Polska młodzież śpiewa polskie piosenki.

              Według mediów, które robią wszystko aby oczernić PRL, ówczesne władze, z zacietrzewieniem godnym lepszej sprawy, walczyły z muzycznym trendem zwanym rock and roll. Tymczasem jak spojrzymy na historię muzyki, która jest z przyjemnością grana i słuchana do dzisiaj, to od narodzin miała ona pod górkę na całym świecie.

            Początki nowego trendu w muzyce nie były łatwe nawet za Oceanem. Lata pięćdziesiąte w kraju broniącym wszelkich wolności to czasy dyskryminacji rasowej, a rock and roll, podobnie jak blues, był początkowo muzyką potomków Wuja Toma. Kto wie czy kiedykolwiek wyszedłby poza kluby młodzieżowe południa USA, gdyby nie biały chłopak z Memphis, Tennessee. Obdarzony pięknym głosem, sympatyczny i przystojny Elvis był tym, który otworzył szeroko drzwi dla rock and rolla. Przez kilka pierwszych lat kariery, wykonywał głównie utwory swoich czarnych kolegów. Oni nie mieli nic przeciwko temu, pomimo że to Elvis zgarniał wszystkie laury, gdyż był to dla nich chłopak z podwórka. Urodził się w biednej rodzinie i wychowywał się wśród nich. Radio, a nieco później Hollywood, chętnie popularyzowały nową muzykę, bo tłukły niezłą kasę na Elvisie. Lawina ruszyła, ale rozpędzała się powoli.

           Nam się wmawia, że ówczesne władze PRL – u wręcz zwalczały rock and rolla. Jest to tylko półprawda. Bowiem z jakiegoś powodu ta muzyka była nielubiana przez wszystkie rządy świata. W USA niektóre lokalne samorządy próbowały nawet likwidować stacje radiowe nadające na ich terenie rock and rolla, wydając zakazy zlecania im reklam przez miejscowych przedsiębiorców. Ponieważ było to główne źródło finansowania rozgłośni, zakazy mogły by być skuteczne, gdyby nie zdecydowane protesty młodzieży i co rozsądniejszych członków lokalnych społeczności. W Wielkiej Brytanii, gdzie nowa muzyka trafiła najwcześniej zza Oceanu, była uważana przez polityków niemal za narzędzie szatana (wpływała zbytnio na rozluźnienie obyczajów) i grana wyłącznie w klubach, dla kilkusetosobowej widowni. Politycy czepiali się nawet niechlujstwa, a przede wszystkim długich włosów, albo po naszemu kudłów muzyków. Gdy dzisiaj patrzymy na wczesne występy ukrawaconych, odzianych w ciemne garniturki, z na pewno nie militarnymi, ale jednak zadbanymi i ulizanymi fryzurami, Beatlesów czy Rolling Stonesów, to ogarnia nas na te napaści jedynie pusty śmiech. Brytyjskie zespoły przywlokły rock and rolla do kontynentalnej Europy na zaproszenia właścicieli klubów, którzy chcieli nieco rozruszać interes. Trzeba było kilku lat zanim rock and roll stał się muzyką głównego nurtu.

            Podobnie jak na Zachodzie, także u nas nowa muzyka rodziła się w bólach. Zespoły, które się z nią zmierzyły, jak np. Czerwono Czarni, grały przede wszystkim już uznane standardy rock and rolla, na dodatek po angielsku. Przełom nastąpił, gdy wymyślono dla tej nowości rodzimą, choć ciągle anglojęzyczną nazwę – Big Beat, a Niebiesko Czarni rzucili hasło:          „ Polska młodzież śpiewa polskie piosenki ”. Nie trzeba już było wyważać drzwi. Bigbeatowe zespoły powstawały jak grzyby po deszczu. Niektóre z nich przetrwały nawet zmianę ustroju, inne, jak wyśmiewana i poniżana przez media Karin Stanek, która pozostawiła po sobie „Autostop” i „Chłopak z gitarą” , zabłysły jedynie na chwilę. Wkrótce nowa muzyka dostała się również na salony partyjne, a ulubione przez „komuchów” z najwyższej półki gwiazdy, jak Kasia Sobczyk, czy Czerwone Gitary, musiały im przygrywać w Sylwestrową noc, zamiast same się gdzieś zabawiać, albo grać dla szerokiej publiczności jak to się dzieje teraz. Szafy grające, które młode pokolenie może zobaczyć w amerykańskich filmach z lat sześćdziesiątych, znajdowały swoje miejsce w coraz większej ilości knajpek, umilając za drobną opłatą życie polskiej młodzieży. Polskie Nagrania i Muza wydawały płyty z rock and rollem. Dla niecierpliwych powstało całe mnóstwo „Studiów nagrań”, gdzie niemal na drugi dzień, można było kupić na marnej jakości „płytach pocztówkowych” najnowsze przeboje. Ba, można było na taką płytę nagrać życzenia z okazji, lub bez, dla dziewczyny czy chłopaka.

    Mimo to źródło prawd wszelakich, Radio Wolna Europa, nadal twierdziło, że „komuchy” wręcz nie pozwalają nawet słuchać big beatu. Miało to swoje dobre strony, a to dzięki codziennej anty-komuszej audycji tegoż radia „rendez-vous ( ran de wu) o szóstej dziesięć ”. Korzystając ze zdobyczy nowoczesnych technologii, czyli koreańskiego tranzystora, chodziliśmy sobie z kolegą z podstawówki, niemal codziennie, po okolicznych ulicach, karmiąc siebie i otwarte okna najnowszymi piosenkami zagranicznych zespołów. Niejednokrotnie mijaliśmy przedstawicieli MO, którzy jakoś nigdy nas nie zaczepili. Widocznie nie mieli pojęcia, że powinni brutalnie zwalczać zwolenników rock and rolla. O RWE nie wspominając.