Z BUTEM NA GARDLE

                                                                                    czyli                                                                        Jak przetrwałem PRL

                                                                           W stronę słońca

 

             Robert przywitał świat krzykiem protestu. Powodów do niezadowolenia było wiele. Był początek lat 50-tych i zdewastowany wojną kraj, właśnie przyjął zatwierdzoną przez Stalina Konstytucję, przekształcając się z tymczasowego tworu w Polską Rzeczpospolitą Ludową. Be Be – nasz prywatny Stalin – nawet po śmierci opłakiwanego przez wielu idola, nadal pracowicie wykańczał przeciwników politycznych. Ponieważ przeciwnikiem był każdy kto ośmielił się krytykować władze nawet żartem, do więzień i obozów pracy trafiło według optymistów nawet 400 tys. obywateli. W tej grupie znaleźli się również prominentni działacze lewicy, którzy sprzeciwiali się dyktatorskim sposobom rządów Be Be. Do ponurego obrazu ogólnej beznadziei należy dodać, że Robert ujrzał światło dzienne w potwornie zrujnowanym wojną Wrocławiu. Z tym światłem to też przesada, gdyż pierwsze lata życia przyszło mu spędzić w ponurej norce na ul. Wąskiej, gdzie światło dnia nie docierało. Po prostu uliczka, zgodnie z nazwą, była zbyt wąska dla zawsze złośliwie ukośnych promieni słońca, co dawało efekt Manhattanu. Dwupokojowe mieszkanie z ciemną kuchnią, nie posiadało łazienki. Cywilizacyjny niezbędnik znany jako WC był umieszczony strategicznie na półpiętrze, co zapewniało mieszkańcom codzienną porcję niemęczącej gimnastyki. Z luksusów norka posiadała wodę bieżącą w kuchni, którą dla siebie i sąsiadów wywalczyła mama Roberta. Oryginalnie, zaprojektowana ku wygodzie lokatorów i wykonana z niemiecką precyzją instalacja, doprowadzała wodę do pojedynczego zlewozmywaka umieszczonego na klatce schodowej każdego piętra. Urządzenie obsługiwało znajdujące się tam trzy mieszkania. Gdy administracja budynku zawiadomiła mieszkańców, że będzie wymieniany pion wodnokanalizacyjny, mama Roberta namówiła wszystkich sąsiadów do złożenia petycji w Urzędzie Miasta i Komitecie Partii, aby przy okazji remontu wykuć nieco więcej dziur i doprowadzić wodę do wszystkich mieszkań. Ku ogólnemu zaskoczeniu Komitet wysłał kogoś na lustrację, a ponieważ ciemne kuchnie wszystkich mieszkań przylegały do korytarza, wyraził zgodę. Radość mieszkańców z tak ogromnego skoku cywilizacyjnego była niezmierna, a mama Roberta …… a właśnie. Nie możemy zapominać o rodzicach Roberta. Bez nich nie byłoby tej opowieści. Oboje pochodzili z rodzin wielodzietnych. Obojgu wojna zabrała najlepsze lata młodości. Paradoksalnie, oboje wybrali ruiny Wrocławia na miejsce zamieszkania, by jak najwięcej tej przemijającej młodości uratować. Ziemie odzyskane, a szczególnie duże miasto, oferowało wczesnym osiedleńcom mieszkanie za dziękuję, zatrudnienie niemal według życzenia, poczucie własnej wartości, gdyż ich praca zamieniała ruiny w tętniący życiem organizm, wreszcie nowe znajomości, przyjaźnie i miłości, bo człowiek jest przecież zwierzęciem stadnym. Ojciec Roberta pochodził z rodziny kolejarskiej. W okresie międzywojennym zarobki na PKP były niezłe, co pomimo posiadania licznego rodzeństwa, pozwoliło mu na zdobycie małej matury niemal tuż przed wybuchem wojny. Był za młody do wojska, zresztą ponieważ korzenie miał w Poznańskiem, więc po kilku dniach od jej wybuchu nie było już gdzie się zaciągnąć. Niemcy szybko pozbawili go niepewności jutra. Wysportowany młodzieniec ( trenował nieco boks ), świetnie nadawał się na przymusowe roboty. Zatrudnili go w turystyce. Przez całą wojnę jeździł po Europie i budował lotniska wojskowe. Rosjanie zakończyli to przymusowe wspieranie faszystowskiej machiny wojennej zajmując Austrię. Będące w rozsypce nazistowskie biuro podróży nie miało już środków na przerzucanie robotników gdziekolwiek, ale pomimo tego i chaosu walk tatko otrzymał ostatnią wypłatę tuż przed wyzwoleniem. Wydawało by się, że człowiek, który w ramach przymusowej turystyki poznał piękno Europy, nie będzie chciał wracać do biednego zdewastowanego wojną kraju, ale tatko nie miał wątpliwości gdzie jest jego miejsce. Jednak na drodze powrotu w rodzinne strony stanął Wrocław. Co mu się w tym gruzowisku spodobało? Dla młodego człowieka, który otarł się o „wielki świat” nie było już powrotu do dziury pod Nakłem. Ponadto we Wrocławiu można było czuć się jak u siebie od pierwszej minuty. Wszyscy byli przyjezdni. Niepewny status miasta – bo Jałta to jedno, a coraz bardziej skłóceni alianci to wzrastający niepokój o przyszłość Ziem Odzyskanych – nie powstrzymał napływu osiedleńców. Zarówno tych przymusowych, jak i dobrowolnych. Tatko nie chciał zostać obywatelem Wrocławia za darmo. Trzeba było postawić na nogi komunikację, aby zapewnić możliwość poruszania się coraz liczniej napływającym do miasta tułaczom. Robiące za taxi dorożki, aczkolwiek malownicze i zapewniające poruszanie się z fasonem zwolennikom balowania, nie mogły zapewnić dojazdu do pracy robotnikom. Transport wojskowy był rozwiązaniem doraźnym. Dzięki wykształceniu i znajomości budowy dróg, załapał się do dyrekcji MPK. Czasy były takie, że nikt nie pytał o wysokość zapłaty, tylko starał się zmienić rzeczywistość tak, aby można było coraz normalniej żyć. Miasto zmieniało się z dnia na dzień i stawało się coraz bardziej przyjazne dla mieszkańców. Wkrótce, przez wrocławskich ulic sto, mknęły już niebieskie tramwaje. Pionierskie czasy pomalutku stawały się historią i trzeba było się rozejrzeć za lepszymi zarobkami, gdyż na medalu Pionier Wrocławia nie dało się ugotować zupy dla świeżo poślubionej towarzyszki życia. Zanim rzucił MPK, namówił do przyjazdu swoich dwóch braci. Ci kontynuując tradycję rodzinną zajęli się odbudową węzła kolejowego, a jeden z nich został później naczelnikiem DOKP. Po godnym spełnieniu obywatelskiego obowiązku, tatko z kolegą przywrócili miastu poniemiecką introligatornię. Był to strzał w dziesiątkę, gdyż władze PRL, z niezrozumiałych powodów, uparły się likwidować analfabetyzm we wszystkich grupach wiekowych, a podręczniki i książki, podobnie jak ludzie, przetrwały wojnę w opłakanym stanie. Wprawdzie Be Be niezbyt chętnym okiem patrzył na prywatną inicjatywę, ale ponieważ tego typu usługa była niezbędna nikt wspólników nie ruszał. Przez jakiś czas interes kręcił się znakomicie i zapewniał masełko do chleba. Gdy drukarnie, poza propagandą, zaczęły wreszcie wypuszczać na rynek książki, warsztat musiał się przestawić na produkcję niszową. Niestety, oprawianie ksiąg w sukno lub skórę, czy restaurowanie starodruków nie przynosiło dochodów wystarczających na utrzymanie rodzin dwóch wspólników. Tatko, który najwyraźniej lubił siłować się z życiem, postanowił się zająć zaopatrzeniem. Przeciętny zjadacz produktu o przedłużonej świeżości już zauważył, że sobie z niego kpię. W kraju, gdzie według współczesnej propagandy jedynym dostępnym towarem były puste półki, fucha w „zoopatrzeniu” to przecież niekończące się wakacje, a nie ciężka praca. Tyle, że wbrew temu co wmawia się obecnie społeczeństwu, obywatel żywiąc się półkami i popijając je octem nie miałby siły na kopulację, a liczba ludności w czasach PRL-u wzrosła z 25 do blisko 40 milionów. To ordynarne kłamstwo, że w PRL-u ( przynajmniej do czasów dyktatury gen. Jaruzelskiego) nie było niczego, bo z próżnego i Salomon nie naleje. Braki towarowe w tamtych czasach można wytłumaczyć faktem, że na rynku panowała permanentna promocja. Współcześni powinni to zrozumieć bez trudu. Rozwijam ten temat tylko na wszelki wypadek, gdyż złośliwi twierdzą, że szkolnictwo już nie takie jak onegdaj. Wyobraźcie sobie państwo, że sklep ogłosi przecenę jakiegokolwiek pożądanego przez klientów towaru o 30%. Oczywiste jest, że towar po takiej cenie nabędzie niewielu – nazwijmy ich umownie – szczęśliwców. Większość chętnych zastanie tylko puste miejsce na półce. Tak właśnie było w PRL. Towary na które był popyt nazywano chodliwymi. Znikały one z półek tak szybko, że czasem nawet się na nich nie pojawiały. Ich cena była wyraźnie zaniżona w stosunku do popytu, oraz ilości pieniędzy na rynku. Czyli były w ciągłej wyprzedaży. Gdy którykolwiek władca PRL tracił instynkt samozachowawczy i próbował zakończyć permanentną promocję, wkurzeni konsumenci zmuszali swoim buntem jego przyjaciół z KC, do wyrwania mu wygodnego stołka spod dupy, niestety często opłacając to własną krwią. Następował krótki okres „zabawy w muzyczne fotele”, po czym „wiodąca siła narodu”, czyli ci towarzysze z KC PZPR którym udało się umościć swoje tyłki w fotelach wyświechtanych przez poprzedników, przywracała politykę promocji. Czyli permanentny brak popularnych towarów. Dobry zaopatrzeniowiec potrafił te obiekty marzeń społecznych zdobyć. Wymagało to jednak umiejętnego wkładu pracy. Ponieważ ojciec Roberta jako zaopatrzeniowiec pracował do śmierci, rzućmy teraz okiem na jego mamę. Młodość miała bardzo pod górkę. Gdy zaledwie zaczynała naście lat, jej matka umarła na raka. Na ojca, szeregowego pracownika Magistratu, spadł więc obowiązek wychowania i utrzymania pięciu córek. Mama Roberta, jako najstarsza, chcąc nie chcąc musiała przejąć obowiązki niańki, opiekunki, kucharki i sprzątaczki. Po skończeniu szkoły podstawowej musiała pójść do pracy i wspomagać rodzinę finansowo. Najpierw pomagała w sklepie, ale ponieważ była bystra szybko została sprzedawczynią. Niecałe trzy lata po rozpoczęciu wojny stała się jedyną żywicielką rodziny, gdy hitlerowcy zabili jej ojca. Dzięki nabytym umiejętnościom i pomocy sąsiedzkiej jakoś przetrwała wojnę, ale zaraz po niej cała gromadka musiała opuścić rodzinne strony ze względu na bezrobocie. Cztery siostry zdecydowały zakończyć tułaczkę na Górnym Śląsku, ale jej się tam nie podobało. Ruszyła dalej i przytulił ją dopiero Wrocław. Dotarła do miasta gdy wolne lokale, nawet w dzielnicach willowych gdzie ciągle jeszcze można było nocą zarobić kulkę od szabrowników zamienionych w rabusiów, były już zajęte. Z konieczności przyjęła pracę u właściciela warzywniaka, który jako część wynagrodzenia oferował pokój mieszkalny. Pracując w sklepie poznała przyszłego ojca Roberta, było nie było posiadacza norki, którą były pionier wybrał ze względu na bliskość do miejsca pracy i centrum miasta. Po ślubie jej problem mieszkaniowy rozwiązał się sam, a ponieważ na podwyżkę pensji w zieleniaku nie było co liczyć, podjęła pracę w pasmanterii. Praca, wbrew temu co później lansował kabaret Tej, nie była lekka. Gdy rządy gen. Jaruzelskiego rzeczywiście doprowadziły do sytuacji, że przez osiem godzin trzeba było mówić „ nie ma, nie ma, nie ma, a trzy tysiące jest na koniec” – przeszła na emeryturę. Po tych krótkich rysach życia, wracam do Roberta. Oczywiście w tym czasie jak długo mógł ssać, spać i walić w pieluchy, nie obchodziła go rzeczywistość. Nie był świadom, że Be Be kopiuje rozwiązania gospodarcze stosowane w ZSRR, choć niekoniecznie tylko ze ślepego posłuszeństwa. Nie mówi się dzisiaj, że Sowieci za Lenina, poczynili ogromne postępy w gospodarce w stosunku do czasów carskich, a zaraz po wojnie byli drugą potęgą gospodarczą świata. Wprawdzie daleko za liderem, ale dla Be Be i jego kliki, która przecież nigdy wcześniej nie rządziła żadnym krajem, mógł to być podobny wzorzec jak dla reformatorów lat 90–tych, którzy kopiowali żywcem kapitalizm amerykański, czyli gospodarkę postindustrialną, pomimo europejskiego położenia Rzeczypospolitej i bardziej ludzkich, nie mówiąc o tym, że bardziej odpowiadających z takim trudem zbudowanej strukturze przemysłowej kraju, wzorców zza miedzy. Narzucona przez Be Be industrializacja nie była złym rozwiązaniem, nie tylko dlatego, że zapewniała niezbędne do realizacji obietnic socjalizmu miejsca pracy. Kraj potrzebował przemysłu ciężkiego do odbudowy infrastruktury, a prądu do maszyn i żarówek. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale w tamtych czasach wieś polska była jeszcze ciągle oświetlana świeczką, lampą naftową, albo jak u dziadka Roberta prądem z akumulatorów. Natomiast niepotrzebnie forsowano zakończoną niepowodzeniem próbę kolektywizacji rolnictwa. Jeszcze gorszym rozwiązaniem było wprowadzenie przymusowych dostaw, które postawiły gospodarkę rolną na głowie. Wyjaławianie gruntów nie nadających się pod narzucone uprawy, było jedną z głównych przyczyn powtarzających się co kilka lat niedoborów żywności w PRL. Codzienną porcję świeżego powietrza i okazjonalnie słońca, Robert łykał w pobliskim parku. Ponieważ oboje rodziców pracowało, opiekę zapewniały mu przybywające na zmianę z odsieczą ciotki ze Śląska. Spłacały w ten sposób zobowiązania wobec siostry, która nie oddała ich do ochronki po śmierci ojca i zapewniła im okruszyny przy rodzinnym stole. Gdy naturalną koleją rzeczy, ciotki zaczęły wychodzić za mąż i rodzić własne dzieci, Robert część czasu spędzał na Śląsku, część z lokalnymi ciotkami, ranki z mamusią, popołudnia z tatusiem, a niedziele z obojgiem rodziców. Gdy śmierć Stalina, wbrew obawom, nie doprowadziła do wybuchu nowej wojny i nie zmieniła niczego w powojennym podziale świata, czas zaczął płynąć w miarę spokojnie aż do Czerwca 1956. Ludzie przez lata godzili się na pracę za przysłowiową kromkę chleba, gdyż codziennie patrzyli na ogrom zniszczeń i rozumieli potrzebę szybkiej odbudowy. Jednak po 11 latach wyrzeczeń, gdy efekty swojej pracy widzieli gołym okiem, zaczęli oczekiwać polepszenia własnego losu. Nagroda jednak nie nadeszła. Mało tego, krótkotrwały Edzio kompletnie stracił kontakt z warunkami życia przeciętnego obywatela. Wyraźnie uznał, że narodek ma zbyt dobrze. Nie oglądając się na obowiązującą umowę zbiorową, zmieniono zasady wynagrodzenia w Cegielskim w taki sposób, że realne płace robotników zamiast oczekiwanego wzrostu spadły o jakieś 15%, przy czym najbardziej ucierpieli przodownicy pracy, których oficjalnie stawiano za przykład innym i niemal noszono na rękach. Być może, gdyby nie trafiło na Poznaniaków, jakoś by to przepchnięto. Jednak, pomimo zmiany pokoleń, mieszkańcy byłego zaboru pruskiego byli przyzwyczajeni, że umów się przestrzega. Robotnicy zaprotestowali. Doszło do rzeczy niebywałej. Władze zakładu i aparat partyjny przyłączyły się do protestu i wspólnie wybrany komitet negocjacyjny wyjechał na rozmowy do Warszawy. Dość szybko doszło do porozumienia z szefami Resortu Maszynowego. Niestety, niemal jednocześnie z powrotem zadowolonej delegacji, w Poznaniu pojawił się także szef resortu, który na polecenie KC wycofał się z części uzgodnień. Na dodatek, żeby Cegielszczacy nie czuli się osamotnieni, kilku innym zakładom w mieście podniesiono plany produkcji, co efektywnie pozbawiło ich załogi premii. W tej sytuacji doszło do strajku. Robotnicy nie zamknęli się w fabrykach, ale udali się z protestem do Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Po drodze przyłączyli się mieszkańcy Poznania, razem ze swoimi żalami. Rozmawiać z nimi nikt nie chciał, oprócz wysłanych na ulice kadetów z miejscowej szkoły wojskowej, którzy bratali się z tłumem zamiast go rozpędzić. Ponieważ do tego momentu protest był kontrolowany przez robotników i miał dość spokojny przebieg, władze nie miały dobrego pretekstu do stłumienia manifestacji. Służby „bezpieczeństwa” rozpuściły więc plotkę o aresztowaniu delegatów, którzy jeszcze niedawno prowadzili negocjacje. Naturalną konsekwencją był atak wzburzonego wiadomością tłumu na więzienie i budynek sądu. Nie wiadomo z czyjej inicjatywy zaczęto palić papiery, a następnie budynki sądowe. Gdy następnie rozjuszony tłum udał się pod siedzibę bezpieki, z budynku padły strzały. Protestujących okrzyknięto przeciwnikami ustroju i agentami obcych wywiadów. Dowództwo LWP działając na polecenie KC PZPR wydało komendantowi poznańskiej szkoły pancernej rozkaz użycia broni przeciw protestantom. Łącznie skierowano do pacyfikacji miasta niemal 10.000 żołnierzy, 359 czołgów i transportery opancerzone. Byli zabici i ranni. Mimo blokady wiadomości z Poznania w kraju wrzało. Robert musiał przedwcześnie zakończyć śląskie wakacje, gdyż rodzice chcieli go mieć przy sobie gdyby doszło do wybuchu protestów również we Wrocławiu. Czekała go niespodzianka. Gdy tramwaj minął ul. Wąską, wypomniał ciotce, że nie wysiedli na prawidłowym przystanku. Ona na to, że jadą do nowego mieszkania, w którym czekają rodzice. Nie bardzo wiedział co to znaczy nowe mieszkanie, więc milczał do końca podróży. Przywitanie z rodzicami było krótkie, gdyż nowe miejsce go zaciekawiło. Mieszkanie dwupokojowe posiadało jasną kuchnię i własną łazienkę, oraz przedpokój. Mamie Roberta udało się namówić na zamianę, będącą regularną klientką pasmanterii, poprzednią lokatorkę, gdy tamta poskarżyła się jej na kłopoty z sąsiadami. Otóż kobieta hodowała w wannie prosiaka, a resztę łazienki zajęły kury, gęsi i kogut. Zapachy i hałas powodowały, że sąsiedzi nieustannie donosili na uciążliwą sąsiadkę do administracji. Upomnienia i kary były przez lokatorkę przyjmowane bez zrozumienia, więc gdy dowiedziała się, że do mieszkania na Wąskiej należy też komórka na podwórzu, w której będzie mogła trzymać swój inwentarz, za niezbyt wygórowaną dopłatę zgodziła się na zamianę. Największą zaletą nowego mieszkania było to, że słonce wschodziło w jednym pokoju, a zachodziło w drugim. Słoneczko wprawia ludzi w dobry nastrój i nawet trudności codziennej egzystencji wydają się mniejsze. Dla Roberta ogromne znaczenie miała też lokalizacja mieszkania. Za jednym skrzyżowaniem rozciągał się park, ze sporą górką i stawem, a za innym ogródek jordanowski z niesamowitymi atrakcjami dla maluchów. Były tam wszystkie urządzenia ułatwiające łamanie kończyn lub utratę uzębienia, jak karuzele, drabinki, ślizgawki, huśtawki i jeszcze kilka innych. To było tak, jakby dobra wróżka przeniosła go z jaskini do pałacu. Polubił nowe miejsce od pierwszej chwili i nawet nie tęsknił za dziećmi z Wąskiej. Przez chwilę wydawało się, że słońce zaświeciło nie tylko rodzinie Roberta. Krwawa pacyfikacja Poznania nie doprowadziła do kolejnego powstania ludu, ale spowodowała przesilenie we władzach PRL. Na arenę polityczną wrócił Gomułka, który pozornie miał zupełnie inne niż Be Be spojrzenie na zarządzanie krajem. Naród myślał, że to co słyszy na wiecach z udziałem „Wiesława” będzie wprowadzone w życie i nareszcie weźmie udział w gospodarowaniu krajem. Gomułka, postrzegany powszechnie jako przeciwnik i ofiara stalinizmu, został przyjęty niemal entuzjastycznie przez polskie społeczeństwo i wkrótce został szefem PZPR. Pomimo tego, że poparcie Zachodu ( RWE wręcz rekomendowało go na stanowisko Pierwszego) czyniło Gomułkę cokolwiek niepewnym politycznie, to Rosjanie, pod zmienionym po śmierci Stalina kierownictwem, pozornie nie wtrącali się w polskie wydarzenia. Ogłoszone reformy i brak reakcji ze strony Rosji na wydarzenia w PRL–u, ośmieliły do prób wprowadzenia reform również inne kraje demoludów. Ludzie przez chwilę uważali, że słońce swoimi promykami rozgrzewa cały blok wschodni. Najwyższą cenę za te płonne nadzieje zapłacili Węgrzy. Mylnie odczytując milczenie Kremla wobec zmian w PRL i podjudzani przez Radio Wolna Europa, które mamiło ich militarną pomocą wojsk zachodnich, nawet po tym (o czym pracownicy rozgłośni wiedzieli) gdy Amerykanie oświadczyli już Rosji, że nie są zainteresowani interwencją wspierającą reformatorów, pokusili się nie tylko o wprowadzenie reform, ale poszli dalej próbując ogłosić neutralność i wyjście z Układu Warszawskiego. Tego Sowieci nie mogli tolerować, gdyż prędzej raczej niż później, rozmontowałoby to cały wschodni blok. Wojska rosyjskie krwawo stłumiły węgierskie powstanie i osadziły Kadara na stołku sekretarza, a Zachód natychmiast uznał nowy rząd. W ten sposób niejako przyklepał późniejsze wyroki śmierci dla przywódców węgierskiego powstania. W PRL–u reformy zdychały nieco wolniej. Najpierw wybito obywatelom z głowy współrządzenie. Następnie Gomułka kontynuował rozwój przemysłu ciężkiego, zupełnie lekceważąc wzrastające apetyty społeczeństwa na towary konsumpcyjne. Podstawą polityki rolnej były nadal obowiązkowe dostawy. Nikt w aparacie władzy nawet nie myślał o mechanizacji rolnictwa, co przy odpływie siły roboczej do fabryk doprowadziło do dalszego spadku wydajności sektora rolnego. To spowodowało konieczność wprowadzenia w 1959 podwyżek cen żywności. O dziwo nie doprowadziły one do wybuchu niezadowolenia społecznego. Kto wie czy powodem były niedawne wydarzenia na Węgrzech, czy ciągle jeszcze tląca się popularność Wiesława, czy może mizerniutkie podwyżki płac nazwane rekompensatą. Tak czy inaczej był to początek zastoju gospodarczego w PRL. Słońce pomalutku traciło blask.

*  Be Be -  Bolesław Bierut

* krótkotrwały Edzio – Edward Ochab