Wrocław moje miasto

        Festung Breslau, jak nazwali go Niemcy, okazał się przeszkodą nie do zdobycia dla zahartowanej w bojach sowieckiej machiny wojennej. Poddał się dopiero po kapitulacji Niemiec. Miasto twierdza, zapłaciło za swoją upartość potworną cenę. Niemal połowa została zamieniona w gruzowisko. Po lądowisku na Placu Grunwaldzkim przez kilka lat hulał tylko wiatr. Nawet dzielnice nadające się jako tako do zamieszkania były gęsto upstrzone kikutami mniej lub bardziej wypalonych budynków. PRL miał swoje priorytety. Po decyzji odbudowy Stolicy, większość wolnych środków szła na realizację niezbyt udanej wizji odbudowy Warszawy. Zniszczony Wrocław został przez to dodatkowo zdewastowany przez „odzyskiwanie” potrzebnych rodzajów cegieł, nierzadko w drodze rozbiórki kamienic uszkodzonych tylko w niewielkim stopniu. Ta dodatkowa dewastacja miasta wynikała częściowo z niepewnego statusu ziem zachodnich. Wczorajsi sojusznicy zaczęli się na siebie boczyć niemal natychmiast po zakończeniu wojny. Amerykanie szybko zapomnieli, że to Sowieci stawili czoła blisko 200 – tu niemieckim dywizjom, podczas gdy alianci zachodni, przez większość walk, mieli do czynienia z zaledwie dwudziestoma. Niesnaski zaprzepaściły możliwość uregulowania powojennego porządku traktatem pokojowym, który nigdy nie został podpisany. Zwłaszcza dlatego, że Brytyjczycy byli zdecydowanie przeciwni przyznaniu Polsce ziem zachodnich i północnych, choć bez wahania wyrazili zgodę na pozbawienie jej ziem wschodnich. Niemniej obawa przed sowiecką machiną wojenną spowodowała, że Zachód nie odważył się kwestionować ustaleń z Jałty. Na szczęście dla Wrocławia, mimo niepewnego statusu miasta, „komusze”władze nie chciały go całkowicie zdewastować, lub oddać w ręce szabrowników. Historyczna stolica Śląska była dla kraju zbyt ważnym ośrodkiem przemysłowym, aby pozwolić na jej kompletny rozpad. Przypadkowo w odrodzeniu miasta pomógł Stalin. Jego bezwzględna, szybka i brutalna realizacja programu przesiedleń spowodowała, że najlepsi ludzie z „Kresów” wybrali Wrocław na swoje nowe centrum wszystkiego. Umiejętnie kierowana przez nich odbudowa spowodowała masowy napływ repatriantów ze wszystkich zakątków Europy. Ten gotujący się tygiel różnych doświadczeń, umiejętności i subkultur zbudował unikalne miasto, z którego są dumne kolejne pokolenia jego mieszkańców. Osiągnięcia Wrocławian spowodowały, że ciągle pełne ruin miasto stało się niepodważalną stolicą Ziem Odzyskanych. W zadziwiająco krótkim czasie, Wrocław stał się ponownie prężnym miastem, w którym przemysł, handel, rzemiosło, kultura, szkolnictwo, transport, budownictwo, sport i urzędy dawały szerokie możliwości znalezienia interesującej pracy wszystkim chętnym. Co nie zmienia faktu, że niektóre ruiny zniknęły dopiero za późnego Gomułki, a podparte stemplami rudery remontowano, lub burzono jeszcze za Gierka. Z niektórymi nie uporano się do dzisiaj. Tak wielka była skala wojennych zniszczeń. Ruiny w jakich przyszło mi dorastać były normalnością. Nie budziły grozy ani złych skojarzeń, tym bardziej, że rodzice nie lubili wspominać wojny, więc niewiele o niej wiedziałem poza tym, że była. Z perspektywy czasu zastanawiam się, jak to się stało, że nie tylko tolerowali nasze dziecięce zabawy w wojnę, ale jeszcze nas doposażali w żołnierzyków i inny sprzęt do jej prowadzenia. Wrocław od początku był dla mnie fascynujący. Za dnia o ile nie byłem zajęty jakąś dziecięcą grą, lubiłem się wybrać nad Odrę aby oglądać barki pokonujące śluzy. Zmiana wysokości wody w śluzach powodowała, że barki niemal niknęły w ich czeluściach, albo rosły dumnie i spoglądały z wysoka na konstrukcję, którą pokonywały z wymuszoną przez wydajność pomp powolnością. Czasem, gdy wreszcie śluzy decydowały się na otwarcie wrót i uwolnienie swoich zakładników, towarzyszyłem barkom, jadąc po nadodrzańskich wałach na rowerze. Bywało, że stopień wodny był pokonywany jednocześnie przez barki płynące w dół i górę rzeki. To był przedziwny widok, gdy jedna z nich jakby kurczyła się w sobie i zapadała, a druga rosła w oczach i spoglądała wyniośle na instalacje, które nagle malały. Gdy chciałem liznąć nieco cywilizacji wybierałem się do Rynku. W tamtym czasie było to niemal jedyne miejsce we Wrocławiu tętniące życiem od rana do późnego wieczora. Podobnie jak dzisiaj, władze dbały aby to centrum handlowo – gastronomiczne wyglądało reprezentacyjnie. W narożnym budynku przy Placu solnym działała niesamowita darmowa atrakcja, jaką była rotacyjna winda. W przeciwieństwie do normalnych wind kabinowych, na które trzeba czekać, posiadała szereg otwartych klatek, które poruszały się bez przerwy. Trzeba było do nich szybko wchodzić, lub, co robiły wszystkie dzieciaki, wskakiwać dla większej frajdy. Na strychu i w piwnicach, dół klatki był uwalniany z uwięzi, aby mogła ona zająć odpowiednią pozycję do ruchu w górę lub w dół. Oczywiście przebywanie w klatce na tych zamianach było zabronione, ale jak wiadomo przepisy są po to aby je łamać. Wrażenia niepowtarzalne. Gdy nad miastem zapadał zmrok nadchodził czas zapalaczy latarni. Większość ulicznego oświetlenia miasta zapewniały lampy gazowe. Trzeba je było uruchamiać i wyłączać ręcznie. Niezliczoną ilość razy podążałem krok w krok za panem, który długim kijem zakończonym haczykiem i zapalonym knotem otwierał zawory i nagle lampa po lampie zaczynała rozsiewać ciepłe żółtawe światło nadając ulicom nowy wygląd. Budynki zacierały widoczne w czasie dnia rany po kulach i odłamkach, ruiny nabierały nowych, czasem przedziwnych kształtów, a miasto powoli uspokajało swój rytm i gwar. Ulice pustoszały po zamknięciu sklepów, a dla nocnych marków pozostawały jedynie knajpy i dworce kolejowe. Te ostatnie lubiłem  odwiedzać po zmroku. Nie dla ich pięknej architektury, a tym bardziej zapachu. Mieszanka woni bigosu, alkoholu, potu i środków czyszczących nie jest przyjemna. Co mnie pociągało to lokomotywy. Ogromne spocone bestie, które nawet stojąc w miejscu wyrzucały z siebie kłęby pary, były jednocześnie zagadkowe i przerażające swoją mocą dla kogoś, kto jeszcze nie liznął fizyki. Zwłaszcza, gdy decydowały się wyprowadzić swoją gromadkę wagonów poza stację. Gdy ta gromadka była nieduża, odbywało się to majestatycznie, powoli cały skład drgał i nabierał tempa. Gdy skład był długi, ogromne koła lokomotywy kręciły się wściekle w miejscu zanim złapały przyczepność i udało im się zmusić swoją gromadkę do pożegnania stacji. Odbywało się to w hałasie gwizdków, kłębów buchającej groźnie pary i narastającego stukotu kół. Zadziwiająca była też para ludzi, kiełznająca tę potęgę. Umorusany, świecący nagim spoconym torsem pomocnik, który dorzucał węgla do tańczących płomieni paleniska i ubrany w elegancki mundur, często uśmiechający się do mnie, maszynista, którego jakby nie dotyczyło rozgrzane do niemożliwości wnętrze. Gdy już zaspokoiłem po raz kolejny swoją ciekawość, wsiadałem w pociąg, aby podjechać do stacji bliższej mojego mieszkania i odbyć resztę drogi pieszo przez opustoszałe, pięknie oświetlone mrugającymi do mnie porozumiewawczo latarniami uliczki.