Ze stolika gra pomyka, czyli jak w PRL zabijano nudę.

           Gdy patrzymy jak wielcy tego świata dzisiaj nim rządzą, to można łatwo dojść do wniosku, że człowiek wcale nie różni się od zwierzęcia rozumem. Wygląda na to, że jedynym wyraźnym wyróżnikiem naszego gatunku jest potrzeba rozrywki. A ponieważ potrzeba jest matką wynalazku … to w tej dziedzinie obecnie radzimy sobie znakomicie. Prymitywne gry komputerowe pojawiły się już w latach 70-tych, a z nimi rozkwitały salony gry. Po złapaniu oddechu przez komputery personalne, a zwłaszcza po powstaniu internetu, nastąpiła eksplozja gier coraz piękniejszych graficznie i zróżnicowanych tematycznie. Na swój dzień ciągle czeka świat wirtualnej rzeczywistości. Dotychczas podejmowane próby, czy to w salonach gier, czy w komputerach domowych niestety, a może na szczęście, zakończyły się fiaskiem. Niemniej współczesny homo – computericus może, nie ruszając tyłka z fotela, grać sam ze sobą, lub na internecie współzawodniczyć nawet z grupą ludzi, o palmę pierwszeństwa w grach, które go interesują. Już teraz jest tego tyle, że mógłby spędzić całe życie na rozrywce przy komputerze, gdyby nie musiał zarobić na papu. Niewątpliwie raj dla samotnych miłośników rozrywek.

         W PRL tacy samotnicy mieli przerąbane, bo do czasu pojawienia się salonów gier, do ich dyspozycji był jedynie pasjans, czy układanie puzzli, lub klocków. Jak wobec tego ci biedacy walczyli z nudą? Niestety musieli w tym celu, co jest zapewne zupełnie nie do pojęcia dla współczesnych miłośników technologii, skrzykiwać się w grupy. To dawało dostęp do szerokiej gamy różnorakich rozrywek. Z jakiegoś powodu biedniutkie powojenne państwo, mimo borykania się z milionami problemów, od samego początku rozumiało, że ludzie aby nie wpadać w depresję muszą mieć rozrywki. Również takie, w które państwo nie wpychało swoich brudnych paluchów. Dlatego produkowało, lub pozwalało to robić sektorowi prywatnemu, całą masę gier służących rozładowaniu stresu. Od nie wymagających intelektualnego wysiłku gier planszowych, po gry strategiczne, z których najpopularniejsze były szachy warcaby, brydż, czy swego czasu szał wczasowiczów – bierki (poszukajcie sobie toto na internecie).

            Tatko nauczył mnie gry w warcaby, w których był niedoścignionym mistrzem wśród znajomych. Nigdy nie widziałem żeby z kimś przegrał. Dotyczyło to również mnie, gdyż mam pewność, że sporadyczne wygrane jakie z nim zaliczyłem wynikały z litości nad maluczkimi, a nie z moich rosnących umiejętności. Z szachami, które też lubił, radziłem sobie zdecydowanie lepiej. Wiem to, gdyż oboje konfrontowaliśmy swoje umiejętności w parkach zdrojowych Polanicy, czy Dusznik, gdzie rzadko dostawaliśmy wciry od ludzi, którzy okupowali zdrojowe szachownice całymi dniami. Większość kolegów nie chciała ze mną grać, bo taka już ludzka natura, że nikt nie lubi przegrywać. Wreszcie w szkole średniej trafiłem na godnego rywala, co gdyby nie przytomność umysłu pani bibliotekarki, mogło nas obu wpędzić w kłopoty. Przypadkiem odkryliśmy, że biblioteka szkolna zawiera nie tylko lektury, ale również samotne puzderko z pięknym kompletem szachów. No i się zaczęło. Siadaliśmy do rozgrywki ze dwa razy w tygodniu na początku dużej przerwy, ale bardo rzadko udawało się nam skończyć partię przed jej zakończeniem. Wobec czego graliśmy sobie w najlepsze w czasie lekcji, nie zaszczycając klasy i nauczyciela swoją obecnością, bo przecież nauka jest dla głupich. O dziwo nie każdy nauczyciel raczył sprawdzać obecność w środku dnia, więc czasem uchodziło to nam na sucho. Po jakichś dwóch miesiącach naszych regularnych pojedynków, pani bibliotekarka zainteresowała się zbyt dużą ilością „okienek” lekcyjnych, przedziwnie następujących zawsze po dużej przerwie, na której zaczynaliśmy rozgrywkę. Nas zapytała tylko z jakiej klasy jesteśmy, po czym przeprowadziła dochodzenie na własną rękę. Sprawa się rypła, ale zamiast opr dostaliśmy od niej obietnicę, że jeżeli nie uda się nam zakończyć partyjki na przerwie, to nie pozwoli nikomu ruszyć szachownicy do końca dnia. Wagary się skończyły i chcąc nie chcąc musieliśmy kończyć grę na kolejnych przerwach, lub po lekcjach.

                Kolejną popularną rozrywką ludków w PRL były różnorakie gry karciane. Niemal wszystkie wymagały pewnej strategii, ale moją niemal pasją od późnej podstawówki aż do studiów stał się brydż. Ze stolika gra pomyka zaczęła się dla mnie przypadkiem. W mieszkaniu obok, na stancji, przebywali dwaj studenci, pasjonaci brydża. Jak wiadomo miłośnikom tej gry najtrudniejszym jej elementem jest skompletowanie czwórki. Ta przypadłość nie omijała także moich tymczasowych sąsiadów, a że na bezrybiu… zaczepili kiedyś mnie i mojego przyjaciela z góry, czy nie chcielibyśmy z nimi zagrać. Usłyszeli, że oboje znamy brydża jedynie ze słyszenia, co ich cokolwiek zawiodło. Jednak po kilku dniach posuchy ofiarowali się nas nauczyć. Czy to ze względu na to, że zaklasyfikowali nas jako smarkaczy, czy też zakładali, że nie będą zbyt często skazani na grę z nami, wyłożyli nam podstawowe zasady„dla głupich”, po czym przemęczyli się z nami przez dwa kolejne wieczory.

            Graliśmy, o ile można tak to nazwać, sporadycznie, aż do czasu ich kolejnej długiej posuchy. Na dodatek przygotowywali się do gry w turnieju, więc musieli trenować. Nasi rodzice nie mieli nic przeciwko temu, że spędzamy czas do późnych godzin nocnych po sąsiedzku, gdzie niejako mieli nas na oku, no i wreszcie mogliśmy złapać bakcyla. Przez kilka wieczorów bardzo nas dziwiło, że studenci czemuś w każdej rozgrywce licytują kolory, które akurat były naszym atutem, więc kontry latały szybciej i gęściej niż kule z kałacha. Niemal zawsze byliśmy też zdziwieni ostatecznym wyborem koloru rozgrywki. Studentów ta sytuacja wyraźnie bawiła, do czasu aż przestali nas lekceważyć. Bo brydż to taka bestia, że składa się nie tylko z licytacji ale i ze sposobu rozgrywki. W tej ostatniej nonszalancja i lekceważenie przeciwnika szybko się mści. To samo spotkało studentów. Licytowali zbyt wysokie kontrakty licząc na nasze niedoświadczenie. Mało tego czasem grali na siłę, mimo że to my mieliśmy dobry rozkład, który w rozgrywce udawało nam się wykorzystać. Gdy dotarło do nich, że po obróbce możemy być dla nich zupełnie przyzwoitym sparringpartnerem, zdradzili nam sekret, że oni posługują się w licytacji systemem i wyłożyli nam jego podstawowe zasady. Na jakiś czas nam to wystarczyło, kontry przestały latać gromadami, bo rozumieliśmy o co im biega. Gdy sięgnęliśmy po literaturę tematu okazało się, że systemów licytacji jest całe mnóstwo. Wtedy zabawa rozpoczęła się na dobre. Wybraliśmy sobie z przyjacielem inny system, potrenowaliśmy kilka dni na sucho i …. zanim studenci się zorientowali co robimy przez kilka wieczorów dostali porządne wciry. W szkole średniej udało mi się zarazić brydżem kilku kolegów i często urządzaliśmy sobie południa z kartami, pogaduszkami i muzyką. Dopiero na studiach dopadała mnie choroba posuchy. Coraz trudniej było skompletować czwórkę, bo dorosłych młodzieńców bardziej interesowały inne rozrywki i swawole. Bywało tak, że jedynie wódka była magnesem do skompletowania składu stolika. Niestety po kilku kieliszkach, gra przeważnie już nie potrafiła sprawnie pomykać i zamieniało się to raczej w nocne Polaków rozmowy. Co zresztą ciągle oceniam jako lepszą rozrywkę niż, mniej lub bardziej bezmyślne, obracanie gier komputerowych.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.