Wolność to tylko słowo

z lubością nadużywane przez polityków, gdy nie potrafią lub nie chcą odpowiedzieć na pytania dziennikarzy na temat absurdów czy niedostatków obecnej rzeczywistości. Wtedy zamiast odpowiedzi, czy jakiejkolwiek propozycji rozwiązania problemu, pada, ni z gruchy ni z pietruchy, magiczne słowo wolność. W oczach polityków argument to nie lada, bo przecież mimo wszelkich niedostatków kraj, obywatel itd. jest wolny. Inaczej mówiąc ciesz się hołoto, bo dotąd byłaś uciskana i kopana w tyłek, a teraz jesteś wreszcie wolna, więc bądź wdzięczna i przestań narzekać na niedostatki. Oczywiście tym ciemiężcą był represyjny i nieludzki aparat ucisku Polskie Rzeczypospolitej Ludowej, który nie pozwalał nawet na swobodny oddech. Skoro już zahaczyłem o swobodę to zacznę od niej. Łatwość podróżowania w dowolny zakątek świata w PRL-u była dostępna jedynie wybrańcom. Przeciętny obywatel mógł sobie pooglądać świat jedynie w telewizji, ale czy na pewno dotyczyło to też zwiedzania naszego pięknego kraju? Spójrzmy otwarcie.

            Komuna, bez żenady, zawłaszczyła całe piękno – stworzonej, jak twierdzi wielu, przez Bozię – przyrody. Poza częścią terenów rolnych, wszystko było państwowe. Jak się teraz ładnie mówi państwowe znaczy niczyje, ale ja się nie zgadzam. W przypadku przyrody było to wszystkich, a co ważniejsze dla wszystkich. Prawdziwy turysta mógł się szwendać gdzie chciał, bez obaw zbierać runo leśne, rozbijać namiot gdzie przyszła mu ochota, pic wodę z czystych jeszcze górskich strumieni, kąpać się w napotkanych jeziorach, ba nawet rozpalać ognisko na leśnych polanach. Spróbuj jeden z drugim zrobić coś podobnego w III RP. CDN

Masowanie historii.

               W rzeczywistości III RP chyba nie egzystuje nikt, kto ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, że historię piszą zwycięzcy. Robią to bowiem jak nigdy dotąd bezczelnie, nachalnie i bez oglądania się na to, że ciągle żyją ludzie, którzy tę historię współczesną nie tylko oglądali z boku, ale również budowali.Niestety, z niezrozumiałych dla mnie powodów, ci budowniczy, nie potrafią nawet przekonać własnych dzieci, że większość wciskanych im przez rządzących objawień na temat PRL (którą notabene cała masa będących dziś u koryta nieźle doiła), to zwykłe bzdury. Niezłym przykładem są  żołnierze wyklęci, których zasługi w walce z komuchami są wynoszone niemal pod niebiosa. Tymczasem tylko nazwa pasuje jak ulał, bo wyklinali ich rabowani i mordowani chłopi, rodziny zabitych w obronie legalnego państwa urzędników, żołnierzy i milicjantów, czy osierocone przedwcześnie dzieci. Oczywiście, usprawiedliwieniem dla obecnych elit wychowanych i wykształconych w PRL jest, że było to (wbrew faktom), państwo nielegalne. Czego jednak od nich wymagać skoro „nikt im nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne”.

              Trochę się jednak zagalopowałem, bo gdzie tam szaraczkowi do „wielkiej historii”. Wracam na własne podwórko. Moi rodzice nie lubili wracać do przeszłości. Trudno powiedzieć, czy wiązało się to z niezbyt wesołymi wspomnieniami z okresu wojny, czy po prostu rozumieli, że tego co się stało i tak nie odmienią, a ważne jest to co pozostawią po sobie tu i teraz. Co ciekawe szerokie grono moich wujków i ciotek podzielało ten punkt widzenia. Gdyby nie jeden z moich wujków, który wżenił się w rodzinę i jako jedyny nie stronił od wojennych wspomnień, zapewne nigdy bym niczego od tatka nie usłyszał. Złamał się po jednym z rodzinnych spotkań, na których ów wujek po raz kolejny „zanudzał” wszystkich swoją bohaterską działalnością w partyzantce we Francji. Mimo to, że jak zwykle jego opowieści były przez resztę biesiadników przyjmowane dosyć lekceważąco, bo jaką tam Francuzi mieli partyzantkę, tatko po powrocie do domu zdecydował się uchylić rąbka tajemnicy na temat swoich przeżyć. Oczywiście nie były to opowieści o bohaterstwie, bo przecież jak wspomniałem wcześniej był zatrudniony w turystyce. Obydwie opowieści były z nią związane.

           Pod koniec budowy betonowego pasa startowego na terenie Węgier, Niemcy wprowadzili szczególne środki ostrożności. Zarówno robotnikom przymusowym jak i niemieckim nie wolno było zbliżać się do, okrytych szczelnie plandekami maskującymi, samolotów. Wielkość maszyn nie wskazywała na to, że potrzebują do startu betonu, wobec czego robotnicy doszli do wniosku, że jest to nowa broń. Domysłom nie było końca. Na zaspokojenie ciekawości nie czekali zbyt długo. Po kilku dniach, o zmierzchu, zagoniono wszystkich robotników do baraków sypialnych i zabroniono im, pod groźbą surowych kar, spoglądać przez okna. Ludzkiej natury nie da się stłamsić. Niewielu posłuchało. Najpierw pojawił się niesamowity hałas. Robotnicy, którzy na co dzień obcowali z samolotami, jeszcze czegoś takiego nie doświadczyli. Drżały zarówno szyby jak i ściany baraków. Po pół godzinie, w niemal całkowitych ciemnościach, samoloty zaczęły startować. Pierwszy z nich ciągnął za sobą długą smugę ognia. Pali się !!! krzyknęli radośnie robotnicy. Drugi też, zaczęli wręcz skakać z podniecenia. Gdy jednak to samo powtórzyło się przy trzecim i następnych, a maszyny mało że nie spadały, to ciągnąc za sobą te warkocze ognia szybko się wznosiły, entuzjazm zgasł jak zdmuchnięta zapałka. Okazało się, że byli świadkami udanej próby nowej wspaniałej broni, samolotów odrzutowych.

            Druga opowieść, nieco bardziej dramatyczna, wiąże się z Dreznem. Tatko znalazł się w złym miejscu o niewłaściwym czasie i przeżył dywanowe naloty na to miasto. Piwnica, w której udało mu się przetrwać, już na początku nalotu wypełniła się pyłem wdzierającym się wszystkimi szparami i odpadającym tynkiem. Wszyscy oddychali przez chusteczki, koszule i inne kawałki materiałów. Ogłuszający huk wybuchających bomb i krzyki przerażenia dopełniały obrazu grozy. Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić. Gdy bomby przestały wybuchać ludzie bardzo ostrożnie opuszczali piwnicę, która uratowała im życie. Na zewnątrz ich oczom ukazało się morze płomieni. Wyglądało to, w co trudno uwierzyć, jakby paliły się nawet cegły z resztek zabudowań. Powietrze było gorące jak w piecu. Wedle relacji ojca kilkanaście osób z jego otoczenia w sekundę postradało zmysły. Jedni rzucili się w stronę płonących budynków, ale nie przyszło im zginąć w płomieniach. Udusili się zanim tam dotarli. Szalejące morze ognia pożarło cały dostępny tlen. Inni zaczęli uprawiać jakieś dziwne tańce, wyrzucając z siebie nieskładne słowa i śmiejąc się histerycznie, lub płacząc na przemian. Gdy tego słuchałem, zastanawiałem się jak to możliwe, że tatko po takim przeżyciu doszedł do równowagi. Niestety nie znam odpowiedzi.

Ze stolika gra pomyka, czyli jak w PRL zabijano nudę.

           Gdy patrzymy jak wielcy tego świata dzisiaj nim rządzą, to można łatwo dojść do wniosku, że człowiek wcale nie różni się od zwierzęcia rozumem. Wygląda na to, że jedynym wyraźnym wyróżnikiem naszego gatunku jest potrzeba rozrywki. A ponieważ potrzeba jest matką wynalazku … to w tej dziedzinie obecnie radzimy sobie znakomicie. Prymitywne gry komputerowe pojawiły się już w latach 70-tych, a z nimi rozkwitały salony gry. Po złapaniu oddechu przez komputery personalne, a zwłaszcza po powstaniu internetu, nastąpiła eksplozja gier coraz piękniejszych graficznie i zróżnicowanych tematycznie. Na swój dzień ciągle czeka świat wirtualnej rzeczywistości. Dotychczas podejmowane próby, czy to w salonach gier, czy w komputerach domowych niestety, a może na szczęście, zakończyły się fiaskiem. Niemniej współczesny homo – computericus może, nie ruszając tyłka z fotela, grać sam ze sobą, lub na internecie współzawodniczyć nawet z grupą ludzi, o palmę pierwszeństwa w grach, które go interesują. Już teraz jest tego tyle, że mógłby spędzić całe życie na rozrywce przy komputerze, gdyby nie musiał zarobić na papu. Niewątpliwie raj dla samotnych miłośników rozrywek.

         W PRL tacy samotnicy mieli przerąbane, bo do czasu pojawienia się salonów gier, do ich dyspozycji był jedynie pasjans, czy układanie puzzli, lub klocków. Jak wobec tego ci biedacy walczyli z nudą? Niestety musieli w tym celu, co jest zapewne zupełnie nie do pojęcia dla współczesnych miłośników technologii, skrzykiwać się w grupy. To dawało dostęp do szerokiej gamy różnorakich rozrywek. Z jakiegoś powodu biedniutkie powojenne państwo, mimo borykania się z milionami problemów, od samego początku rozumiało, że ludzie aby nie wpadać w depresję muszą mieć rozrywki. Również takie, w które państwo nie wpychało swoich brudnych paluchów. Dlatego produkowało, lub pozwalało to robić sektorowi prywatnemu, całą masę gier służących rozładowaniu stresu. Od nie wymagających intelektualnego wysiłku gier planszowych, po gry strategiczne, z których najpopularniejsze były szachy warcaby, brydż, czy swego czasu szał wczasowiczów – bierki (poszukajcie sobie toto na internecie).

            Tatko nauczył mnie gry w warcaby, w których był niedoścignionym mistrzem wśród znajomych. Nigdy nie widziałem żeby z kimś przegrał. Dotyczyło to również mnie, gdyż mam pewność, że sporadyczne wygrane jakie z nim zaliczyłem wynikały z litości nad maluczkimi, a nie z moich rosnących umiejętności. Z szachami, które też lubił, radziłem sobie zdecydowanie lepiej. Wiem to, gdyż oboje konfrontowaliśmy swoje umiejętności w parkach zdrojowych Polanicy, czy Dusznik, gdzie rzadko dostawaliśmy wciry od ludzi, którzy okupowali zdrojowe szachownice całymi dniami. Większość kolegów nie chciała ze mną grać, bo taka już ludzka natura, że nikt nie lubi przegrywać. Wreszcie w szkole średniej trafiłem na godnego rywala, co gdyby nie przytomność umysłu pani bibliotekarki, mogło nas obu wpędzić w kłopoty. Przypadkiem odkryliśmy, że biblioteka szkolna zawiera nie tylko lektury, ale również samotne puzderko z pięknym kompletem szachów. No i się zaczęło. Siadaliśmy do rozgrywki ze dwa razy w tygodniu na początku dużej przerwy, ale bardo rzadko udawało się nam skończyć partię przed jej zakończeniem. Wobec czego graliśmy sobie w najlepsze w czasie lekcji, nie zaszczycając klasy i nauczyciela swoją obecnością, bo przecież nauka jest dla głupich. O dziwo nie każdy nauczyciel raczył sprawdzać obecność w środku dnia, więc czasem uchodziło to nam na sucho. Po jakichś dwóch miesiącach naszych regularnych pojedynków, pani bibliotekarka zainteresowała się zbyt dużą ilością „okienek” lekcyjnych, przedziwnie następujących zawsze po dużej przerwie, na której zaczynaliśmy rozgrywkę. Nas zapytała tylko z jakiej klasy jesteśmy, po czym przeprowadziła dochodzenie na własną rękę. Sprawa się rypła, ale zamiast opr dostaliśmy od niej obietnicę, że jeżeli nie uda się nam zakończyć partyjki na przerwie, to nie pozwoli nikomu ruszyć szachownicy do końca dnia. Wagary się skończyły i chcąc nie chcąc musieliśmy kończyć grę na kolejnych przerwach, lub po lekcjach.

                Kolejną popularną rozrywką ludków w PRL były różnorakie gry karciane. Niemal wszystkie wymagały pewnej strategii, ale moją niemal pasją od późnej podstawówki aż do studiów stał się brydż. Ze stolika gra pomyka zaczęła się dla mnie przypadkiem. W mieszkaniu obok, na stancji, przebywali dwaj studenci, pasjonaci brydża. Jak wiadomo miłośnikom tej gry najtrudniejszym jej elementem jest skompletowanie czwórki. Ta przypadłość nie omijała także moich tymczasowych sąsiadów, a że na bezrybiu… zaczepili kiedyś mnie i mojego przyjaciela z góry, czy nie chcielibyśmy z nimi zagrać. Usłyszeli, że oboje znamy brydża jedynie ze słyszenia, co ich cokolwiek zawiodło. Jednak po kilku dniach posuchy ofiarowali się nas nauczyć. Czy to ze względu na to, że zaklasyfikowali nas jako smarkaczy, czy też zakładali, że nie będą zbyt często skazani na grę z nami, wyłożyli nam podstawowe zasady„dla głupich”, po czym przemęczyli się z nami przez dwa kolejne wieczory.

            Graliśmy, o ile można tak to nazwać, sporadycznie, aż do czasu ich kolejnej długiej posuchy. Na dodatek przygotowywali się do gry w turnieju, więc musieli trenować. Nasi rodzice nie mieli nic przeciwko temu, że spędzamy czas do późnych godzin nocnych po sąsiedzku, gdzie niejako mieli nas na oku, no i wreszcie mogliśmy złapać bakcyla. Przez kilka wieczorów bardzo nas dziwiło, że studenci czemuś w każdej rozgrywce licytują kolory, które akurat były naszym atutem, więc kontry latały szybciej i gęściej niż kule z kałacha. Niemal zawsze byliśmy też zdziwieni ostatecznym wyborem koloru rozgrywki. Studentów ta sytuacja wyraźnie bawiła, do czasu aż przestali nas lekceważyć. Bo brydż to taka bestia, że składa się nie tylko z licytacji ale i ze sposobu rozgrywki. W tej ostatniej nonszalancja i lekceważenie przeciwnika szybko się mści. To samo spotkało studentów. Licytowali zbyt wysokie kontrakty licząc na nasze niedoświadczenie. Mało tego czasem grali na siłę, mimo że to my mieliśmy dobry rozkład, który w rozgrywce udawało nam się wykorzystać. Gdy dotarło do nich, że po obróbce możemy być dla nich zupełnie przyzwoitym sparringpartnerem, zdradzili nam sekret, że oni posługują się w licytacji systemem i wyłożyli nam jego podstawowe zasady. Na jakiś czas nam to wystarczyło, kontry przestały latać gromadami, bo rozumieliśmy o co im biega. Gdy sięgnęliśmy po literaturę tematu okazało się, że systemów licytacji jest całe mnóstwo. Wtedy zabawa rozpoczęła się na dobre. Wybraliśmy sobie z przyjacielem inny system, potrenowaliśmy kilka dni na sucho i …. zanim studenci się zorientowali co robimy przez kilka wieczorów dostali porządne wciry. W szkole średniej udało mi się zarazić brydżem kilku kolegów i często urządzaliśmy sobie południa z kartami, pogaduszkami i muzyką. Dopiero na studiach dopadała mnie choroba posuchy. Coraz trudniej było skompletować czwórkę, bo dorosłych młodzieńców bardziej interesowały inne rozrywki i swawole. Bywało tak, że jedynie wódka była magnesem do skompletowania składu stolika. Niestety po kilku kieliszkach, gra przeważnie już nie potrafiła sprawnie pomykać i zamieniało się to raczej w nocne Polaków rozmowy. Co zresztą ciągle oceniam jako lepszą rozrywkę niż, mniej lub bardziej bezmyślne, obracanie gier komputerowych.

Czy spełniłeś już swój obywatelski obowiązek ? – czyli wybory w PRL.

              Jednym ze sztandarowych zarzutów piewców teraźniejszego (w ich opinii) błogostanu, wobec państwa, które usiłują zohydzić rodakom, jest brak demokracji w PRL. Przy czym rzadko uzasadniają swoje twierdzenia racjonalnymi argumentami. Spróbuję wobec tego spojrzeć nieco inaczej na przeszłość.

         Pierwszy powojenny rząd Rzeczypospolitej Polskiej, która jeszcze nie włączyła do swojej nazwy przymiotnika Ludowa, został wyłoniony po wyborach powszechnych. Oczywiście piewcy z oburzeniem zakrzykną – sfałszowanych. Być może, bo nikt nie był w stanie tego twierdzenia udowodnić, ale ważniejszy jest inny fakt. Tak kochane przez nas dzisiaj z niewiadomych powodów kraje Zachodu, na dodatek wtedy i dzisiaj sojusznicy, bez mrugnięcia powieką uznały ten oszukańczy twór za legalne państwo. Władcy największych kapitalistycznych potęg składali w nim wizyty częściej i jakby chętniej niż w III RP, bo były one niejednokrotnie kilkudniowe, a nie kilkugodzinne. To państwo, generalnie szanowane na świecie nie tylko dlatego, że było drugą potęgą Układu Warszawskiego, ale również z powodu osiągnięć gospodarczych i cywilizacyjnych, co kilka lat przeprowadzało na swym terytorium wybory powszechne. Wiem, wiem, listy wyborcze były układane przez „kierowniczą siłę narodu” i obywatel nie miał żadnego wpływu na to kto będzie wybrańcem.

          Tutaj ciśnie mi się na klawiaturę krótkie słowo – czyżby? Obywatel miał przecież prawo do dowolnego skreślania kandydatów z listy. Gdyby chciał zamieszać w systemie, to nawet bez znajomości kandydatów, mógł bez trudu przekazać władzę drugiemu garniturowi wybrańców. Mógł też wybrać na lidera któreś ze stronnictw, czyli Stronnictwo Ludowe, Demokratyczne, czy Zjednoczonych Chrześcijan. Nie było bowiem dla nikogo tajemnicą, że najważniejsze figury w państwie startowały do wyborów z pierwszych miejsc na listach. Ten system funkcjonuje również teraz. Nie chcę tutaj słuchać zarzutów, że i tak by sfałszowali, bo w sytuacji gdy prawie nikt nie próbował są one bezpodstawne. Na wybory w PRL chodziło zawsze ponad 90% uprawnionych. Jednak zaledwie garstka szła za kotarkę w celu skreślenia kogokolwiek. Osobiście nie rozumiem dlaczego. Oczywiście znam te powszechne legendy o tym, jak to samo zbojkotowanie wyborów, nie wspominając już o pójściu za kotarkę, mogło pozbawić delikwenta jakiegoś mizernego stanowiska, lub narazić na szykanowanie przez kierownika czy brygadzistę. Co znaczyłoby, że w gruncie rzeczy byliśmy społeczeństwem pieprzonych konformistów. Ten punkt widzenia potwierdza frekwencja wyborcza za czasów krótkiego oddechu wolności, gdy blisko dziesięć milionów członków Solidarności, zlekceważyło wezwanie swego kierownictwa do bojkotu wyborów i grzeczniutko, jak zwykle, wrzuciło swoje niesplamione atramentem listy do urn. Jeżeli nadal ktokolwiek uważa, że wybory były niedemokratyczne to wina za to nie leży po stronie ówczesnych władz. Za konformizm, czy może bardziej brutalnie tchórzostwo, społeczeństwo płaciło rzeczywistością, którą mogło próbować zmienić. Wizyta za kotarką niczym nie groziła. Skąd wiem?

       Krótko przed pierwszymi wyborami w których uczestniczyłem świadomie, czyli nie wrzucając koperty za mamusię, czy tatusia, odwiedziłem drzwi otwarte Sląskiego Okręgu Wojskowego. Służba wojskowa była przymusowa, więc chciałem zobaczyć co mnie czeka. Dzień był pogodny i pełny zabawy, bo wojsko chciało się pokazać z jak najlepszej strony. Załapałem się na jazdę czołgiem i transporterem opancerzonym, odstałem swoje po słynną grochówkę, ale po kilku łyżkach czar prysnął. Grochówka była pyszna, ale jej smak zrujnował gen. Jaruzelski. Tak się złożyło, że również brał udział w dniu otwartym koszar i robiąc dobrą minę do złej gry, pozornie uprzejmie odpowiadał na pytania prostaczków. Gdy podchodziłem, chcąc go obejrzeć z bliska, widowisko gwałtownie zmieniło swój charakter. Generał nie zważając na gapiów zaczął sztorcować z wściekłością jakiegoś porucznika. Byłem jeszcze zbyt daleko, aby usłyszeć o co poszło, ale w miarę zbliżania się widziałem jak z twarzy wyprężonego porucznika odpływa krew. Niemal w mgnieniu oka zrobił się popielaty. Wyglądało, że za chwilę zemdleje. Jaruzelski musiał to zauważyć, bo przerwał swoją tyradę i odprawił go szorstko. Ta scena zniechęciła mnie do wojska, bo jeżeli tak można traktować porucznika, to szeregowy zapewne był śmieciem. Mnie, wychowanemu z jedynie minimalną dozą dyscypliny, nie mieściło się w głowie znoszenie takiego poniżenia.

        Przyszła pora wyborów i okazało się, że Jaruzelski, który mieszkał na stałe w Warszawie, kandyduje do Sejmu ze Sląskiego Okręgu Wojskowego, czyli we Wrocławiu. Nie odmówiłem sobie przyjemności skorzystania z kotarki. Jedyną karą jaka mnie spotkała, były lodowate spojrzenia komisji wyborczej, która do czasu gdy wrzucałem swój głos miała tylko promienne uśmiechy dla wyborców. Sprawdziłem wyniki i Jaruzelski otrzymał 93% głosów z jakimś hakiem, czyli nie tylko ja go skreśliłem. Niestety korzystających ze swobód obywatelskich było niewielu. Mimo tego, że w każdych kolejnych wyborach skreślałem nie tylko Jaruzelskiego, ale również konkurentów ludzi, którym chciałem pomóc dostać się szczególnie do władz lokalnych, zawsze wygrywali „przodownicy” list. Zbyt mało było nonkonformistów. Największym zaskoczeniem były dla mnie odpowiedzi członków NSZZ, gdy ich pytałem dlaczego zlekceważyli wezwanie do bojkotu wyborów. Nie usłyszałem niczego nowego oprócz legend, które przetrwały z czasów poprzednich. A wydawało się, że wszyscy wreszcie podnieśli się z kolan i oddychają pełną piersią.

          Niestety to poczucie niemocy, a może i strachu, pokutuje do dzisiaj. Młode pokolenie jakoś nie rozumie, że wykorzystując system, może pogonić to tałatajstwo i pokazać, bez bezowocnego szwendania się po ulicznych protestach, co potrafi. Reszta zamiast pozbawić szans na urzędowanie ten sam rotacyjny pierwszy garnitur i głosować na ludzi z niskich pozycji na listach (kto wie może złapali by byka za rogi i odsunęli w cień nieudanych liderów), nie chodzi na wybory. Kolejne władze wybiera dzięki temu niecałe 20% uprawnionych do głosowania, a milcząca ponad 60-cio procentowa większość cierpi. Czy takie wybory naprawdę mają coś wspólnego z demokracją? Czy miliony złociszy, spędzone na mniej lub bardziej puste obietnice wyborcze, które zdecydowanej większości obywateli nie skłoniły do ruszenia tyłków z kanapy i pójścia na wybory, dają któremukolwiek rządowi III RP bardziej wiarygodną legitymację do sprawowania władzy niż „komuchom” w PRL?

Surrealizm zakupów w PRL.

        Gdyby zapytać młodego człowieka, który został zindoktrynowany przez współczesnych przerabiaczy historii, jak wyglądały zakupy w PRL, to zapewne powiedziałby, że na półkach nie było niczego poza octem, musztardą i okazjonalnie herbatą. Co więcej, zapewne według niego odnosiło się to do całych 45 lat rządów komuny. Pomijając fakt, że przeczy to logice, bo jak przy takim wyżywieniu ludność PRL mogla rozmnożyć się o 15 milionów, nie wspominając już o tym, po jaką cholerę ludzie stali w kolejkach za niczym, to rzeczywiste braki na półkach dotyczyły jedynie niecałych pięciu lat dyktatorskich rządów Jaruzelskiego.

Zacznijmy od początku. Lata 1945 – 56 w handlu to w dużym stopniu imitacja międzywojnia. Władza dopiero się instalowała, a ludzie ciągle żyli nawykami systemu kapitalistycznego. 

Od piwnicy aż po dach, niech radośnie rośnie gmach…

czyli cały naród buduje Warszawę.

              Nie użyłem słowa odbudowuje, bo na dobrą sprawę odbudowywać można było tylko prawobrzeżną Stolicę. Resztę trzeba było zbudować niemal od nowa. Co ciekawe „prymitywne, niedouczone komuchy” nie robiły tego na łapu capu, ale zaplanowały całe nowe dzielnice, ciągi komunikacyjne, a nawet stworzyły nowy trend architektoniczny, zwany dzisiaj socrealizmem. Koronnymi dziełami tego budownictwa są dzisiaj warszawski MDM i cała Nowa Huta.

Przerażający cień atomówki.

          Niemal natychmiast po zakończeniu wojny w Europie doszło do ochłodzenia stosunków pomiędzy dotychczasowymi sojusznikami.  Amerykanie skutecznie wmówili niemal całemu światu, że to oni wygrali wojnę i chyba sami w to uwierzyli. Tymczasem jeśli spojrzeć na wojenne statystyki sił, to bez trudu zauważymy, że ich udział w zwycięstwie był           ( jeżeli nie liczyć tzw. pomocy wojennej dla ZSRR) niezbyt wielki. Te statystyki tłumaczą częściowo dlaczego Zachód lekką ręką sprzedał nas w Jałcie, wraz z całym Blokiem Wschodnim. Do tego, aby wygrać wojnę na Dalekim Wschodzie, Amerykanie potrzebowali pomocy Sowietów. Ta pomoc w pokonaniu Japonii spowodowała również, nieprzewidziane przez USA, zarażenie ideologią socjalistyczną Chin, Korei, Wietnamu i Mongolii. Nic zatem dziwnego, że nastąpiło ochłodzenie w relacjach sojuszników. USA musiało sobie znaleźć mocnego i wiernego sojusznika w Europie. Francuzi nigdy nie byli postrzegani przez Amerykę jako przyjaciele. Wielka Brytania, pomimo zastraszającego tempa rozpadu Imperium, nie była skłonna zostać wasalem USA. Nie pozwala na to urażona, ale ciągle istniejąca narodowa duma. Padło na Niemcy. Powołanie do życia bardzo marionetkowego w pierwszych latach RFN i sowiecka odpowiedź kompletnie zależnym od Stalina NRD, złamała wcześniejsze umowy o powojennej jedności Niemiec i było faktycznym początkiem zimnej wojny.  

Dorastanie wśród ruin.

           Dziesięć lat po wojnie Wrocław wciąż ją pamiętał. Wypalone kikuty domów, które można było spotkać niemal co krok, nie pozwalały o niej zapomnieć. Dotyczyło to jednak tylko dorosłych mieszkańców. Dla mnie, jak i dzieciaków z sąsiedztwa ruiny były po prostu częścią zastanej rzeczywistości. Na równi z parkami, ulicami, rzeką, mostami, czy placami zabaw. Co więcej, nadawały się również do zabawy. Słowo wojna było nam oczywiście znane, ale nie było czymś groźnym. Było to wydarzenie z przeszłości, o którym dorośli niechętnie z nami rozmawiali. Z jednej strony zapewne dlatego, że sami chcieli o nim zapomnieć, a z drugiej przypuszczalnie zakładali, że jesteśmy zbyt młodzi, aby cokolwiek z tego zrozumieć. Ponadto nie zabraniali nam bawić się w wojnę, czy to ołowianymi żołnierzykami, czy w czasie podwórkowych gonitw. Z perspektywy czasu nie bardzo mogę zrozumieć dlaczego nam nie bronili takich zabaw, ale to przyzwolenie powodowało, że wojna nie była dla nas niczym groźnym. Była po prostu jedną z wielu zabaw. Być może dlatego, gdy znajdowaliśmy od czasu do czasu amunicję, granaty, czy większe niewypały, nie wzbudzało to w nas strachu, ale ciekawość, za którą niektórzy z nas zapłacili śmiercią lub kalectwem.

Nuda Małej Stabilizacji.

                W ramach zohydzania PRL-u, byli prominenci i beneficjenci tamtego systemu, wmówili młodemu pokoleniu, że totalna beznadzieja okresu tzw. Małej Stabilizacji walczyła o lepsze z szarzyzną życia tłamszonych obywateli. Gdyby wierzyć w te bzdury to wyszłoby, że mieszkańcy takiego padołu łez żyli w wiecznej depresji, rozglądając się tylko za sznurem, albo żyletką, aby jak najszybciej zakończyć swoją nędzną wegetację. Niestety fakty temu przeczą. Bo podobnie jak szarość PRL-u można udowadniać jedynie dzięki czarno białym fotografiom i niestety istniejącym do dzisiaj elewacjom większości budynków, tak niewątpliwy zastój gospodarczy okresu gomułkowskiego, wcale nie świadczy o tym, że nic się nie działo.

               Ogromnym wysiłkiem większości społeczeństwa, pozbawiony pomocy z zewnątrz kraj dźwigał się z ruin w tempie porównywalnym z Europą zachodnią. Zdewastowane i zrabowane zakłady przemysłowe, często sumptem własnych pracowników, rozkręcały produkcję. Oświetlane dotąd świeczką i kagankiem wsie pomalutku zaczęły się oswajać z żarówką elektryczną. Transport pracowników, możliwy po wojnie jedynie dzięki ciężarówkom wojskowym, został zastąpiony przez tramwaje i autobusy miejskie i uzupełniony skutecznie przez PKP i PKS. Coraz częściej balujący klient mógł skorzystać z taksówki, która jeszcze we wczesnych latach sześćdziesiątych musiała, na postoju Fiakrów, walczyć o lepsze z koniem. Wkrótce frajda podróży dorożką stała się niedostępna. Niepokorna w każdym pokoleniu młodzież, zmusiła partyjny beton do uznania, ba polubienia, rock and rolla, do dźwięków którego na balach przytupywali najwyżsi oficjele.

    Zapewne jedynie w ramach walki z niepotrzebnym importem rozpoczęto produkcję aut wszelkich rozmiarów i przeznaczenia, a może należałoby by to nazwać fałszywą ambicją, bo dzisiaj z ochotą i powodzeniem robią to za nas zagraniczne firmy. Jeszcze większe zdziwienie może budzić fakt, że porwaliśmy się na budowę własnych pociągów, tramwai, a nawet niektórych typów samolotów, które mogliśmy bez trudu, podobnie jak dzisiaj kupić za granicą. Kompletnym paradoksem jest, że pomimo niechęci Gomułki do mechanizacji rolnictwa, wytwarzaliśmy własne traktory i maszyny rolnicze. Również trudno zrozumieć dlaczego mieszkania komunalne, budowane przestarzałą i powolną metodą układania na sobie solidnych cegieł, wyposażano w łazienki. Czym robotnicy zasłużyli sobie na takie luksusy? Dotąd mieszkania miały wychodki na półpiętrze klatki schodowej, albo wręcz na zewnątrz. Komu to przeszkadzało?

         Zastój gospodarczy nie przeszkadzał też zwolennikom mody w naśladowaniu światowych trendów. Wprawdzie władze dość rzadko pozwalały Łódzkim szwaczkom na masową produkcję modnych ciuchów, ale nie wstrzymały produkcji surowców do ich wytwarzania, czyli znakomitej jakości różnorakich materiałów z metra. Tutaj wkraczał sektor prywatny, którego wbrew współczesnej propagandzie, władze zbytnio nie gnębiły, bo były takie czasy w historii PRL, że wytwarzał ponad 20% PKB. Oczywiście był drenowany podatkami, ale czy dzisiaj dzieje się inaczej? Mniejsze i większe zakłady krawiecki szyły więc na zamówienie, nie tylko modnie ale i na miarę. Zaryzykuję tutaj stwierdzenie, że polskie modnisie prezentowały się dużo lepiej niż ich kapitalistyczne koleżanki, które musiały ubierać się w masówkę. Wszyscy bowiem wiemy, jak leżą na kimkolwiek ciuchy zebrane z haka w Galerii handlowej.