Niezbędniki

               Lud dał sobie odebrać zdobycze Czerwca niemal bez szemrania. Niektórzy członkowie rad nadal uczestniczyli w organizacjach, przez mgnienie oka samorządowych, dla jakichś marniutkich przywilejów, lub pozbawieni już złudzeń, używali ich jako odskoczni do wielkiej polityki. Nieuświadomieni, ciągle próbowali coś zmienić, choćby w skali lokalnej, dopóki nie zdali sobie sprawy, że płomyk entuzjazmu nie ma szans z ognioodporną ścianą. Większość spuściła głowy i biernie przyjmowała rzeczywistość codziennej beznadziei. Była jednak grupa, która na tym skorzystała. Spuszczona głowa pomaga bowiem dostrzec krasnoludki. Ci, którzy jeszcze ich nie posiadali zaczęli, zgodnie z zasadą – dzieci rób, jak nie wiesz co robić – rozmnażać się na potęgę. Natomiast dumni już rodzice stwierdzili, że smutek nie musi się rozciągać na ich pociechy. Zaczęli latorośli poświęcać więcej czasu. W domu Roberta nie było inaczej. Rodzice postanowili, że pora już przyzwyczajać malca do siebie. Zrezygnowali z ciotek i zatrudnili na stałe gosposię, dodając jej do pensji mieszkanie i wyżywienie. Odciążeni w ten sposób od obowiązków innych niż praca zawodowa, poświęcali dziecku cały wolny czas. Przy wspólnym śniadaniu, mama czytała Robertowi bajeczki. Oczywiście z obrazkami, co powodowało lawinę pytań dotyczących wszystkiego co się na nich znajdowało. Później była przeważnie samodzielna zabawa w piaskownicy na podwórku, pod czujnym okiem gosposi doglądającej malca przez okno. W tamtych czasach ludzie woleli czerpać radość z robienia dzieci, a nie ich porywania, czy molestowania, więc maluchy mogły samodzielnie nabijać sobie guzy. Codziennie też sprawdzały w praktyce teorię Darwina, wyrywając sobie nawzajem łopatki i wiaderka, oraz sypiąc piaskiem po oczach, w walce o górne szczeble podwórkowej drabiny społecznej. Po południu nadchodził czas tatusia. Zależnie od stopnia zmęczenia tatki, była to wyprawa do ogrodu dr. Jordana, lub do pobliskiego parku. W ogrodzie można było doświadczalnie stwierdzić, że układ kostny żadnego dziecka nie jest w stanie wygrać konfrontacji z bezlitosnym metalem huśtawek, zjeżdżalni, karuzel i drabinek. W parku sprawdzało się umiejętności sprinterskie w pogoni ma motylami i gołębiami, a szczególnie w salwowaniu się ucieczką przed wściekłym gąsiorem ze stawu. Zimowe atrakcje parku to sanki i ślizgawka z górki na pazurki, łyżwiarstwo akrobatyczne na zamarzniętym stawie kończące się przeważnie twardym lądowaniem i zespołowe bitwy na piguły.

         Przeciętny człowiek jest wadliwie skonstruowany. Codzienne zabawy w te same klocki szybko zaczynają go nudzić. Do życia, oprócz żywności i powietrza, potrzebuje zmiany zabawek. To zapewne dlatego Adam i Ewa wypięli się na rajski ogród. Na szczęście dla Roberta, jego rodzice chcieli poznać piękną naszą Polskę całą. Zaczęło się od Bałtyku. Ogromna woda, która nie miała drugiego brzegu na chwilę powiększyła oczy malca zdumieniem. Jednak po krótkiej chwili zajął się przyjemnościami. Oto stał na bezkresnej piaskownicy. Bezzwłocznie przystąpił do prac budowlanych. Gdy wydawało się, że ogromna twierdza z fosą i murami obronnymi jest niemal ukończona, jakaś zbłąkana fala rozmyła część budowli. Robert rozdał morzu kilka klapsów, po czym zainteresował się kolorową galaretą, która zgrabnie poruszała się w wodzie. Wyjęta z morza traciła na wyglądzie, a na dodatek parzyła. Przyszła więc kolej na pogoń za ławicą małych rybek. Prace konstruktorskie i doświadczenia biologiczne, były przerywane tylko intensywną nauką pływania. Tatko Roberta czuł się w wodzie jak ryba, a ponieważ morze było tamtego lata spokojne, uznał że na naukę nigdy nie jest za wcześnie. Zaczęło się od jazdy na plecach płynącego żabką nauczyciela. Później malec, wspierany rodzicielską dłonią pod brzuch lub plecy, uczył się żabki i stylu grzbietowego. Po dziesięciu dniach wystarczała tylko okazjonalna asekuracja. Do końca pobytu Robert umiał pływać i nigdy już nie opanował, popularnego wśród jego rówieśników, pływania pieskiem.

           Następnego roku dostałem na imieniny rower. Był ślicznie kolorowy ale, jak każdy pierwszy rower, miał ogromną wadę. Był niestabilny. Wystarczyło na niego wsiąść i położyć nogi na pedałach, by po sekundzie sprawdzać twardość gleby. Rodzice jednak nie kupili mi bocznych kółeczek, które pozwalały tak wielu dzieciom jako tako utrzymać równowagę. Stwierdzili, że są one pomocne tylko w krzywieniu kręgosłupów, a dzieciaki po wielu miesiącach ich używania i tak nie opanowały jazdy na dwóch kołach. Tatko postanowił robić za stabilizator wspomagając się, umiejętnie umocowanym w ramie roweru, tuż za siodełkiem, kijem od szczotki, który trzymał silną dłonią. Początkowo był to dla niego niemęczący spacer. Tańcząca w takt nieznanych mi rytmów kierownica i ciągle spadające z pedałów stopy, nie pozwalały osiągnąć nawet prędkości marszowej. Jednak bardzo szybko spacer musiał zastąpić kłus, a następnie galop. Gdy w trakcie któregoś z takich galopów obejrzałem się za siebie, stwierdziłem z przerażeniem, że tatko pozostał daleko w tyle a kij trzyma tylko wiatr. Natychmiast się wywróciłem. Moja reakcja niezmiernie go rozbawiła. Wytłumaczył mi, że prawie samodzielnie jeżdżę już od kilku dni, a on tylko czasem musiał chwytać za drążek. Nie chciałem w to uwierzyć, ale gdy w czasie następnej lekcji, oglądając się, ponownie zobaczyłem tatuśka swobodnie spacerującego w tyle, jakoś udało mi się zatrzymać rower bez upadku. Odtąd szło już łatwo i wkrótce opanowałem podstawowe elementy akrobatyki rowerowej jak slalom bez trzymanki, wskakiwanie na krawężniki, zawracanie poślizgiem, czy jazda na jednym kole. Tatko widząc jak dobrze mi idzie, stwierdził że pora abym zobaczył jak prawdziwi mężczyźni ujarzmiają swoje jednoślady. Zabrał mnie na żużel. To było niesamowite przeżycie. Ryk silników, odurzający zapach spalin pomieszany z pyłem żużla i kompletne lekceważenie własnego ciała przez zawodników walczących o każdą piędź ziemi sprawił, że z miejsca stałem się fanem. Mama dzięki zupełnie idiotycznym godzinom pracy handlu, brała nieco mniejszy udział na tym etapie mojego wychowania. Właściwie oprócz ranków mogła mieć dla mnie czas tylko w niedziele. Miało to swoje dobre strony, gdyż złośliwe władze chcąc odciągnąć dziatki od kościoła wymyśliły poranki w kinach. Były to filmy dzisiaj nazywane rodzinnymi. Mama biegała do kina już w czasie wojny, pomimo tego, że nie było to bezpieczne, gdyż można było skończyć w łapance. Dzięki osobistej miłości do X muzy nie buntowała się przeciw perfidii władz, więc nie opuszczaliśmy żadnego nowego filmu. Zabierała mnie także na przedstawienia teatru lalek. To było nawet przyjemniejsze od kina, gdyż w gromadzie maluchów mogliśmy ostrzegać ulubione kukiełki przed grożącym im ze strony „złych lalek” niebezpieczeństwem. Oczywiście aktorzy robiący za kukiełki nie mogli pozostać głusi na nasze wezwania, co wymagało od nich umiejętności improwizacji i czyniło ich pracę trudniejszą, ale zapewne bardziej satysfakcjonującą, gdyż uśmiech dziecka nie ma ceny. Oprócz wszczepiania miłości do sztuki, mama próbowała zrekompensować mi swoją nieobecność zabawkami. Pomijając etap pluszu i szmacianych przytulanek, zaczęło się od elektrycznej kolejki. Zabawka produkowana przez przyjaciół z NRD–owa nie wymagała natychmiastowego wkładu dużych pieniędzy. Podstawowy zestaw można było bowiem rozszerzać etapami o kolejne tory, semafory, zwrotnice, lokomotywy i wagoniki. Kolejka woziła na bitwy ołowiane żołnierzyki, była wysadzana przez partyzantów, doprowadzana świadomie do zderzeń, wreszcie wyrzucana na zakrętach przez siłę, którą dopiero szkoła nazwała odśrodkową. Następnie mama postanowiła zrobić ze mnie majsterkowicza. Znakomicie ułatwiał to sklep, nazwany dla niepoznaki Składnicą Harcerską. Dla młodego człowieka było tam wszystko co pozwalało trenować sprawność oka, rąk i ciała. Niezmierzona ilość modeli do sklejania umożliwiła mi zbudowanie sił zbrojnych, które przy udziale kolegów z sąsiedztwa, pozwalały na toczenie bezkrwawej wojny. Batalie żołnierzyków wspieranych czołgami, lotnictwem i flotą trwały godzinami. Później przyszła kolej na budowę drewnianych szybowców, które można było ciągnąć na sznurku jak latawiec, samolotów i helikopterów, których śmigła napędzane były gumką modelarską, wreszcie łódek napędzanych silnikiem parowym. Jestem niemal pewien, że dzisiejsza młodzież stwierdzi, że z tym silnikiem to fantazjuję, albo drę sobie z niej łacha. Otóż nie. Konstrukcja takiego silnika jest niezmiernie prosta. Potrzebny jest wyposażony w rurę wydechową metalowy zbiorniczek na wodę i zapalona świeczka jako źródło energii grzewczej. Wytworzona para, uchodząc do wody, zapewnia niezły napęd. Zwieńczeniem tego okresu łączenia przyjemnego z pożytecznym, była nauka jazdy na nartach. Wrocław jest położony o rzut kamieniem od rekreacyjnych terenów Kotliny Kłodzkiej. W czasie zimowego pobytu w Szklarskiej Porębie, rodzice nie mogli patrzeć jak co chwilę ryję nosem w śniegu próbując utrzymać się na pożyczonych nartach i zafundowali mi instruktora. Zadziwiające, ale po zaledwie kilku godzinach szkolenia, zjazd z oślej łączki nie sprawiał mi już trudności. To oczywiste, że dzieciaki nie zdające sobie sprawy z głębokiej czerni chmur wiszących im nad głowami, mogły mieć kupę radości i tyleż zadowolenia z życia. Jednakże jęczący pod ciężkim buciorem władz PRL dorośli, powinni byli tylko skowyczeć z bólu, ewentualnie ronić krokodyle łzy nad swym marnym losem. Jednak miejskie chodniki nie były myte przez potoki łez. Dlaczego?