Masowanie historii.

               W rzeczywistości III RP chyba nie egzystuje nikt, kto ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, że historię piszą zwycięzcy. Robią to bowiem jak nigdy dotąd bezczelnie, nachalnie i bez oglądania się na to, że ciągle żyją ludzie, którzy tę historię współczesną nie tylko oglądali z boku, ale również budowali.Niestety, z niezrozumiałych dla mnie powodów, ci budowniczy, nie potrafią nawet przekonać własnych dzieci, że większość wciskanych im przez rządzących objawień na temat PRL (którą notabene cała masa będących dziś u koryta nieźle doiła), to zwykłe bzdury. Niezłym przykładem są  żołnierze wyklęci, których zasługi w walce z komuchami są wynoszone niemal pod niebiosa. Tymczasem tylko nazwa pasuje jak ulał, bo wyklinali ich rabowani i mordowani chłopi, rodziny zabitych w obronie legalnego państwa urzędników, żołnierzy i milicjantów, czy osierocone przedwcześnie dzieci. Oczywiście, usprawiedliwieniem dla obecnych elit wychowanych i wykształconych w PRL jest, że było to (wbrew faktom), państwo nielegalne. Czego jednak od nich wymagać skoro „nikt im nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne”.

              Trochę się jednak zagalopowałem, bo gdzie tam szaraczkowi do „wielkiej historii”. Wracam na własne podwórko. Moi rodzice nie lubili wracać do przeszłości. Trudno powiedzieć, czy wiązało się to z niezbyt wesołymi wspomnieniami z okresu wojny, czy po prostu rozumieli, że tego co się stało i tak nie odmienią, a ważne jest to co pozostawią po sobie tu i teraz. Co ciekawe szerokie grono moich wujków i ciotek podzielało ten punkt widzenia. Gdyby nie jeden z moich wujków, który wżenił się w rodzinę i jako jedyny nie stronił od wojennych wspomnień, zapewne nigdy bym niczego od tatka nie usłyszał. Złamał się po jednym z rodzinnych spotkań, na których ów wujek po raz kolejny „zanudzał” wszystkich swoją bohaterską działalnością w partyzantce we Francji. Mimo to, że jak zwykle jego opowieści były przez resztę biesiadników przyjmowane dosyć lekceważąco, bo jaką tam Francuzi mieli partyzantkę, tatko po powrocie do domu zdecydował się uchylić rąbka tajemnicy na temat swoich przeżyć. Oczywiście nie były to opowieści o bohaterstwie, bo przecież jak wspomniałem wcześniej był zatrudniony w turystyce. Obydwie opowieści były z nią związane.

           Pod koniec budowy betonowego pasa startowego na terenie Węgier, Niemcy wprowadzili szczególne środki ostrożności. Zarówno robotnikom przymusowym jak i niemieckim nie wolno było zbliżać się do, okrytych szczelnie plandekami maskującymi, samolotów. Wielkość maszyn nie wskazywała na to, że potrzebują do startu betonu, wobec czego robotnicy doszli do wniosku, że jest to nowa broń. Domysłom nie było końca. Na zaspokojenie ciekawości nie czekali zbyt długo. Po kilku dniach, o zmierzchu, zagoniono wszystkich robotników do baraków sypialnych i zabroniono im, pod groźbą surowych kar, spoglądać przez okna. Ludzkiej natury nie da się stłamsić. Niewielu posłuchało. Najpierw pojawił się niesamowity hałas. Robotnicy, którzy na co dzień obcowali z samolotami, jeszcze czegoś takiego nie doświadczyli. Drżały zarówno szyby jak i ściany baraków. Po pół godzinie, w niemal całkowitych ciemnościach, samoloty zaczęły startować. Pierwszy z nich ciągnął za sobą długą smugę ognia. Pali się !!! krzyknęli radośnie robotnicy. Drugi też, zaczęli wręcz skakać z podniecenia. Gdy jednak to samo powtórzyło się przy trzecim i następnych, a maszyny mało że nie spadały, to ciągnąc za sobą te warkocze ognia szybko się wznosiły, entuzjazm zgasł jak zdmuchnięta zapałka. Okazało się, że byli świadkami udanej próby nowej wspaniałej broni, samolotów odrzutowych.

            Druga opowieść, nieco bardziej dramatyczna, wiąże się z Dreznem. Tatko znalazł się w złym miejscu o niewłaściwym czasie i przeżył dywanowe naloty na to miasto. Piwnica, w której udało mu się przetrwać, już na początku nalotu wypełniła się pyłem wdzierającym się wszystkimi szparami i odpadającym tynkiem. Wszyscy oddychali przez chusteczki, koszule i inne kawałki materiałów. Ogłuszający huk wybuchających bomb i krzyki przerażenia dopełniały obrazu grozy. Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić. Gdy bomby przestały wybuchać ludzie bardzo ostrożnie opuszczali piwnicę, która uratowała im życie. Na zewnątrz ich oczom ukazało się morze płomieni. Wyglądało to, w co trudno uwierzyć, jakby paliły się nawet cegły z resztek zabudowań. Powietrze było gorące jak w piecu. Wedle relacji ojca kilkanaście osób z jego otoczenia w sekundę postradało zmysły. Jedni rzucili się w stronę płonących budynków, ale nie przyszło im zginąć w płomieniach. Udusili się zanim tam dotarli. Szalejące morze ognia pożarło cały dostępny tlen. Inni zaczęli uprawiać jakieś dziwne tańce, wyrzucając z siebie nieskładne słowa i śmiejąc się histerycznie, lub płacząc na przemian. Gdy tego słuchałem, zastanawiałem się jak to możliwe, że tatko po takim przeżyciu doszedł do równowagi. Niestety nie znam odpowiedzi.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.