Igrzyska dla ludu pracującego.

               Gomułka bardzo szybko zdjął maskę demokratycznego przywódcy. Okazał się apodyktycznym raptusem o przerośniętych ambicjach. Przy tym kreował się nie tylko na znakomitego teoretyka marksizmu – leninizmu. On wszystko wiedział najlepiej. Niestety, jego sposobem na gospodarkę rolną była kontynuacja obowiązkowych dostaw, które zmuszały rolników do upraw nie odpowiadających rodzajowi ziemi jaki posiadali. Rezultat to niskie plony i wyjaławianie gleby. Przemysł – koniecznie ciężki i surowcowy. O ile za rządów Be Be przyczyniło się to do odbudowy zrujnowanych miast i krajowej infrastruktury, teraz służyło głównie wspomaganiu rosyjskiej machiny wojennej. Możliwie jak najmniejsza produkcja dla indywidualnego nabywcy była wynikiem siermiężnego stylu życia ówczesnego przywódcy. Gomułka nie rozumiał po co robotnikowi pięć koszul, skoro jemu wystarczają dwie. Pomysłem „Wiesława” na rozwiązanie rosnącego problemu mieszkaniowego, związanego z przemieszczaniem się siły roboczej ze wsi do miast, były bloki rodzinne z jedną wspólną kuchnią i toaletą na każdym piętrze. Na szczęście nie był on realizowany na dużą skalę, a część wybudowanych tą metodą bloków zamieniono później na akademiki. Nie słuchał ani doradców, ani kumpli z KC, na dodatek beształ ich i poniżał w obecności innych członków komitetu. Skarceni nie protestowali, gdyż swoje pozycje zawdzięczali jedynie słusznej polityce kadrowej – mierni ale wierni – zapoczątkowanej przez Gomułkę.

            Wobec braku jakiejkolwiek wizji rozwoju kraju PRL, który niemal do końca lat 50-tych nie ustępował zbytnio w rozwoju gospodarczym Europie, od początku lat 60-tych wszedł w dekadę zastoju gospodarczego. Chyba najlepszą charakterystyką czasów gomułkowskich jest cytat z referatu jaki „Wiesław” osobiście wygłosił na Plenum PZPR – „towarzysze …. staliśmy na skraju przepaści, ale od tego czasu uczyniliśmy ogromny krok do przodu”. Była to gorzka prawda, gdyż przez 14 lat rządów Gomułki gospodarczo uciekł nam nie tylko Zachód, ale również większość demoludów. Trudno wymienić główną przyczynę akceptowania przez naród tego, dowcipnie określanego mianem małej stabilizacji, okresu stagnacji. Nawet okresowe „regulacje cen” nie powodowały większych sprzeciwów. Niewątpliwie stosowanie rzymskiej zasady, że gdy hołocie zapewnić chleb i igrzyska, to nie będzie zbytnio tarmosiła władzy, było jedną z nich.

                Fundowane przez władze igraszki dla ludu rozpoczynały obchody 1 Maja. Dzisiejsza propaganda twierdzi, że obywatele byli niemal siłą zmuszani do udziału w pochodzie. Nie będę tutaj kruszył kopii polemizując z tym poglądem. Zadam tylko jedno pytanie. Jeśli każdy musiał uczestniczyć, to skąd brały się tłumy ludzi oglądające pochód z okien mieszkań i chodników wzdłuż całej trasy? Co by nie mówić o dorosłych, dla dzieciaków pochód był frajdą. Najmłodsze miały kilkugodzinną przejażdżkę na barkach głowy rodziny, przy okazji pozbawiając tę głowę resztek włosów robiących za lejce. Starsze machały chorągiewkami i jazgotały różnorodnym jarmarcznym sprzętem do robienia hałasu. Jeszcze starsze, próbowały podrywać co ładniejsze okazy płci przeciwnej. Energię do tego wszystkiego czerpano spożywając watę cukrową, lody, precle, ciastka i kiełbaski z rożna, zakupione w punktach sprzedaży rozmieszczonych wzdłuż trasy pochodu. Pragnienie gaszono wodą z saturatora. Najprzyjemniejszą częścią dnia, w której brali udział nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy porannego spędu, były imprezy odbywające się po zakończeniu pochodu. W parkach, oraz na miejskich i wiejskich placach budowano estrady, na których orkiestry i kapele zakładowe przygrywały do tańca, a obok stoiska jarmarczne i gastronomiczne tłukły kasę. W dzieciństwie był to dla mnie dzień białej floty. Wrocław to miasto prawie dwóch setek mostów, a co za tym idzie ogromnej ilości wody po której pływały statki wycieczkowe. Wspaniale wyglądająca w nieskazitelnie białych mundurach załoga statku, zwykle w tym dniu pozwalała dzieciakom stanąć za sterami, pokazała maszynownię i tłumaczyła jak działa system komunikacji z mostkiem. Dorośli mogli wypić piwo i potańczyć na pokładzie, a zainteresowani historią miasta posłuchać co przewodnik opowiada o mijanych obiektach.

         Pierwszomajowe święto rozpoczynało okres majówek. Nie mam tu na myśli tych kościelnych, nakazujących każdego popołudnia brać udział w nabożeństwie, ale dużo przyjemniejszych pikników i zabaw na świeżym powietrzu. Na większości estrad pozostałych po święcie robotników i chłopów, w każdą niedzielę maja występowały muzyczne zespoły zakładowe. Przeważnie zapraszano kilka, co zapewniało różnorodność repertuaru. Towarzyszyły im jarmarki. Można było z grupą znajomych pójść posłuchać muzyki, wypić piwo, pogadać, potańczyć, czy kupić coś niepotrzebnego. Można było też wziąć wałówkę i specjalnymi autobusami pojechać na piknik do okolicznych lasów, lub nad jezioro. Takie spotkania z przyjaciółmi i wspólna zabawa znakomicie odprężały i pozwalały zapomnieć o szarej codzienności. Komuna nie zapominała też rocznicy Trzeciego Maja. Na dodatek hołubiła króla Stasia i promowała go jako mecenasa sztuki, którym nie był, a nie grabarza dumnej Rzeczypospolitej do czego walnie się przyczynił. We Wrocławiu najważniejszym majowym świętem był Dzień Zwycięstwa. Seria darmowych koncertów artystów z najwyższych krajowych półek i wieczorny pokaz ogni sztucznych rozpoczynały Dni Wrocławia, wypełnione tak gęsto imprezami kulturalnymi, sportowymi i kiermaszami, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Na szczęście dla ciał i umysłów umęczonych nadmiarem wrażeń, już następny miesiąc przynosił do PRL lato, a z nim kanikułę i wytchnienie dla obu tych organów.

      W połowie czerwca rodacy ruszali w Polskę. Na umęczonych majowymi atrakcjami czekały plaże Bałtyku. Tych którzy woleli bardziej aktywny wypoczynek kusiły góry i jeziora. Miłośnicy rozrywek mieli do wyboru festiwale piosenki w Opolu, Zielonej Górze, Kołobrzegu, czy Sopocie. Rodzinną zabawę zapewniały wędrujące wesołe miasteczka i zespoły cyrkowe. Zwolennicy odkrywanego na nowo „all inclusive” mieli do wyboru wczasy pracownicze, kolonie i obozy młodzieżowe. Nieszczęśnikom, którym przyszło pracować w upały państwo dziękowało 22 Lipca. Święto Odrodzenia było kolejną okazją do bezliku atrakcji plenerowych i bardziej kameralnych. Wypoczęci, opaleni i zadowoleni wędrownicy z ogromną niechęcią wracali do pracy. Ostatnim oficjalnym akcentem odchodzącego lata były dożynki. Te centralne i regionalne pełne pyszniących się kolorami strojów ludowych i tańców z przytupem. Te PGR–owskie zlane piwem i wódą, oraz ociekające tłuszczem z pieczonych prosiaków i kiełbas. Smutek jesieni przerywały różnorakie zawody sportowe, a zimą rozgrzewał brać pracowniczą dziadek Mróz – zwany uparcie Mikołajem, Barbórka, a po niej zabawy sylwestrowe i karnawałowe organizowane przez większość zakładów i stowarzyszeń. Po pustyni rozrywkowej w okresie oczekiwania na Wielką Noc, przychodziła wiosna i kołowrót od nowa nabierał tempa. Te perfidne działania „komuny” powodowały, że obywatele byli zbyt zmęczeni aby zalewać ulice rzewnymi łzami.