Kolorowa szarzyzna PRL.

                   Dzisiaj panuje powszechna opinia, że Polska Rzeczpospolita Ludowa to okres powszechnej szarzyzny i beznadziei. Osobiście uważam, że taką tezę można udowodnić jedynie dzięki powszechności biało czarnych fotek. Pomimo istnienia kolorowej fotografii, niewielu mogło sobie na nią pozwolić. W latach pięćdziesiątych dotyczyło to nawet wzbogaconej na wojnie Ameryki. Oprócz sztuki malowanej, rzeczywistość uwieczniało się w odcieniach szarości, dzięki czarno białej technice fotograficznej stosowanej zarówno do zdjęć jak filmów. Później nastąpiła era czarno białej telewizji, która w Polsce przedłużyła się ponad miarę. Jednak brak powszechności kolorowej techniki utrwalania codzienności wcale nie znaczy, że nie ma kolorowych obrazów z tamtych dni. Po prostu nie ma na razie chętnych, którzy chcieliby pokazać, kolorową PRL – owską, jak to ładnie ujęli Rosjanie, prawdę czasu, prawdę ekranu.

            Powojenne lata czterdzieste i pięćdziesiąte w krajach demoludów i zachodniej Europie właściwie niczym się nie różnią, jeżeli chodzi o przeciętny wygląd ulicy. Wszechobecność ruin i konieczność szybkiej odbudowy, powodowały, że ściany zewnętrzne domów i kamienic miały ceniony dzisiaj wygląd surowej cegły, lub różne odcienie szarych, rzadziej beżowych tynków. Zależało to jedynie od naturalnych składników mieszanki piasku i cementu. Nikt nie bawił się w dodawanie farb, bo zrujnowanych wojną krajów nie było stać na takie ekstrawagancje. Podobnie jednolita była elegancja ubiorów. Czerń, granat, popiel, czy okazjonalny brąz lub beż, były kolorami dominującymi. Również w bardziej szykownych kombinacjach w kratę lub paski. Do tego, co najwyżej kolorowy szal, lub chusta na głowę. Zarówno mężczyźni jak kobiety nosili nakrycia głowy. Dla łysej części płci silniejszej był to jak powiadają niektórzy raj, bo łysiny nie widać spod kapelusza czy beretki, a nie ma to jak pierwsze wrażenie przy podrywaniu. Później idzie już przeważnie z górki.

          Gdy ogląda się zdjęcia z lat powojennych, to tylko po języku napisów na sklepach i rodzaju samochodów można stwierdzić z jakiego kraju pochodzą. Pod względem ubiorów, fryzur i makijażu ulica w kraju i za granicą, nawet tak odległą jak USA niewiele się różni. No dobra, powiedzą niektórzy. Powojenną biedę dzielili wszyscy, ale później oni nam uciekli. Na pewno pod względem technologicznym, ale rzecz jest – przypominam – o szarości. Kolory w PRL – u, niejako wbrew siermiężnej gomułkowskiej gospodarce, zadomowiły się na dobre już w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Kwieciste, za którymi specjalnie nie przepadam, ale jednak wielokolorowe sukienki stały się powszechne na polskiej ulicy. Za nimi podążały nieśmiało, a jednak coraz liczniej, zieleń, czerwień, żółć, błękit i purpura. Solo lub w przeróżnych kombinacjach pasiastych, kraciastych, cętkowatych, kropkowanych czy plamistych.

                Wraz z nastaniem minispódniczek, na ulicach codziennie pojawiała się tęcza, która rozstawiała po kątach panienki ciągle hołdujące kwiatom. Nawet tym we włosach, bo ruch hippisów nigdy nie wyszedł w PRL z niszy. Płeć brzydka, mimo podziwu dla odwagi swoich wybranek, niechętnie pozbywała się własnego konserwatyzmu w ubiorze. Oczywiście w awangardzie byli młodzieńcy, którzy bez żalu rozstawali się z garniturami i coraz śmielej eksperymentowali z kolorami w ubiorze. Osobiście poza ubiorem szkolnym, nie miałem nawet spodni w konserwatywnych kolorach i tylko jedną białą koszulę na wielkie okazje, do popielatego garnituru. Reszta szafy była wielokolorowa, bo tatko, z którym ją dzieliłem, też nie przepadał za czernią i granatem. Mało tego, że ulica, szczególnie od wiosny do jesieni, nie była szara. Nie była również nudna. Kobiety nie przepuściły, żadnej okazji na naśladowanie zachodnich trendów mody. Maszyny krawieckie aż furczały aby każdy, krytykowany przez telewizję, najnowszy krzyk mody mógł już na drugi dzień pojawić się na polskiej ulicy. Nasze rodzime firmy jak Telimena, czy Moda Polska też nie stroniły od kolorów i śmiałego wzornictwa.

                   Panie były piękne i modne, ale mężczyźni nie pozostawali daleko w tyle. Trencze, golfy, non irony, polo, dzwony, rurki, papuzie skarpetki, czy potwornie niewygodne buty zwane beatlesówkami, były codziennym widokiem w „komuszej” Polsce. Tutaj zapewne naraziłem się paniom, bo buty to przecież ich domena i miłość, ale nawet osoba z lepszą niż moja pamięcią, nie byłaby w stanie wymienić wszystkich modnych trendów w damskim obuwnictwie, którymi swoje piękne stopy torturowały panie w czasach wmawianej nam szarości.