Gdzie szosy biała nić, tam śmiało bracie wyjdź

        i nie martw się co będzie potem. Autostop, przez „miłośników komuny” uważany za kolejne narzędzie używane do śledzenia obywateli, w rzeczywistości pozwolił rzeszom młodych ludzi na swobodne, darmowe podróżowanie po kraju. Wymóg posiadania 150 złociszy na książeczce PKO, które zresztą można było wyjąć natychmiast po zarejestrowaniu książeczki z kuponami, nie był żadnym ograniczeniem tej swobody, a przeciwnie, niejednokrotnie pozwalał znużonym wędrówką autostopowiczom na powrót do domu koleją czy PKS – em, lub na kilka porządnych posiłków. Jeżeli był jakimś narzędziem kontroli to jedynie tych wyrzutków, którzy dziękowali kierowcom za przysługę pociętymi fotelami lub innym wandalizmem. Niejednokrotnie zapobiegały również drobnym kradzieżom z ciężarówek lub samochodów dostawczych. Bowiem zbierane przez kierowców kupony pozwalały na łatwe odnalezienie zarejestrowanego delikwenta. Zresztą w latach największej popularności książeczka autostopu była wręcz niezbędnikiem, który umożliwiał takie podróżowanie. Bowiem kierowcy zachęcani przez radio nagrodami za uprzejmość i ostrzegani przed wandalizmem w zasadzie przestali zabierać podróżników „na palucha”. Dlatego zagraniczni autostopowicze odwiedzający PRL też korzystali z książeczek. Osobiście korzystałem z autostopu tylko na stosunkowo krótkich dystansach. Nie tylko dlatego, że wylotówki z miast były w sezonie wakacyjnym wręcz oblężone przez konkurentów łaknących podróży. Przy okazji czekania można było przecież zawrzeć interesujące znajomości. Po prostu bardzo ciężko było złapać okazję na podróż długodystansową. Ponieważ starałem się co roku poznać inny region naszego pięknego kraju, wolałem nie marnować kilku dni na dojazd nad morze czy w góry i poświęcić ten zaoszczędzony czas na piesze wędrówki po wybranej krainie. Na dodatek przeważnie nie czekałem z innymi na wylotówkach, ale łapałem okazje idąc wzdłuż szosy do kolejnej miejscowości. Niejednokrotnie lokalni kierowcy, którzy podrzucali nas kilkanaście kilometrów, proponowali jakieś ciekawe miejsca, o których istnieniu i pięknie nie mieliśmy pojęcia. Dzięki temu w czasie podróży wzdłuż Bałtyku, przekonałem się, że jeziora Pobrzeża Słowińskiego są znakomitą alternatywą dla morza przy niepewnej pogodzie i odkryłem uroki Pojezierza Pomorskiego, które pozostaje niemal nieznane do dzisiaj, bo wszyscy się pchają na przereklamowane Mazury. Przy tym Mazury nie bardzo się nadają do autostopu, bo najlepiej jest oceniać ich urok z żaglówki, kajaka, lub w ostateczności korzystać z, wtenczas państwowej żeglugi, która na pewno zaskoczy niezorientowanych statkami poruszającymi się dzięki zmyślnemu urządzeniu po torach, aby mogły przedostać się na inne jezioro. Bez istnienia autostopu zapewne nie odwiedziłbym niemal każdej wioski nadmorskiej od Krynicy Morskiej do Świnoujścia, wybierając przy tym najlepsze bazy do zabawy i wylegiwania się na złotym piasku na dłuższe pobyty w kolejnych latach. Wprawdzie w latach 60 – tych nawet duże i popularne wczasowiska, poza Sopotem, nie były jeszcze specjalnie zatłoczone, ale już w następnej dekadzie takie dziury jak Rozewie, Niechorze, czy Rewal pozwalały na uciechy bez potrzeby zrywania się przed świtem, aby zająć kawałek miejsca na plaży. Zapewne bez autostopu nie przemierzyłbym także (dla mnie nieciekawych) Bieszczad, a być może nie odkryłbym również Sandomierza, Lublina, Zamościa i Majdanka, nie wspominając o pełnych zaskakujących widoków Beskidach. Tak to dzięki wrednym komuchom, książeczkowi autostopowicze korzystali masowo ze swobody jaką dawała darmowa podróż, czasem w niezaplanowanym kierunku, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że są kontrolowani przez wszystkowiedzącą bezpiekę, choć nie mogło umknąć ich uwagi, że końcówka książeczki nie zawiera fraszek i dowcipów tylko próbuje ich indoktrynować. Tyle, że nawet wielogodzinne oczekiwanie, na czasem oblepionych ich konkurentami wylotówkach, nie potrafiło nikogo zmusić do czytania tych dyrdymał.