Dorastanie wśród ruin.

           Dziesięć lat po wojnie Wrocław wciąż ją pamiętał. Wypalone kikuty domów, które można było spotkać niemal co krok, nie pozwalały o niej zapomnieć. Dotyczyło to jednak tylko dorosłych mieszkańców. Dla mnie, jak i dzieciaków z sąsiedztwa ruiny były po prostu częścią zastanej rzeczywistości. Na równi z parkami, ulicami, rzeką, mostami, czy placami zabaw. Co więcej, nadawały się również do zabawy. Słowo wojna było nam oczywiście znane, ale nie było czymś groźnym. Było to wydarzenie z przeszłości, o którym dorośli niechętnie z nami rozmawiali. Z jednej strony zapewne dlatego, że sami chcieli o nim zapomnieć, a z drugiej przypuszczalnie zakładali, że jesteśmy zbyt młodzi, aby cokolwiek z tego zrozumieć. Ponadto nie zabraniali nam bawić się w wojnę, czy to ołowianymi żołnierzykami, czy w czasie podwórkowych gonitw. Z perspektywy czasu nie bardzo mogę zrozumieć dlaczego nam nie bronili takich zabaw, ale to przyzwolenie powodowało, że wojna nie była dla nas niczym groźnym. Była po prostu jedną z wielu zabaw. Być może dlatego, gdy znajdowaliśmy od czasu do czasu amunicję, granaty, czy większe niewypały, nie wzbudzało to w nas strachu, ale ciekawość, za którą niektórzy z nas zapłacili śmiercią lub kalectwem.