WARS wita was, czyli wędrówki męczące.

               Gdy patrzy się dzisiaj na agonię transportu publicznego trudno w to uwierzyć, ale „komuchy” już w późnych latach pięćdziesiątych odbudowały ze zniszczeń większość infrastruktury kolejowej, tramwajowej, a do tego udało im się uzupełnić transport masowy autobusami PKS-u, aby lud pracujący miast i wsi nie miał większych problemów z dojazdem do pracy. We Wrocławiu transport kolejowy był częścią transportu miejskiego i pociągi osobowe stawały na każdej stacyjce w granicach miasta. Część mieszkańców przez lata nie używała transportu MPK aby poruszać się po mieście. Lokalne pociągi przeważnie kończyły swój bieg na, dzisiaj nikomu niepotrzebnym, Dworcu Świebodzkim. Władze III RP wyraźnie doszły do wniosku, że skoro każda rodzina ma jakieś autko, zagracające chodniki i podwórka na których kiedyś dzieci mogły się swobodnie bawić, to dbanie o transport publiczny jest wysiłkiem, bez którego urzędnicy i budżet mogą się obejść. Oczywiście, jak twierdzi dzisiejsza propaganda, wredni władcy PRL-u robili wszystko, aby społeczeństwo nie mogło się dorobić, wobec czego chodniki służyły zgodnie z przeznaczeniem spieszonemu plebsowi, a ulice rowerzystom i nie wiedzieć jak wzbogaconym, nielicznym posiadaczom samochodów. To, że „komusza” biedota kupowała na giełdach spore ilości używanych autek za gotówkę, pomimo tego, że były droższe od nowych, jakoś współczesnym propagandzistom umyka.

            Zgrozą było to, że w coraz bardziej bezklasowym społeczeństwie, „komunie” nie udało się skasować dzielenia miłośników podróży na dziadów, hołotę, dorobkiewiczów i paniska. Bowiem poza popularną grą podwórkową, gdzie gracze byli sobie równi, a mieli po prostu szczęście wygrać, lub musieli łykać gorycz porażki, klasy istniały w PRL-u tylko w szkołach i na kolei. Ta ostatnia oferowała podróżnym klasę III, czyli otwarty wagon z drewnianymi ławkami, który możecie sobie obejrzeć na filmie Zakazane Piosenki, wagony II klasy z równie twardymi ławkami, ale podzielone na przedziały, I-szą klasę z przeważnie pełnymi kurzu pluszowymi fotelami i wreszcie luksus jaki oferowała firma Wagony Restauracyjne i Sypialne, które w niemal niezmienionej od czasu PRL formie, są dostępne od czasu do czasu również dla współczesnej zasobnej kieszeni.

      Ciekawostką dla młodych ludzi będzie fakt, że na wielu trasach powojenne pociągi w klasie I i II oferowały drzwi do każdego przedziału. Nie tylko ułatwiało to zdobywanie miejsca, ale również skracało postój pociągu na stacji. Na nieszczęście podróżników, gdy społeczeństwo się wzbogaciło, klasę III-cią zlikwidowano całkowicie, a w pozostałych ograniczono ilość drzwi. Dlaczego na nieszczęście?

         Do połowy lat 60 tych dalekie podróże nie były zbyt popularne. Mało tego, że kraj był rolniczy i większość mieszczuchów jechała pomagać rodzinie w zbiorach, aby przy okazji uszczknąć co nieco dla siebie, to narodek nie miał jeszcze powszechnych urlopów, co nie pozwalało ludowi na odkrywanie uroków, podarowanych mu przez Stalina na otarcie łez, ziem zachodnich i północnych. Dla posiadacza chętnych poznawania nowego rodziców, jakim byłem, podróżowanie w tamtych latach było cokolwiek niewygodne ze względu na twardość siedzeń, ale pełne luzu i przyjemności oglądania zmieniających się krajobrazów. Dzięki temu, w czasie kolejnych wakacji, zwiedziłem całe Wybrzeże od Krynicy Morskiej, po Świnoujskie, podziwiając jego różnorodność, od szerokich wydmowych plaż do klifów, pod którymi po dobrym sztormie nie można było przejść suchą nogą.

           W późnych latach 60 tych długie podróże w okresie kanikuły stały się niemal torturą. Część winy, poza odkrytą nagle przez wzbogacone społeczeństwo chęcią zwiedzania, ponosiły sztywno ustalane turnusy wczasowe, które niemal wszędzie miały początek i koniec w tym samym terminie. W te dni na stacjach kolejowych działy się niemal dantejskie sceny. Ponieważ w tym czasie na większości tras PKP królowały już pulmany, z nieco wygodniejszymi siedzeniami, ale niewielką ilością drzwi, trzeba było o te nieliczne miejsca siedzące powalczyć. Wobec czego rodzice wpychali dzieci, przez otwarte latem okna, aby zajęły miejsca w przedziale dla reszty rodziny. Walczący o te same miejsca dorośli, którzy dostali się do wagonu drzwiami nie zawsze szanowali prawo pierwszeństwa, ale przynajmniej dzieciaki miały miejsca siedzące, bo nawet najwięksi brutale nie posuwali się do bicia maluczkich. Co mniejsze spędzały całą podróż na kolanach rodziców. Korytarze były zapchane do niemożliwości. Zadziwiające, że takie warunki podróżowania nie budziły agresji, ale raczej ucieczkę w humor. Sypały się kawały na różne tematy, a także zjadliwe uwagi na temat „komuny”, która oczywiście była wszystkiemu winna. Bywało też, że wagon rozbrzmiewał śpiewem. Ludzie zawierali nowe znajomości, bo jak wiadomo rozmowa i rozrywki przyspieszają bieg czasu. Jedynie w składach, które posiadały wagony restauracyjne WARS u można było od czasu do czasu nieco odetchnąć . Obsługa wagonu dbała bowiem o rotację klientów, którzy musieli w nim coś zjeść lub wypić i ustąpić miejsca innym. Oczywiście zyskiwali na tym klienci bogatsi, bo było ich stać na kolejne, wcale nie tanie, dania i napitki, co pozwalało im okupować stoliki dłużej. Ktoś mógłby mylnie zauważyć, że skoro byli bogatsi, to mogli jechać klasą I szą aby uniknąć niewygód. Mylnie, gdyż w czasie zmiany turnusów, korzystający z PKP mogli zapewnić sobie jedynie miejsce stojące, bez względu na cenę biletów. Z jednym wyjątkiem, którym były wagony sypialne WARS u. Tak mogły jednak podróżować jedynie elity. Nie tyle ze względu na cenę, ile bardzo ograniczoną liczbę miejsc. Trzeba było mieć nie tylko kasę ale i znajomości, aby w letnich czy zimowych miesiącach zdobyć bilet sypialny. Na dodatek wagony sypialne były rarytasem na liniach krajowych. Nie wszystkie składy dalekobieżne posiadały choćby jeden taki przedmiot marzeń podróżników.

            Niestety – nie wszystko złoto co się świeci. Dzięki wujkowi w DOKP, miałem okazję podróżować kuszetką z Wrocławia na Hel. Podróż koszmarnie długa, więc trzeba się było uciec do znajomości, ale poza brakiem tłoku, wcale nie taka przyjemna jak się wydaje. Przede wszystkim było gorące lato nie dające wytchnienia nawet nocą. Oczywiście w tamtych czasach jedynie otwarte okno robiło za klimatyzację, a mnie jako najmłodszemu dostała się z przydziału rodzinnego górna prycza. Inaczej tego, ze względu na twardość i wymiary, nazwać nie można. Prycza w czasie jazdy skrzypiała niemiłosiernie, co w zasadzie samo w sobie uniemożliwiało sen. Na dodatek była zamocowana powyżej okna, a jak wiedzą miłośnicy fizyki ciepłe powietrze lubi sufity, więc miałem warunki jak w łaźni parowej. Oczywiście okno było otwarte, ale jeżeli nawet dochodziły do mnie jakieś podmuchy powietrza, to było ono też gorące. Sporą część nocy spędziłem więc na pustym korytarzu, gdzie mogłem do woli korzystać z przyjemności jaką dawała głowa wystawiona za okno. Dzień, po nieprzespanej nocy, też nie przyniósł ulgi bo wzrosła znacznie temperatura, a na dodatek, wraz z początkiem Półwyspu helskiego pociąg, teoretycznie pospieszny, przeistoczył się w żółwia. Wspaniałe widoki nieco rekompensowały niewygody, ale wkrótce zaczęto żartować, że do morza jest tak blisko iż można wysiąść z pociągu, popływać dla ochłody i wrócić do wagonu. Niestety, po tej luksusowej podróży czułem się tak zmęczony, że po zainstalowaniu się na Helu, nie odważyłem się wypłynąć w morze głębiej niż do pasa. Po tym doświadczeniu następną wyprawę na Hel odbyłem z przesiadką. Na prom. Stacja Gdańsk Główny znajduje się o rzut kamieniem od portu, z którego podróż promem na Hel, w porównaniu do tłuczenia się godzinami ciuchcią, to sama w przyjemność.

                Ta sama zasada zmiany środka transportu dotyczyła również pociągów kończących swój bieg na drugim końcu Polski w Zakopanem. Nauczyliśmy się tego w czasie pierwszej zimowej podróży w Tatry. Jechaliśmy bardzo przyjemnie aż do Krakowa, bo było to w lutym, poza sezonem, więc pociąg niezbyt zapchany, a na dodatek towarzystwo w przedziale udawało się także na wczasy do Zakopanego, więc zawarliśmy pierwsze znajomości. Jakie było nasze zdziwienie, gdy w Krakowie wszyscy opuścili przedział informując nas, że dalej pojadą autobusem. Ponieważ mieliśmy bilety na całą trasę, zostaliśmy w pociągu. Zaczynając skądinąd najbardziej malowniczą część podróży, bo wszystko było pięknie ośnieżone i mogliśmy, z wijącego się jak wąż pociągu, co chwilę podziwiać wspaniałe widoki gór i dolin przecinanych wartkimi strumykami, nie spodziewaliśmy się, że ten krótki kawałek trasy zajmie nam aż pięć godzin. Pomimo tego, że lokomotywa przez cały czas wyrzucała z siebie wściekle kłęby pary, nie mogła nijak przyspieszyć biegu po zalodzonych torach. Gdy wreszcie dotarliśmy do domu wczasowego, towarzystwo poznane w pociągu wyruszało już na Krupówki. Jest w Polsce linia kolejowa, z którą zapewne nigdy nie poradzi sobie żaden rząd. To pociąg relacji Przemyśl – Szczecin, który jest na wielu odcinkach przepełniony o każdej porze roku, a w czasie wakacyjnych wyjazdów podróż nim to koszmar. W PRL bywało, że pomimo wydłużania jego składu do nieskończoności, przez podstawianie dodatkowych wagonów na kilku stacjach, nie wszyscy chętni zdobyli w nim choćby miejsce stojące. Jedyną pociechą było to, że zawsze w składzie znajdował się wagon restauracyjny. Dzięki temu było jak w piosence: „Podróżny pamiętaj! Piłeś, nie jedź, nie piłeś, wypij. WARS wita”.