Fantazja jest od tego………………….

                Dzieci to dziwne stworzenia. Bez szemrania akceptują zastaną rzeczywistość. Na dodatek są pełne wyobraźni, co pozwala im na zabawę niemal wszystkim co tylko wpadnie w ręce. W powojennym Wrocławiu były to niemal niezbędne cechy potrzebne do przeżycia w miarę radosnego dzieciństwa. Jak wspomniałem, dzieciakom ta otaczająca je rzeczywistość zupełnie nie przeszkadzała. Często była przedmiotem fascynacji i zabawy. Wszechobecne ruiny dawały rozliczne możliwości zabaw w chowanego, wspinaczek, poszukiwania broni, ochrony przed niepogodą, lub wścibskimi dorosłymi w czasie pierwszych doświadczeń z papierosami i alkoholem. Braki prądu pozwalały na samodzielne doświadczenia z lampą naftową, wynalazkiem pana Łukasiewicza. Brak bieżącej wody to okazja do zabawy przy studni, której w normalnych warunkach nie mogliśmy uruchamiać, gdyż była zabezpieczona łańcuchami. Brak gazu to możliwość rozpalania węgla w przeważnie nieużywanej części kuchenki gazowo – węglowej, w które wyposażona była większość powojennych mieszkań.

               Oczywiście główną bolączką tamtych czasów z punktu widzenia maluchów był brak zabawek. Priorytetem władz było zapewnienie pracy, sprawnej komunikacji    i mieszkań, a nie przedmiotów na tamte warunki luksusowych. Właśnie tutaj dzieciakom przyszła z odsieczą ich fantazja. Krawcy, na prośbę swoich latorośli, zszywali skrawki materiału w mniejsze lub większe piłko podobne kule. Mniejsze szmacianki służyły znakomicie do palanta, ówczesnej krajowej odmiany bejsbola, gdzie za kij wystarczył odpowiedni konar drzewa, lub zwykła deska. Nie było rękawic, ale nie były nam do niczego potrzebne. Palant polegał na możliwości biegania, więc szmaciankę rzucało się tak, aby dzieciak wymachujący kijem bez większego trudu w nią trafił. W ten sposób była to gra ruchowa a nie nudy czekania aż ktoś wreszcie trafi w piłkę po pół godzinie. Większa szmacianka oczywiście udawała football. Jej wadą było to, że nie dało się grac w czasie nawet małego deszczu, bo nasiąkała szybko wodą i stawała się zbyt ciężka do kopania. Duże podkładki od śrub znakomicie nadawały się do gry w szajbki, a kapsle od butelek po piwie robiły za kolarzy napędzanych pstryczkami po wyrysowanym na piasku, lub chodniku torze. Gra była szczególnie popularna w czasie trwania Wyścigu Pokoju. Niezłe były też kartki papieru. Można było je zmienić w samoloty i zrobić zawody, który dalej doleci, albo łódki śmigające po co większych kałużach. Siła napędu tych ostatnich zależała od pojemności płuc budowniczego. Gdy nie było żadnego sprzętu chcąc nie chcąc bawiono się w odwieczne gry w chowanego, klasy, berka, czy czarnego luda. Zimą natychmiast pojawiały się ślizgawki. Była taka niepisana zasada pomiędzy dzieciarnią a dozorcami odśnieżającymi chodniki, że jeżeli ślizgawki powstawały na skraju chodników to nie były posypywane piaskiem lub solą. Dzięki temu bywały zimy, gdy mogliśmy się ślizgać całą drogę do i ze szkoły, gdyż te pół kilometra było jedną długą ślizgawką. Atrakcją była też długa ślizgawka na górce w pobliskim parku, którą odważni starali się pokonać na butach, a strachliwi na tyłku. Pomalutku na rynku zaczął pojawiać się sprzęt sportowy i różnorodne zabawki, co spowodowało, że fantazja zaczęła być używana bardziej do wymyślania różnych psikusów, co dorosłym niespecjalnie przypadło do gustu, ale przecież dzieci nie lubią się nudzić.