna zabawa znakomicie odprężały i pozwalały zapomnieć o szarej codzienności. Komuna nie zapominała też rocznicy Trzeciego Maja. Na dodatek hołubiła króla Stasia i promowała go jako mecenasa sztuki, którym nie był, a nie grabarza dumnej Rzeczypospolitej do czego walnie się przyczynił. We Wrocławiu najważniejszym majowym świętem był Dzień Zwycięstwa. Seria darmowych koncertów artystów z najwyższych krajowych półek i wieczorny pokaz ogni sztucznych rozpoczynały Dni Wrocławia, wypełnione tak gęsto imprezami kulturalnymi, sportowymi i kiermaszami, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Na szczęście dla ciał i umysłów umęczonych nadmiarem wrażeń, już następny miesiąc przynosił do PRL lato, a z nim kanikułę i wytchnienie dla obu tych organów.

      W połowie czerwca rodacy ruszali w Polskę. Na umęczonych majowymi atrakcjami czekały plaże Bałtyku. Tych którzy woleli bardziej aktywny wypoczynek kusiły góry i jeziora. Miłośnicy rozrywek mieli do wyboru festiwale piosenki w Opolu, Zielonej Górze, Kołobrzegu, czy Sopocie. Rodzinną zabawę zapewniały wędrujące wesołe miasteczka i zespoły cyrkowe. Zwolennicy odkrywanego na nowo „all inclusive” mieli do wyboru wczasy pracownicze, kolonie i obozy młodzieżowe. Nieszczęśnikom, którym przyszło pracować w upały państwo dziękowało 22 Lipca. Święto Odrodzenia było kolejną okazją do bezliku atrakcji plenerowych i bardziej kameralnych. Wypoczęci, opaleni i zadowoleni wędrownicy z ogromną niechęcią wracali do pracy. Ostatnim oficjalnym akcentem odchodzącego lata były dożynki. Te centralne i regionalne pełne pyszniących się kolorami strojów ludowych i tańców z przytupem. Te PGR–owskie zlane piwem i wódą, oraz ociekające tłuszczem z pieczonych prosiaków i kiełbas. Smutek jesieni przerywały różnorakie zawody sportowe, a zimą rozgrzewał brać pracowniczą dziadek Mróz – zwany uparcie Mikołajem, Barbórka, a po niej zabawy sylwestrowe i karnawałowe organizowane przez większość zakładów i stowarzyszeń. Po pustyni rozrywkowej w okresie oczekiwania na Wielką Noc, przychodziła wiosna i kołowrót od nowa nabierał tempa. Te perfidne działania „komuny” powodowały, że obywatele byli zbyt zmęczeni aby zalewać ulice rzewnymi łzami.

 

Niezbędniki

               Lud dał sobie odebrać zdobycze Czerwca niemal bez szemrania. Niektórzy członkowie rad nadal uczestniczyli w organizacjach, przez mgnienie oka samorządowych, dla jakichś marniutkich przywilejów, lub pozbawieni już złudzeń, używali ich jako odskoczni do wielkiej polityki. Nieuświadomieni, ciągle próbowali coś zmienić, choćby w skali lokalnej, dopóki nie zdali sobie sprawy, że płomyk entuzjazmu nie ma szans z ognioodporną ścianą. Większość spuściła głowy i biernie przyjmowała rzeczywistość codziennej beznadziei. Była jednak grupa, która na tym skorzystała. Spuszczona głowa pomaga bowiem dostrzec krasnoludki. Ci, którzy jeszcze ich nie posiadali zaczęli, zgodnie z zasadą – dzieci rób, jak nie wiesz co robić – rozmnażać się na potęgę. Natomiast dumni już rodzice stwierdzili, że smutek nie musi się rozciągać na ich pociechy. Zaczęli latorośli poświęcać więcej czasu. W domu Roberta nie było inaczej. Rodzice postanowili, że pora już przyzwyczajać malca do siebie. Zrezygnowali z ciotek i zatrudnili na stałe gosposię, dodając jej do pensji mieszkanie i wyżywienie. Odciążeni w ten sposób od obowiązków innych niż praca zawodowa, poświęcali dziecku cały wolny czas. Przy wspólnym śniadaniu, mama czytała Robertowi bajeczki. Oczywiście z obrazkami, co powodowało lawinę pytań dotyczących wszystkiego co się na nich znajdowało. Później była przeważnie samodzielna zabawa w piaskownicy na podwórku, pod czujnym okiem gosposi doglądającej malca przez okno. W tamtych czasach ludzie woleli czerpać radość z robienia dzieci, a nie ich porywania, czy molestowania, więc maluchy mogły samodzielnie nabijać sobie guzy. Codziennie też sprawdzały w praktyce teorię Darwina, wyrywając sobie nawzajem łopatki i wiaderka, oraz sypiąc piaskiem po oczach, w walce o górne szczeble podwórkowej drabiny społecznej. Po południu nadchodził czas tatusia. Zależnie od stopnia zmęczenia tatki, była to wyprawa do ogrodu dr. Jordana, lub do pobliskiego parku. W ogrodzie można było doświadczalnie stwierdzić, że układ kostny żadnego dziecka nie jest w stanie wygrać konfrontacji z bezlitosnym metalem huśtawek, zjeżdżalni, karuzel i drabinek. W parku sprawdzało się umiejętności sprinterskie w pogoni ma motylami i gołębiami, a szczególnie w salwowaniu się ucieczką przed wściekłym gąsiorem ze stawu. Zimowe atrakcje parku to sanki i ślizgawka z górki na pazurki, łyżwiarstwo akrobatyczne na zamarzniętym stawie kończące się przeważnie twardym lądowaniem i zespołowe bitwy na piguły.

         Przeciętny człowiek jest wadliwie skonstruowany. Codzienne zabawy w te same klocki szybko zaczynają go nudzić. Do życia, oprócz żywności i powietrza, potrzebuje zmiany zabawek. To zapewne dlatego Adam i Ewa wypięli się na rajski ogród. Na szczęście dla Roberta, jego rodzice chcieli poznać piękną naszą Polskę całą. Zaczęło się od Bałtyku. Ogromna woda, która nie miała drugiego brzegu na chwilę powiększyła oczy malca zdumieniem. Jednak po krótkiej chwili zajął się przyjemnościami. Oto stał na bezkresnej piaskownicy. Bezzwłocznie przystąpił do prac budowlanych. Gdy wydawało się, że ogromna twierdza z fosą i murami obronnymi jest niemal ukończona, jakaś zbłąkana fala rozmyła część budowli. Robert rozdał morzu kilka klapsów, po czym zainteresował się kolorową galaretą, która zgrabnie poruszała się w wodzie. Wyjęta z morza traciła na wyglądzie, a na dodatek parzyła. Przyszła więc kolej na pogoń za ławicą małych rybek. Prace konstruktorskie i doświadczenia biologiczne, były przerywane tylko intensywną nauką pływania. Tatko Roberta czuł się w wodzie jak ryba, a ponieważ morze było tamtego lata spokojne, uznał że na naukę nigdy nie jest za wcześnie. Zaczęło się od jazdy na plecach płynącego żabką nauczyciela. Później malec, wspierany rodzicielską dłonią pod brzuch lub plecy, uczył się żabki i stylu grzbietowego. Po dziesięciu dniach wystarczała tylko okazjonalna asekuracja. Do końca pobytu Robert umiał pływać i nigdy już nie opanował, popularnego wśród jego rówieśników, pływania pieskiem.

           Następnego roku dostałem na imieniny rower. Był ślicznie kolorowy ale, jak każdy pierwszy rower, miał ogromną wadę. Był niestabilny. Wystarczyło na niego wsiąść i położyć nogi na pedałach, by po sekundzie sprawdzać twardość gleby. Rodzice jednak nie kupili mi bocznych kółeczek, które pozwalały tak wielu dzieciom jako tako utrzymać równowagę. Stwierdzili, że są one pomocne tylko w krzywieniu kręgosłupów, a dzieciaki po wielu miesiącach ich używania i tak nie opanowały jazdy na dwóch kołach. Tatko postanowił robić za stabilizator wspomagając się, umiejętnie umocowanym w ramie roweru, tuż za siodełkiem, kijem od szczotki, który trzymał silną dłonią. Początkowo był to dla niego niemęczący spacer. Tańcząca w takt nieznanych mi rytmów kierownica i ciągle spadające z pedałów stopy, nie pozwalały osiągnąć nawet prędkości marszowej. Jednak bardzo szybko spacer musiał zastąpić kłus, a następnie galop. Gdy w trakcie któregoś z takich galopów obejrzałem się za siebie, stwierdziłem z przerażeniem, że tatko pozostał daleko w tyle a kij trzyma tylko wiatr. Natychmiast się wywróciłem. Moja reakcja niezmiernie go rozbawiła. Wytłumaczył mi, że prawie samodzielnie jeżdżę już od kilku dni, a on tylko czasem musiał chwytać za drążek. Nie chciałem w to uwierzyć, ale gdy w czasie następnej lekcji, oglądając się, ponownie zobaczyłem tatuśka swobodnie spacerującego w tyle, jakoś udało mi się zatrzymać rower bez upadku. Odtąd szło już łatwo i wkrótce opanowałem podstawowe elementy akrobatyki rowerowej jak slalom bez trzymanki, wskakiwanie na krawężniki, zawracanie poślizgiem, czy jazda na jednym kole. Tatko widząc jak dobrze mi idzie, stwierdził że pora abym zobaczył jak prawdziwi mężczyźni ujarzmiają swoje jednoślady. Zabrał mnie na żużel. To było niesamowite przeżycie. Ryk silników, odurzający zapach spalin pomieszany z pyłem żużla i kompletne lekceważenie własnego ciała przez zawodników walczących o każdą piędź ziemi sprawił, że z miejsca stałem się fanem. Mama dzięki zupełnie idiotycznym godzinom pracy handlu, brała nieco mniejszy udział na tym etapie mojego wychowania. Właściwie oprócz ranków mogła mieć dla mnie czas tylko w niedziele. Miało to swoje dobre strony, gdyż złośliwe władze chcąc odciągnąć dziatki od kościoła wymyśliły poranki w kinach. Były to filmy dzisiaj nazywane rodzinnymi. Mama biegała do kina już w czasie wojny, pomimo tego, że nie było to bezpieczne, gdyż można było skończyć w łapance. Dzięki osobistej miłości do X muzy nie buntowała się przeciw perfidii władz, więc nie opuszczaliśmy żadnego nowego filmu. Zabierała mnie także na przedstawienia teatru lalek. To było nawet przyjemniejsze od kina, gdyż w gromadzie maluchów mogliśmy ostrzegać ulubione kukiełki przed grożącym im ze strony „złych lalek” niebezpieczeństwem. Oczywiście aktorzy robiący za kukiełki nie mogli pozostać głusi na nasze wezwania, co wymagało od nich umiejętności improwizacji i czyniło ich pracę trudniejszą, ale zapewne bardziej satysfakcjonującą, gdyż uśmiech dziecka nie ma ceny. Oprócz wszczepiania miłości do sztuki, mama próbowała zrekompensować mi swoją nieobecność zabawkami. Pomijając etap pluszu i szmacianych przytulanek, zaczęło się od elektrycznej kolejki. Zabawka produkowana przez przyjaciół z NRD–owa nie wymagała natychmiastowego wkładu dużych pieniędzy. Podstawowy zestaw można było bowiem rozszerzać etapami o kolejne tory, semafory, zwrotnice, lokomotywy i wagoniki. Kolejka woziła na bitwy ołowiane żołnierzyki, była wysadzana przez partyzantów, doprowadzana świadomie do zderzeń, wreszcie wyrzucana na zakrętach przez siłę, którą dopiero szkoła nazwała odśrodkową. Następnie mama postanowiła zrobić ze mnie majsterkowicza. Znakomicie ułatwiał to sklep, nazwany dla niepoznaki Składnicą Harcerską. Dla młodego człowieka było tam wszystko co pozwalało trenować sprawność oka, rąk i ciała. Niezmierzona ilość modeli do sklejania umożliwiła mi zbudowanie sił zbrojnych, które przy udziale kolegów z sąsiedztwa, pozwalały na toczenie bezkrwawej wojny. Batalie żołnierzyków wspieranych czołgami, lotnictwem i flotą trwały godzinami. Później przyszła kolej na budowę drewnianych szybowców, które można było ciągnąć na sznurku jak latawiec, samolotów i helikopterów, których śmigła napędzane były gumką modelarską, wreszcie łódek napędzanych silnikiem parowym. Jestem niemal pewien, że dzisiejsza młodzież stwierdzi, że z tym silnikiem to fantazjuję, albo drę sobie z niej łacha. Otóż nie. Konstrukcja takiego silnika jest niezmiernie prosta. Potrzebny jest wyposażony w rurę wydechową metalowy zbiorniczek na wodę i zapalona świeczka jako źródło energii grzewczej. Wytworzona para, uchodząc do wody, zapewnia niezły napęd. Zwieńczeniem tego okresu łączenia przyjemnego z pożytecznym, była nauka jazdy na nartach. Wrocław jest położony o rzut kamieniem od rekreacyjnych terenów Kotliny Kłodzkiej. W czasie zimowego pobytu w Szklarskiej Porębie, rodzice nie mogli patrzeć jak co chwilę ryję nosem w śniegu próbując utrzymać się na pożyczonych nartach i zafundowali mi instruktora. Zadziwiające, ale po zaledwie kilku godzinach szkolenia, zjazd z oślej łączki nie sprawiał mi już trudności. To oczywiste, że dzieciaki nie zdające sobie sprawy z głębokiej czerni chmur wiszących im nad głowami, mogły mieć kupę radości i tyleż zadowolenia z życia. Jednakże jęczący pod ciężkim buciorem władz PRL dorośli, powinni byli tylko skowyczeć z bólu, ewentualnie ronić krokodyle łzy nad swym marnym losem. Jednak miejskie chodniki nie były myte przez potoki łez. Dlaczego?

 

Z BUTEM NA GARDLE

                                                                                    czyli                                                                        Jak przetrwałem PRL

                                                                           W stronę słońca

 

             Robert przywitał świat krzykiem protestu. Powodów do niezadowolenia było wiele. Był początek lat 50-tych i zdewastowany wojną kraj, właśnie przyjął zatwierdzoną przez Stalina Konstytucję, przekształcając się z tymczasowego tworu w Polską Rzeczpospolitą Ludową. Be Be – nasz prywatny Stalin – nawet po śmierci opłakiwanego przez wielu idola, nadal pracowicie wykańczał przeciwników politycznych. Ponieważ przeciwnikiem był każdy kto ośmielił się krytykować władze nawet żartem, do więzień i obozów pracy trafiło według optymistów nawet 400 tys. obywateli. W tej grupie znaleźli się również prominentni działacze lewicy, którzy sprzeciwiali się dyktatorskim sposobom rządów Be Be. Do ponurego obrazu ogólnej beznadziei należy dodać, że Robert ujrzał światło dzienne w potwornie zrujnowanym wojną Wrocławiu. Z tym światłem to też przesada, gdyż pierwsze lata życia przyszło mu spędzić w ponurej norce na ul. Wąskiej, gdzie światło dnia nie docierało. Po prostu uliczka, zgodnie z nazwą, była zbyt wąska dla zawsze złośliwie ukośnych promieni słońca, co dawało efekt Manhattanu. Dwupokojowe mieszkanie z ciemną kuchnią, nie posiadało łazienki. Cywilizacyjny niezbędnik znany jako WC był umieszczony strategicznie na półpiętrze, co zapewniało mieszkańcom codzienną porcję niemęczącej gimnastyki. Z luksusów norka posiadała wodę bieżącą w kuchni, którą dla siebie i sąsiadów wywalczyła mama Roberta. Oryginalnie, zaprojektowana ku wygodzie lokatorów i wykonana z niemiecką precyzją instalacja, doprowadzała wodę do pojedynczego zlewozmywaka umieszczonego na klatce schodowej każdego piętra. Urządzenie obsługiwało znajdujące się tam trzy mieszkania. Gdy administracja budynku zawiadomiła mieszkańców, że będzie wymieniany pion wodnokanalizacyjny, mama Roberta namówiła wszystkich sąsiadów do złożenia petycji w Urzędzie Miasta i Komitecie Partii, aby przy okazji remontu wykuć nieco więcej dziur i doprowadzić wodę do wszystkich mieszkań. Ku ogólnemu zaskoczeniu Komitet wysłał kogoś na lustrację, a ponieważ ciemne kuchnie wszystkich mieszkań przylegały do korytarza, wyraził zgodę. Radość mieszkańców z tak ogromnego skoku cywilizacyjnego była niezmierna, a mama Roberta …… a właśnie. Nie możemy zapominać o rodzicach Roberta. Bez nich nie byłoby tej opowieści. Oboje pochodzili z rodzin wielodzietnych. Obojgu wojna zabrała najlepsze lata młodości. Paradoksalnie, oboje wybrali ruiny Wrocławia na miejsce zamieszkania, by jak najwięcej tej przemijającej młodości uratować. Ziemie odzyskane, a szczególnie duże miasto, oferowało wczesnym osiedleńcom mieszkanie za dziękuję, zatrudnienie niemal według życzenia, poczucie własnej wartości, gdyż ich praca zamieniała ruiny w tętniący życiem organizm, wreszcie nowe znajomości, przyjaźnie i miłości, bo człowiek jest przecież zwierzęciem stadnym. Ojciec Roberta pochodził z rodziny kolejarskiej. W okresie międzywojennym zarobki na PKP były niezłe, co pomimo posiadania licznego rodzeństwa, pozwoliło mu na zdobycie małej matury niemal tuż przed wybuchem wojny. Był za młody do wojska, zresztą ponieważ korzenie miał w Poznańskiem, więc po kilku dniach od jej wybuchu nie było już gdzie się zaciągnąć. Niemcy szybko pozbawili go niepewności jutra. Wysportowany młodzieniec ( trenował nieco boks ), świetnie nadawał się na przymusowe roboty. Zatrudnili go w turystyce. Przez całą wojnę jeździł po Europie i budował lotniska wojskowe. Rosjanie zakończyli to przymusowe wspieranie faszystowskiej machiny wojennej zajmując Austrię. Będące w rozsypce nazistowskie biuro podróży nie miało już środków na przerzucanie robotników gdziekolwiek, ale pomimo tego i chaosu walk tatko otrzymał ostatnią wypłatę tuż przed wyzwoleniem. Wydawało by się, że człowiek, który w ramach przymusowej turystyki poznał piękno Europy, nie będzie chciał wracać do biednego zdewastowanego wojną kraju, ale tatko nie miał wątpliwości gdzie jest jego miejsce. Jednak na drodze powrotu w rodzinne strony stanął Wrocław. Co mu się w tym gruzowisku spodobało? Dla młodego człowieka, który otarł się o „wielki świat” nie było już powrotu do dziury pod Nakłem. Ponadto we Wrocławiu można było czuć się jak u siebie od pierwszej minuty. Wszyscy byli przyjezdni. Niepewny status miasta – bo Jałta to jedno, a coraz bardziej skłóceni alianci to wzrastający niepokój o przyszłość Ziem Odzyskanych – nie powstrzymał napływu osiedleńców. Zarówno tych przymusowych, jak i dobrowolnych. Tatko nie chciał zostać obywatelem Wrocławia za darmo. Trzeba było postawić na nogi komunikację, aby zapewnić możliwość poruszania się coraz liczniej napływającym do miasta tułaczom. Robiące za taxi dorożki, aczkolwiek malownicze i zapewniające poruszanie się z fasonem zwolennikom balowania, nie mogły zapewnić dojazdu do pracy robotnikom. Transport wojskowy był rozwiązaniem doraźnym. Dzięki wykształceniu i znajomości budowy dróg, załapał się do dyrekcji MPK. Czasy były takie, że nikt nie pytał o wysokość zapłaty, tylko starał się zmienić rzeczywistość tak, aby można było coraz normalniej żyć. Miasto zmieniało się z dnia na dzień i stawało się coraz bardziej przyjazne dla mieszkańców. Wkrótce, przez wrocławskich ulic sto, mknęły już niebieskie tramwaje. Pionierskie czasy pomalutku stawały się historią i trzeba było się rozejrzeć za lepszymi zarobkami, gdyż na medalu Pionier Wrocławia nie dało się ugotować zupy dla świeżo poślubionej towarzyszki życia. Zanim rzucił MPK, namówił do przyjazdu swoich dwóch braci. Ci kontynuując tradycję rodzinną zajęli się odbudową węzła kolejowego, a jeden z nich został później naczelnikiem DOKP. Po godnym spełnieniu obywatelskiego obowiązku, tatko z kolegą przywrócili miastu poniemiecką introligatornię. Był to strzał w dziesiątkę, gdyż władze PRL, z niezrozumiałych powodów, uparły się likwidować analfabetyzm we wszystkich grupach wiekowych, a podręczniki i książki, podobnie jak ludzie, przetrwały wojnę w opłakanym stanie. Wprawdzie Be Be niezbyt chętnym okiem patrzył na prywatną inicjatywę, ale ponieważ tego typu usługa była niezbędna nikt wspólników nie ruszał. Przez jakiś czas interes kręcił się znakomicie i zapewniał masełko do chleba. Gdy drukarnie, poza propagandą, zaczęły wreszcie wypuszczać na rynek książki, warsztat musiał się przestawić na produkcję niszową. Niestety, oprawianie ksiąg w sukno lub skórę, czy restaurowanie starodruków nie przynosiło dochodów wystarczających na utrzymanie rodzin dwóch wspólników. Tatko, który najwyraźniej lubił siłować się z życiem, postanowił się zająć zaopatrzeniem. Przeciętny zjadacz produktu o przedłużonej świeżości już zauważył, że sobie z niego kpię. W kraju, gdzie według współczesnej propagandy jedynym dostępnym towarem były puste półki, fucha w „zoopatrzeniu” to przecież niekończące się wakacje, a nie ciężka praca. Tyle, że wbrew temu co wmawia się obecnie społeczeństwu, obywatel żywiąc się półkami i popijając je octem nie miałby siły na kopulację, a liczba ludności w czasach PRL-u wzrosła z 25 do blisko 40 milionów. To ordynarne kłamstwo, że w PRL-u ( przynajmniej do czasów dyktatury gen. Jaruzelskiego) nie było niczego, bo z próżnego i Salomon nie naleje. Braki towarowe w tamtych czasach można wytłumaczyć faktem, że na rynku panowała permanentna promocja. Współcześni powinni to zrozumieć bez trudu. Rozwijam ten temat tylko na wszelki wypadek, gdyż złośliwi twierdzą, że szkolnictwo już nie takie jak onegdaj. Wyobraźcie sobie państwo, że sklep ogłosi przecenę jakiegokolwiek pożądanego przez klientów towaru o 30%. Oczywiste jest, że towar po takiej cenie nabędzie niewielu – nazwijmy ich umownie – szczęśliwców. Większość chętnych zastanie tylko puste miejsce na półce. Tak właśnie było w PRL. Towary na które był popyt nazywano chodliwymi. Znikały one z półek tak szybko, że czasem nawet się na nich nie pojawiały. Ich cena była wyraźnie zaniżona w stosunku do popytu, oraz ilości pieniędzy na rynku. Czyli były w ciągłej wyprzedaży. Gdy którykolwiek władca PRL tracił instynkt samozachowawczy i próbował zakończyć permanentną promocję, wkurzeni konsumenci zmuszali swoim buntem jego przyjaciół z KC, do wyrwania mu wygodnego stołka spod dupy, niestety często opłacając to własną krwią. Następował krótki okres „zabawy w muzyczne fotele”, po czym „wiodąca siła narodu”, czyli ci towarzysze z KC PZPR którym udało się umościć swoje tyłki w fotelach wyświechtanych przez poprzedników, przywracała politykę promocji. Czyli permanentny brak popularnych towarów. Dobry zaopatrzeniowiec potrafił te obiekty marzeń społecznych zdobyć. Wymagało to jednak umiejętnego wkładu pracy. Ponieważ ojciec Roberta jako zaopatrzeniowiec pracował do śmierci, rzućmy teraz okiem na jego mamę. Młodość miała bardzo pod górkę. Gdy zaledwie zaczynała naście lat, jej matka umarła na raka. Na ojca, szeregowego pracownika Magistratu, spadł więc obowiązek wychowania i utrzymania pięciu córek. Mama Roberta, jako najstarsza, chcąc nie chcąc musiała przejąć obowiązki niańki, opiekunki, kucharki i sprzątaczki. Po skończeniu szkoły podstawowej musiała pójść do pracy i wspomagać rodzinę finansowo. Najpierw pomagała w sklepie, ale ponieważ była bystra szybko została sprzedawczynią. Niecałe trzy lata po rozpoczęciu wojny stała się jedyną żywicielką rodziny, gdy hitlerowcy zabili jej ojca. Dzięki nabytym umiejętnościom i pomocy sąsiedzkiej jakoś przetrwała wojnę, ale zaraz po niej cała gromadka musiała opuścić rodzinne strony ze względu na bezrobocie. Cztery siostry zdecydowały zakończyć tułaczkę na Górnym Śląsku, ale jej się tam nie podobało. Ruszyła dalej i przytulił ją dopiero Wrocław. Dotarła do miasta gdy wolne lokale, nawet w dzielnicach willowych gdzie ciągle jeszcze można było nocą zarobić kulkę od szabrowników zamienionych w rabusiów, były już zajęte. Z konieczności przyjęła pracę u właściciela warzywniaka, który jako część wynagrodzenia oferował pokój mieszkalny. Pracując w sklepie poznała przyszłego ojca Roberta, było nie było posiadacza norki, którą były pionier wybrał ze względu na bliskość do miejsca pracy i centrum miasta. Po ślubie jej problem mieszkaniowy rozwiązał się sam, a ponieważ na podwyżkę pensji w zieleniaku nie było co liczyć, podjęła pracę w pasmanterii. Praca, wbrew temu co później lansował kabaret Tej, nie była lekka. Gdy rządy gen. Jaruzelskiego rzeczywiście doprowadziły do sytuacji, że przez osiem godzin trzeba było mówić „ nie ma, nie ma, nie ma, a trzy tysiące jest na koniec” – przeszła na emeryturę. Po tych krótkich rysach życia, wracam do Roberta. Oczywiście w tym czasie jak długo mógł ssać, spać i walić w pieluchy, nie obchodziła go rzeczywistość. Nie był świadom, że Be Be kopiuje rozwiązania gospodarcze stosowane w ZSRR, choć niekoniecznie tylko ze ślepego posłuszeństwa. Nie mówi się dzisiaj, że Sowieci za Lenina, poczynili ogromne postępy w gospodarce w stosunku do czasów carskich, a zaraz po wojnie byli drugą potęgą gospodarczą świata. Wprawdzie daleko za liderem, ale dla Be Be i jego kliki, która przecież nigdy wcześniej nie rządziła żadnym krajem, mógł to być podobny wzorzec jak dla reformatorów lat 90–tych, którzy kopiowali żywcem kapitalizm amerykański, czyli gospodarkę postindustrialną, pomimo europejskiego położenia Rzeczypospolitej i bardziej ludzkich, nie mówiąc o tym, że bardziej odpowiadających z takim trudem zbudowanej strukturze przemysłowej kraju, wzorców zza miedzy. Narzucona przez Be Be industrializacja nie była złym rozwiązaniem, nie tylko dlatego, że zapewniała niezbędne do realizacji obietnic socjalizmu miejsca pracy. Kraj potrzebował przemysłu ciężkiego do odbudowy infrastruktury, a prądu do maszyn i żarówek. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale w tamtych czasach wieś polska była jeszcze ciągle oświetlana świeczką, lampą naftową, albo jak u dziadka Roberta prądem z akumulatorów. Natomiast niepotrzebnie forsowano zakończoną niepowodzeniem próbę kolektywizacji rolnictwa. Jeszcze gorszym rozwiązaniem było wprowadzenie przymusowych dostaw, które postawiły gospodarkę rolną na głowie. Wyjaławianie gruntów nie nadających się pod narzucone uprawy, było jedną z głównych przyczyn powtarzających się co kilka lat niedoborów żywności w PRL. Codzienną porcję świeżego powietrza i okazjonalnie słońca, Robert łykał w pobliskim parku. Ponieważ oboje rodziców pracowało, opiekę zapewniały mu przybywające na zmianę z odsieczą ciotki ze Śląska. Spłacały w ten sposób zobowiązania wobec siostry, która nie oddała ich do ochronki po śmierci ojca i zapewniła im okruszyny przy rodzinnym stole. Gdy naturalną koleją rzeczy, ciotki zaczęły wychodzić za mąż i rodzić własne dzieci, Robert część czasu spędzał na Śląsku, część z lokalnymi ciotkami, ranki z mamusią, popołudnia z tatusiem, a niedziele z obojgiem rodziców. Gdy śmierć Stalina, wbrew obawom, nie doprowadziła do wybuchu nowej wojny i nie zmieniła niczego w powojennym podziale świata, czas zaczął płynąć w miarę spokojnie aż do Czerwca 1956. Ludzie przez lata godzili się na pracę za przysłowiową kromkę chleba, gdyż codziennie patrzyli na ogrom zniszczeń i rozumieli potrzebę szybkiej odbudowy. Jednak po 11 latach wyrzeczeń, gdy efekty swojej pracy widzieli gołym okiem, zaczęli oczekiwać polepszenia własnego losu. Nagroda jednak nie nadeszła. Mało tego, krótkotrwały Edzio kompletnie stracił kontakt z warunkami życia przeciętnego obywatela. Wyraźnie uznał, że narodek ma zbyt dobrze. Nie oglądając się na obowiązującą umowę zbiorową, zmieniono zasady wynagrodzenia w Cegielskim w taki sposób, że realne płace robotników zamiast oczekiwanego wzrostu spadły o jakieś 15%, przy czym najbardziej ucierpieli przodownicy pracy, których oficjalnie stawiano za przykład innym i niemal noszono na rękach. Być może, gdyby nie trafiło na Poznaniaków, jakoś by to przepchnięto. Jednak, pomimo zmiany pokoleń, mieszkańcy byłego zaboru pruskiego byli przyzwyczajeni, że umów się przestrzega. Robotnicy zaprotestowali. Doszło do rzeczy niebywałej. Władze zakładu i aparat partyjny przyłączyły się do protestu i wspólnie wybrany komitet negocjacyjny wyjechał na rozmowy do Warszawy. Dość szybko doszło do porozumienia z szefami Resortu Maszynowego. Niestety, niemal jednocześnie z powrotem zadowolonej delegacji, w Poznaniu pojawił się także szef resortu, który na polecenie KC wycofał się z części uzgodnień. Na dodatek, żeby Cegielszczacy nie czuli się osamotnieni, kilku innym zakładom w mieście podniesiono plany produkcji, co efektywnie pozbawiło ich załogi premii. W tej sytuacji doszło do strajku. Robotnicy nie zamknęli się w fabrykach, ale udali się z protestem do Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Po drodze przyłączyli się mieszkańcy Poznania, razem ze swoimi żalami. Rozmawiać z nimi nikt nie chciał, oprócz wysłanych na ulice kadetów z miejscowej szkoły wojskowej, którzy bratali się z tłumem zamiast go rozpędzić. Ponieważ do tego momentu protest był kontrolowany przez robotników i miał dość spokojny przebieg, władze nie miały dobrego pretekstu do stłumienia manifestacji. Służby „bezpieczeństwa” rozpuściły więc plotkę o aresztowaniu delegatów, którzy jeszcze niedawno prowadzili negocjacje. Naturalną konsekwencją był atak wzburzonego wiadomością tłumu na więzienie i budynek sądu. Nie wiadomo z czyjej inicjatywy zaczęto palić papiery, a następnie budynki sądowe. Gdy następnie rozjuszony tłum udał się pod siedzibę bezpieki, z budynku padły strzały. Protestujących okrzyknięto przeciwnikami ustroju i agentami obcych wywiadów. Dowództwo LWP działając na polecenie KC PZPR wydało komendantowi poznańskiej szkoły pancernej rozkaz użycia broni przeciw protestantom. Łącznie skierowano do pacyfikacji miasta niemal 10.000 żołnierzy, 359 czołgów i transportery opancerzone. Byli zabici i ranni. Mimo blokady wiadomości z Poznania w kraju wrzało. Robert musiał przedwcześnie zakończyć śląskie wakacje, gdyż rodzice chcieli go mieć przy sobie gdyby doszło do wybuchu protestów również we Wrocławiu. Czekała go niespodzianka. Gdy tramwaj minął ul. Wąską, wypomniał ciotce, że nie wysiedli na prawidłowym przystanku. Ona na to, że jadą do nowego mieszkania, w którym czekają rodzice. Nie bardzo wiedział co to znaczy nowe mieszkanie, więc milczał do końca podróży. Przywitanie z rodzicami było krótkie, gdyż nowe miejsce go zaciekawiło. Mieszkanie dwupokojowe posiadało jasną kuchnię i własną łazienkę, oraz przedpokój. Mamie Roberta udało się namówić na zamianę, będącą regularną klientką pasmanterii, poprzednią lokatorkę, gdy tamta poskarżyła się jej na kłopoty z sąsiadami. Otóż kobieta hodowała w wannie prosiaka, a resztę łazienki zajęły kury, gęsi i kogut. Zapachy i hałas powodowały, że sąsiedzi nieustannie donosili na uciążliwą sąsiadkę do administracji. Upomnienia i kary były przez lokatorkę przyjmowane bez zrozumienia, więc gdy dowiedziała się, że do mieszkania na Wąskiej należy też komórka na podwórzu, w której będzie mogła trzymać swój inwentarz, za niezbyt wygórowaną dopłatę zgodziła się na zamianę. Największą zaletą nowego mieszkania było to, że słonce wschodziło w jednym pokoju, a zachodziło w drugim. Słoneczko wprawia ludzi w dobry nastrój i nawet trudności codziennej egzystencji wydają się mniejsze. Dla Roberta ogromne znaczenie miała też lokalizacja mieszkania. Za jednym skrzyżowaniem rozciągał się park, ze sporą górką i stawem, a za innym ogródek jordanowski z niesamowitymi atrakcjami dla maluchów. Były tam wszystkie urządzenia ułatwiające łamanie kończyn lub utratę uzębienia, jak karuzele, drabinki, ślizgawki, huśtawki i jeszcze kilka innych. To było tak, jakby dobra wróżka przeniosła go z jaskini do pałacu. Polubił nowe miejsce od pierwszej chwili i nawet nie tęsknił za dziećmi z Wąskiej. Przez chwilę wydawało się, że słońce zaświeciło nie tylko rodzinie Roberta. Krwawa pacyfikacja Poznania nie doprowadziła do kolejnego powstania ludu, ale spowodowała przesilenie we władzach PRL. Na arenę polityczną wrócił Gomułka, który pozornie miał zupełnie inne niż Be Be spojrzenie na zarządzanie krajem. Naród myślał, że to co słyszy na wiecach z udziałem „Wiesława” będzie wprowadzone w życie i nareszcie weźmie udział w gospodarowaniu krajem. Gomułka, postrzegany powszechnie jako przeciwnik i ofiara stalinizmu, został przyjęty niemal entuzjastycznie przez polskie społeczeństwo i wkrótce został szefem PZPR. Pomimo tego, że poparcie Zachodu ( RWE wręcz rekomendowało go na stanowisko Pierwszego) czyniło Gomułkę cokolwiek niepewnym politycznie, to Rosjanie, pod zmienionym po śmierci Stalina kierownictwem, pozornie nie wtrącali się w polskie wydarzenia. Ogłoszone reformy i brak reakcji ze strony Rosji na wydarzenia w PRL–u, ośmieliły do prób wprowadzenia reform również inne kraje demoludów. Ludzie przez chwilę uważali, że słońce swoimi promykami rozgrzewa cały blok wschodni. Najwyższą cenę za te płonne nadzieje zapłacili Węgrzy. Mylnie odczytując milczenie Kremla wobec zmian w PRL i podjudzani przez Radio Wolna Europa, które mamiło ich militarną pomocą wojsk zachodnich, nawet po tym (o czym pracownicy rozgłośni wiedzieli) gdy Amerykanie oświadczyli już Rosji, że nie są zainteresowani interwencją wspierającą reformatorów, pokusili się nie tylko o wprowadzenie reform, ale poszli dalej próbując ogłosić neutralność i wyjście z Układu Warszawskiego. Tego Sowieci nie mogli tolerować, gdyż prędzej raczej niż później, rozmontowałoby to cały wschodni blok. Wojska rosyjskie krwawo stłumiły węgierskie powstanie i osadziły Kadara na stołku sekretarza, a Zachód natychmiast uznał nowy rząd. W ten sposób niejako przyklepał późniejsze wyroki śmierci dla przywódców węgierskiego powstania. W PRL–u reformy zdychały nieco wolniej. Najpierw wybito obywatelom z głowy współrządzenie. Następnie Gomułka kontynuował rozwój przemysłu ciężkiego, zupełnie lekceważąc wzrastające apetyty społeczeństwa na towary konsumpcyjne. Podstawą polityki rolnej były nadal obowiązkowe dostawy. Nikt w aparacie władzy nawet nie myślał o mechanizacji rolnictwa, co przy odpływie siły roboczej do fabryk doprowadziło do dalszego spadku wydajności sektora rolnego. To spowodowało konieczność wprowadzenia w 1959 podwyżek cen żywności. O dziwo nie doprowadziły one do wybuchu niezadowolenia społecznego. Kto wie czy powodem były niedawne wydarzenia na Węgrzech, czy ciągle jeszcze tląca się popularność Wiesława, czy może mizerniutkie podwyżki płac nazwane rekompensatą. Tak czy inaczej był to początek zastoju gospodarczego w PRL. Słońce pomalutku traciło blask.

*  Be Be -  Bolesław Bierut

* krótkotrwały Edzio – Edward Ochab