Jak zostać woźnym ?

              Po pierwszym tygodniu szkoły odpowiedź na to pytanie zna już każde dziecko. Bo przecież nauka to potęgi klucz, a im więcej się dzieciak uczy tym więcej uzbiera tych kluczy i …….   po przejściu przez sito rozmów kwalifikacyjnych, woźnym zostanie. Tak to wygląda dzisiaj. W czasach PRL – u nauka była jednak drogą do awansu społecznego. Sito egzaminacyjne nie pozwalało na studiowanie na poziomie wyższej uczelni każdemu chętnemu. Do połowy lat 70 – tych nie było było nawet konieczne przepychanie uczniów przez szkołę średnią. Dlatego poziom zdobywanej wiedzy był stosunkowo wysoki, choć szkoła podobnie jak dzisiaj nie przygotowywała młodzieży do wymagań rynku pracy. Tyle, że zakłady pracy otrzymywały narybek czytaty i pisaty, który przy pomocy doświadczonych współpracowników bardzo szybko opanowywał tajemną dotąd wiedzę. Niezależnie od tego czy były to zawiłości biurokracji, handlu, czy też sprzętu na którym przyszło mu pracować. Bowiem zdecydowana większość potrafiła zrozumieć słowo pisane i w miarę logicznie myśleć. Brak nadprodukcji ludzi z wyższym wykształceniem powodował, że mogli oni niemal przebierać w ofertach pracy.

           Gdy, po niemal całkowicie beztroskim dzieciństwie, przyszła kolej na obowiązki szkolne nie byłem specjalnie zachwycony. Na początku nie odpowiadało mi ograniczenie swobody jaką przyniosła szkoła, ale na szczęście trafiłem na bardzo doświadczoną nauczycielkę ze Lwowa, która wiele zajęć potrafiła organizować niemal jak zabawę. Dzięki temu czas mijał szybko i wiedza wchodziła do głowy niemal samoistnie. Dwa razy w tygodniu nieobowiązkowe zajęcia z religii umilały koniec dnia. Do czasu gdy religię wyeksmitowano ze szkół, nasze zajęcia, prowadzone przez siostrę zakonną, polegały na wysłuchiwaniu przyjemnych bajeczek i kolorowaniu obrazków ilustrujących opowiadanie. Było to nawet przyjemniejsze od bajeczek czytanych przez mamusię, bo zamiast zadawać pytania na temat obrazków sam „tworzyłem” ilustracje. Chyba właśnie bajeczki i ówczesny kalkulator, jakim było kolorowe liczydło, najbardziej zachęcały mnie do nauki. Nie mogłem się doczekać chwili, gdy sam potrafię poskładać literki w słowa i czytać ulubione bajki bez konieczności czekania na wolny czas rodziców. Co do liczydła, to jego tajemnice zafascynowały mnie już wtedy gdy byłem małym brzdącem i obserwowałem jak mama w sklepie po przesunięciu paciorków powodowała, że klient kładł na ladę pieniążki. Gdy zdarzało się, że rodzice odmawiali kupienia mi jakiejś zabawki z powodu ich braku, namawiałem mamę, aby przyniosła liczydło i przesunęła panu w sklepie zabawkowym kilka paciorków, a on jej da pieniążki potrzebne na zabawkę. Mama śmiała się, że taką moc posiada tylko wtedy gdy sama stoi po drugiej stronie lady, a otrzymanych pieniążków nie może zatrzymać dla siebie. Gdy wreszcie po etapie paluszków, patyczków i kreseczek szkoła odkryła przede mną tajemnice liczydła, byłem niezmiernie rozczarowany. Magia prysła, a z nią zainteresowanie matematyką.

            Moja nauczycielka prowadziła również zajęcia likwidujące analfabetyzm wśród dorosłych i zdarzało się czasem, że zapraszała na lekcje poszerzające słownictwo i płynność czytania swoich dojrzałych uczniów. Przeważnie byli to ludzie, którzy nie chcieli poprzestać jedynie na czytaniu gazet i dokumentów. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że te wizyty miały na celu zmienić stosunek do nauki u klasowych leniuchów. Wpływały też pozytywnie na dorosłych, którzy cieszyli się, że po zaledwie kilkumiesięcznym kursie nie są gorsi od dziatwy z regularnej szkoły. Dzięki temu niektórzy z nich nie poprzestali tylko na nauce czytania i pisania, ale skończyli wieczorowe szkoły dla dorosłych. Osobiście brałem udział w spotkaniach z czterema osobami, które zaczynając od analfabetyzmu skończyły szkoły średnie, dostały lepszą pracę i zanudzały nas opowieściami o korzyściach z nauki.

            Szkoła dawała wiedzę kosztem zabawy, ale już od trzeciej klasy nie miałem o to pretensji, gdyż poznałem również smak swobody. Dotąd nasza gosposia towarzyszyła mnie i kilku dzieciakom z podwórka w drodze do i ze szkoły. Teraz pozwolono mi na samodzielność. To dawało możliwości zwiedzania tych okolic, które były dotąd zakazane. Zwłaszcza przeznaczonych do remontu, niezbyt wypalonych ruin budynków, których w okolicy było kilka. Nikt ich nie ogradzał, a o bezpieczeństwie decydował napis „min niet” nie zawsze z polskim odpowiednikiem obok. Ruiny nadawały się znakomicie do zabawy w chowanego lub wojnę. Zwłaszcza, gdy mieliśmy więcej czasu bo odwołano ostatnią lekcję, lub urwaliśmy się z religii. Byli też zwolennicy mocniejszych wrażeń, którzy szukali niewypałów. Jednak Rosjanie odwalili kawał dobrej roboty, gdyż oprócz okazjonalnej drobnej amunicji niczego w ruinach nie znaleźli. Co innego nad pobliską Odrą. Jej wały przeciwpowodziowe kryły w sobie wybuchowe niespodzianki jeszcze przez wiele lat. Kilku moich szkolnych kolegów straciło dzięki nim kończyny, a jeden wzrok. Mnie i przyjaciela ze szkolnej ławy uratował od podobnego zdarzenia przypadek. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom, gdy w czasie spaceru po nadodrzańskich wałach ukazała się naszym oczom na wpół odkryta mała bomba lotnicza. Akurat nie mieliśmy ze sobą młotka, ale nasze podniecenie nie uszło uwadze przechodnia, który okazał się milicjantem w cywilu. Zajął się tym fachowo i byliśmy jedynie świadkami akcji saperów, którzy wywieźli nasze znalezisko.

           Podstawówka dała nam też konkretne umiejętności, które przez lata mogliśmy wykorzystywać w różne święta. Były to sposoby na skonstruowanie niemal nieszkodliwej, ale robiącej mnóstwo hałasu petardy karbidowej, oraz prostych fajerwerków. Wystarczyła saletra potasowa z domieszką nadającą kolory jak siarka, wapń, sód i zapałka typu sztormówka jako zapalnik. Do tego solidna proca i można było pokrywać niebo kolorami rozbłysków, które nie rozdzierały nocy nadmiarem decybeli. Niestety szkoła nie potrafiła leniwemu indywidualiście, jakim byłem od najmłodszych lat, wszczepić zespołowej dyscypliny. Harcerstwo, do którego zapisałem się z chęci wyjazdu na obóz, zniechęciło mnie nudą bezsensownej musztry już po miesiącu. Ze sportem było podobnie, choć z innych przyczyn. Mieliśmy znakomitego trenera (nazywanie go nauczycielem WF jest wysoce niestosowne), który przez lata prowadził dziewczęcy zespół piłki ręcznej od tytułu do tytułu. Nasze koleżanki, którym gorąco kibicowaliśmy, wielokrotnie zdobywały tytuł mistrzyń Wrocławia. Bywały też bezlitosne dla zespołów ze szkół ponadpodstawowych, które bardzo rzadko z nimi wygrywały. Niestety trener nie potrafił nigdy dokonać tej sztuki z chłopakami. Właśnie z powodu dyscypliny. Podczas gdy dziewczęta tworzyły zgraną drużynę pracującą jak szwajcarski zegarek, chłopcy chcieli zabłysnąć pojedynczo. Zbieranina „gwiazdorów” nie jest w stanie stworzyć dobrego zespołu. Dodatkową bolączką był nadmiar talentów. Podczas gdy inne szkoły miały zaledwie dwóch dobrych graczy, u nas niemal każdego roku było przynajmniej pięciu znakomitych indywidualistów. Tylu zarozumialców nie dało się przerobić w zgrany zespół.

         W ostatniej klasie podstawówki odrobiłem też pierwszą lekcję lekceważenia postaw obywatelskich. Trzy lata wcześniej nastąpiła wymiana dużej części kadry. Większość znakomitych, ale posiwiałych już fachowców ze Lwowa, zastąpił nowiutki garnitur nauczycieli, których dzisiejsi mądrale nazwaliby hołotą z awansu społecznego. Tymczasem córki i synowie ludu pracującego mieli nie tylko znakomite przygotowanie zawodowe. Byli także pełnymi entuzjazmu idealistami. Zamarzyło im się stworzenie Samorządu uczniowskiego, który miałby coś do powiedzenia w życiu szkoły. Oczywiście aby eksperyment miał szanse powodzenia, uczniowie biorący w nim udział musieli mieć respekt u koleżeństwa. Niejako z automatu większość w samorządzie stanowili więc ósmoklasiści, pomimo tego, że wybory były w zasadzie demokratyczne, gdyż swoich przedstawicieli wystawiły wszystkie klasy od szóstej wzwyż. Po dobrym początku wjechaliśmy jednak na równię pochyłą. Dyrekcja szkoły nie raczyła się nawet z nami spotkać, o dyskusji nad naszymi pomysłami nie było więc mowy. Łącznikiem byli nowi nauczyciele, którzy także nie mieli jeszcze siły przebicia wśród starej kadry zupełnie nieprzyzwyczajonej do takich fanaberii. Wobec tego eksperyment zdechł śmiercią naturalną i nasz Samorząd stał się podobnie jak jego poprzednicy ozdobnikiem. Na pocieszenie pozostał nam fakt, że nowa kadra widząc nasze rozczarowanie zdecydowała się na eksperymenty, które mogła zrobić bez aprobaty dyrekcji. W ten sposób matematyk zastosował naukę w grupach. Uczniowie zostali podzieleni na czteroosobowe zespoły, wymieszane pod względem umiejętności. Dało to dobre wyniki, gdyż po wykładzie, matematyczne „orły” mogły tłumaczyć „tłumokom”w czasie ćwiczeń w zespołach, jak prawidłowo rozwiązać zadania. Mniej uzdolnieni uczniowie nie wstydzili się zadawać pytań kolegom, więc średnie oceny poprawiły się bardzo szybko. Gdy wieść się rozeszła, nasłano nam wizytatora z kuratorium. Na szczęście kobiecie spodobała się aktywność uczniów i matematykowi pozwolono na kontynuowanie niecodziennego sposobu nauczania. Inni nauczyciele nie zastosowali nauki opartej na samopomocy, ale młoda kadra umiliła nam końcówkę roku prowadząc zajęcia na szkolnym podwórzu. W tamtych czasach przeważnie realizowano program nauczania przed końcem roku szkolnego. Zatem ostatni tydzień, lub dwa, były poświęcane na przepytywanie osób zagrożonych i chętnych na poprawę oceny. Reszta przeważnie się nudziła. Na dodatek klasy w upały były duszne, więc ulegając prośbom bądź co bądź Samorządu kadra wyprowadzała nas na świeże powietrze. Dzięki temu upały nie były już męczące. Przepytywani oczekiwali na swoją kolej nerwowo przerzucając podręczniki, a reszta zajmowała się rozmową, grami „zeszytowymi” w okręty lub wektorki, albo opalaniem. Dla zdrowia psychicznego uczniów tuż przed wakacjami było to niezwykle korzystne. Tyle, że lekcja samorządowa nauczyła mnie, że postawy obywatelskie i oddolne zachęcanie zwierzchności do wprowadzania zmian to przeważnie walka z wiatrakami, które i tak będą mieliły wiatr według swojego widzimisię.