Czy spełniłeś już swój obywatelski obowiązek ? – czyli wybory w PRL.

              Jednym ze sztandarowych zarzutów piewców teraźniejszego (w ich opinii) błogostanu, wobec państwa, które usiłują zohydzić rodakom, jest brak demokracji w PRL. Przy czym rzadko uzasadniają swoje twierdzenia racjonalnymi argumentami. Spróbuję wobec tego spojrzeć nieco inaczej na przeszłość.

         Pierwszy powojenny rząd Rzeczypospolitej Polskiej, która jeszcze nie włączyła do swojej nazwy przymiotnika Ludowa, został wyłoniony po wyborach powszechnych. Oczywiście piewcy z oburzeniem zakrzykną – sfałszowanych. Być może, bo nikt nie był w stanie tego twierdzenia udowodnić, ale ważniejszy jest inny fakt. Tak kochane przez nas dzisiaj z niewiadomych powodów kraje Zachodu, na dodatek wtedy i dzisiaj sojusznicy, bez mrugnięcia powieką uznały ten oszukańczy twór za legalne państwo. Władcy największych kapitalistycznych potęg składali w nim wizyty częściej i jakby chętniej niż w III RP, bo były one niejednokrotnie kilkudniowe, a nie kilkugodzinne. To państwo, generalnie szanowane na świecie nie tylko dlatego, że było drugą potęgą Układu Warszawskiego, ale również z powodu osiągnięć gospodarczych i cywilizacyjnych, co kilka lat przeprowadzało na swym terytorium wybory powszechne. Wiem, wiem, listy wyborcze były układane przez „kierowniczą siłę narodu” i obywatel nie miał żadnego wpływu na to kto będzie wybrańcem.

          Tutaj ciśnie mi się na klawiaturę krótkie słowo – czyżby? Obywatel miał przecież prawo do dowolnego skreślania kandydatów z listy. Gdyby chciał zamieszać w systemie, to nawet bez znajomości kandydatów, mógł bez trudu przekazać władzę drugiemu garniturowi wybrańców. Mógł też wybrać na lidera któreś ze stronnictw, czyli Stronnictwo Ludowe, Demokratyczne, czy Zjednoczonych Chrześcijan. Nie było bowiem dla nikogo tajemnicą, że najważniejsze figury w państwie startowały do wyborów z pierwszych miejsc na listach. Ten system funkcjonuje również teraz. Nie chcę tutaj słuchać zarzutów, że i tak by sfałszowali, bo w sytuacji gdy prawie nikt nie próbował są one bezpodstawne. Na wybory w PRL chodziło zawsze ponad 90% uprawnionych. Jednak zaledwie garstka szła za kotarkę w celu skreślenia kogokolwiek. Osobiście nie rozumiem dlaczego. Oczywiście znam te powszechne legendy o tym, jak to samo zbojkotowanie wyborów, nie wspominając już o pójściu za kotarkę, mogło pozbawić delikwenta jakiegoś mizernego stanowiska, lub narazić na szykanowanie przez kierownika czy brygadzistę. Co znaczyłoby, że w gruncie rzeczy byliśmy społeczeństwem pieprzonych konformistów. Ten punkt widzenia potwierdza frekwencja wyborcza za czasów krótkiego oddechu wolności, gdy blisko dziesięć milionów członków Solidarności, zlekceważyło wezwanie swego kierownictwa do bojkotu wyborów i grzeczniutko, jak zwykle, wrzuciło swoje niesplamione atramentem listy do urn. Jeżeli nadal ktokolwiek uważa, że wybory były niedemokratyczne to wina za to nie leży po stronie ówczesnych władz. Za konformizm, czy może bardziej brutalnie tchórzostwo, społeczeństwo płaciło rzeczywistością, którą mogło próbować zmienić. Wizyta za kotarką niczym nie groziła. Skąd wiem?

       Krótko przed pierwszymi wyborami w których uczestniczyłem świadomie, czyli nie wrzucając koperty za mamusię, czy tatusia, odwiedziłem drzwi otwarte Sląskiego Okręgu Wojskowego. Służba wojskowa była przymusowa, więc chciałem zobaczyć co mnie czeka. Dzień był pogodny i pełny zabawy, bo wojsko chciało się pokazać z jak najlepszej strony. Załapałem się na jazdę czołgiem i transporterem opancerzonym, odstałem swoje po słynną grochówkę, ale po kilku łyżkach czar prysnął. Grochówka była pyszna, ale jej smak zrujnował gen. Jaruzelski. Tak się złożyło, że również brał udział w dniu otwartym koszar i robiąc dobrą minę do złej gry, pozornie uprzejmie odpowiadał na pytania prostaczków. Gdy podchodziłem, chcąc go obejrzeć z bliska, widowisko gwałtownie zmieniło swój charakter. Generał nie zważając na gapiów zaczął sztorcować z wściekłością jakiegoś porucznika. Byłem jeszcze zbyt daleko, aby usłyszeć o co poszło, ale w miarę zbliżania się widziałem jak z twarzy wyprężonego porucznika odpływa krew. Niemal w mgnieniu oka zrobił się popielaty. Wyglądało, że za chwilę zemdleje. Jaruzelski musiał to zauważyć, bo przerwał swoją tyradę i odprawił go szorstko. Ta scena zniechęciła mnie do wojska, bo jeżeli tak można traktować porucznika, to szeregowy zapewne był śmieciem. Mnie, wychowanemu z jedynie minimalną dozą dyscypliny, nie mieściło się w głowie znoszenie takiego poniżenia.

        Przyszła pora wyborów i okazało się, że Jaruzelski, który mieszkał na stałe w Warszawie, kandyduje do Sejmu ze Sląskiego Okręgu Wojskowego, czyli we Wrocławiu. Nie odmówiłem sobie przyjemności skorzystania z kotarki. Jedyną karą jaka mnie spotkała, były lodowate spojrzenia komisji wyborczej, która do czasu gdy wrzucałem swój głos miała tylko promienne uśmiechy dla wyborców. Sprawdziłem wyniki i Jaruzelski otrzymał 93% głosów z jakimś hakiem, czyli nie tylko ja go skreśliłem. Niestety korzystających ze swobód obywatelskich było niewielu. Mimo tego, że w każdych kolejnych wyborach skreślałem nie tylko Jaruzelskiego, ale również konkurentów ludzi, którym chciałem pomóc dostać się szczególnie do władz lokalnych, zawsze wygrywali „przodownicy” list. Zbyt mało było nonkonformistów. Największym zaskoczeniem były dla mnie odpowiedzi członków NSZZ, gdy ich pytałem dlaczego zlekceważyli wezwanie do bojkotu wyborów. Nie usłyszałem niczego nowego oprócz legend, które przetrwały z czasów poprzednich. A wydawało się, że wszyscy wreszcie podnieśli się z kolan i oddychają pełną piersią.

          Niestety to poczucie niemocy, a może i strachu, pokutuje do dzisiaj. Młode pokolenie jakoś nie rozumie, że wykorzystując system, może pogonić to tałatajstwo i pokazać, bez bezowocnego szwendania się po ulicznych protestach, co potrafi. Reszta zamiast pozbawić szans na urzędowanie ten sam rotacyjny pierwszy garnitur i głosować na ludzi z niskich pozycji na listach (kto wie może złapali by byka za rogi i odsunęli w cień nieudanych liderów), nie chodzi na wybory. Kolejne władze wybiera dzięki temu niecałe 20% uprawnionych do głosowania, a milcząca ponad 60-cio procentowa większość cierpi. Czy takie wybory naprawdę mają coś wspólnego z demokracją? Czy miliony złociszy, spędzone na mniej lub bardziej puste obietnice wyborcze, które zdecydowanej większości obywateli nie skłoniły do ruszenia tyłków z kanapy i pójścia na wybory, dają któremukolwiek rządowi III RP bardziej wiarygodną legitymację do sprawowania władzy niż „komuchom” w PRL?

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.