Zielona wyspa propagandy

              Na koniec mit „zielonej wyspy”. Rząd Tuska, który niemal natychmiast po poprzednich wyborach, poza intensywną działalnością w sferze Publicznego Tworzenia Fałszywego Wizerunku (zwanego z angielska „piarem”), pogrążył się w słodkim nieróbstwie, wtłacza uparcie ten mit w głowy ogłupianego społeczeństwa, które jakoś tej zieleni nie dostrzega. Nic to, że brak jakiejkolwiek aktywności, poza uganianiem się za piłką kopaną, nareszcie podgryzł rządowy tyłeczek odsłaniając kolosalną zapaść rynku pracy, infrastruktury, finansów i służby zdrowia. Nic to, że Tusk musiał podnieść cały szereg podatków i wprowadzić kilka nowych, a mimo to owoce wspaniałego rozwoju „zielonej wyspy” nie są w stanie zapewnić państwu dochodów wystarczających na pozostanie pod kreską progu zadłużenia umieszczonego w Konstytucji. Nic to, że w trakcie tego „sukcesu gospodarczego” rośnie bezrobocie. Jesteśmy „zieloni” i już. 

Nie będę zaprzeczał. Rząd jest rzeczywiście zielony. W zakresie wiedzy ekonomicznej. Bowiem wzrost PKB ładnie brzmi, ale bez uwzględnienia czynników które ten wzrost spowodowały, wcale nie odzwierciedla stanu gospodarki, nie mówiąc niczego o dobrobycie społeczeństwa. W realiach III RP już samo powoływanie się na wskaźnik PKB jest cokolwiek przewrotne, gdyż to, że składamy do kupy cudze zabawki (ogromna część naszej gospodarki) i kupujemy bez opamiętania importowany chłam przekłada się znacząco na statystyczny wzrost PKB, ale na dochody państwa i społeczeństwa wpływa tylko w stopniu minimalnym. Rząd, poza zdzieraniem ostatniej koszuli z grzbietu obywateli (podatki i haracze indywidualne), otrzymuje kasę prawie wyłącznie z VAT i fiskalnych obciążeń podnoszących koszty pracy. To jeden z powodów dla którego Tusk musiał podnieść podatki w czasie „dynamicznego rozwoju kraju”. Kolejny, to powszechnie używana w dzisiejszej statystyce optymistyczna wersja definicji rozwoju gospodarczego. Obecnie wszyscy ekonomiczni spece stosują zasadę, że rozwój rzędu 2.0% rocznie, a średnio w takim tempie rozwijała się gospodarka III RP przez ostatnie dwadzieścia kilka lat, jest znakomity. Tymczasem stara dobra ekonomia twierdziła, że rozwój na poziomie 3.0 % zapewnia gospodarce zaledwie reprodukcję prostą.

Z punktu widzenia najemnej siły roboczej, czyli większości Polaków, nawet taki wzrost jest bezwartościowy, gdyż praktycznie nie buduje nowych miejsc pracy. Żadne nowoczesne ekonomiczne hocki – klocki, które notabene pojawiły się dopiero wtedy gdy wysokorozwinięte kraje kapitalistyczne nie były w stanie przekroczyć bariery 3.0% bez pakowania gospodarki w jakąś spekulacyjną bankę, nie są w stanie podważyć tej starej zasady. Dotyczy to zarówno krajów rozwiniętych jak zacofańców, którzy je gonią. Spostrzegamy to bez wysiłku w III RP, gdyż gospodarka „zielonej wyspy” nie tylko uniknęła recesji, ale podobno wspaniale się rozwija, a bezrobocie rośnie i to pomimo zmniejszania się liczby ludności i eksportu siły roboczej do EU. Aż strach pomyśleć co by się wyprawiało, gdyby kraj dopadł kataklizm kolejnego wyżu demograficznego. Na szczęście dla rządu, harujące za grosze społeczeństwo nie ma ochoty, a może nawet siły, na prokreację. Wróćmy jednak do tematu.

 

      Statystyczna zieleń wyspy nie zmieniła koloru w czasie światowej recesji nie dzięki Tuskowi, ale głównie z powodu szczęśliwego zbiegu okoliczności. Nasz niedorozwinięty sektor bankowy, który żył przede wszystkim z pożyczek konsumenckich, a malutko pożyczał na rozwój przedsiębiorstw i dość niechętnie na zakup nieruchomości, nie biorąc przy tym udziału w spekulacji papierami bezwartościowymi, przeżył zapaść światowego systemu bankowego niemal bez zadraśnięcia. Niedorozwój bankowości ochronił Polskę przed głębokim kryzysem. Przed spadkiem wartości złotego i automatycznym wzrostem zadłużenia nas to nie uchroniło, ale słabsza waluta wspomogła gospodarkę. Składany w naszym kraju wszelaki chłam stał się tańszy i wzrósł jego eksport. Zwłaszcza po tym, gdy bogate kraje UE zaczęły dotować zakup nowych aut przez swoich obywateli, w celu ratowania przemysłu motoryzacyjnego. Nie była to więc siła i odporność na recesję polskiej gospodarki, jak oficjalnie głosił rząd. Wobec tego, co takiego utrzymuje nas nadal na statystycznej zielonej fali gdy reszta Europy ledwo dycha?

            Zajrzyjmy nieco pod podszewkę oświadczeń rządu, według których nasza gospodarka rozwija się tak wspaniale dzięki inwestycjom i popytowi wewnętrznemu. Kolejne bałamuctwo? Niekoniecznie. Tyle, że rząd sprytnie nie rozwija tych tematów. Tymczasem gros inwestycji był związany z Euro 2012 i dofinansowywany przez UE. Po zakończeniu mistrzostw źródełko z pieniędzmi szybko wysycha, tym bardziej, że wykorzystaliśmy również blisko 75% przeznaczonych dla Polski do roku 2015 unijnych dopłat do innych celów. To podstawowa przyczyna dla której Tusk walczył (naprawdę należałoby to nazwać żebraniną) jak „lew” o utrzymanie, obiecanych jeszcze przed kryzysem, wysokości dopłat z Unii na kolejne lata. Bez tych pieniędzy moglibyśmy zapomnieć o jakichkolwiek rządowych inwestycjach przez najbliższe kilka lat. Jednak nawet gromko chwalony sukces władców w pozyskaniu nowych środków unijnych może nie przynieść oczekiwanych rezultatów, ponieważ musimy skądś wygrzebać wymagany do realizacji wielu projektów wkład własny, a z tym nie będzie lekko. Trudno bowiem uważać pozyskanie tych środków przez emisję obligacji, czyli kolejną falę zadłużania kraju, za jakiekolwiek rozwiązanie problemu. Zwłaszcza, że w ciągu ponad czterech lat słodkiego nieróbstwa, rząd Tuska nie zaniedbał zadłużenia „zielonej wyspy” o kolejne 350 miliardów złotych i musiał się posunąć do sztuczek księgowych i „modyfikacji” OFE, aby ukryć prawdziwe zadłużenie, które już pokonało „nieprzekraczalne” konstytucyjne progi. Brak możliwości dalszych kreatywnych manipulacji, zmusił Tuska do (bezmyślnie zaakceptowanego przez Sejm) ustawowego przesunięcia progu zadłużenia. Wygląda na to, że w obecnej sytuacji rząd będzie miał duże trudności ze znalezieniem środków na dokończenie rozgrzebanej infrastruktury, gdyż już wyrzucił część miejskich obwodnic z harmonogramu budowy dróg. Tak zdecydowane ograniczenia inwestycji przełożą się niewątpliwie na kolejny znaczny wzrost bezrobocia.

       Powstaje pytanie czy najsilniejsza jak dotąd lokomotywa polskiej gospodarki, czyli popyt wewnętrzny, również nie dostanie wkrótce zadyszki? Gdy spojrzymy na to skąd pochodzą pieniądze utrzymujące przez lata wysoki popyt, wydaje się to wysoce prawdopodobne. Bo chyba nikt nie wierzy, że nieustający szturm na sklepy nakręcają oscylujące wokół minimalnej pensji zarobki większości społeczeństwa. Prawdopodobnie najważniejszym źródłem tych środków jest emigracja zarobkowa. Za chlebem wyjechało z III RP ponad dwa miliony ludzi. Blisko dwie trzecie tej liczby to emigracja w założeniach czasowa, czyli ludzie, którzy mieszkając w koszmarnych warunkach, ciułają każdy zarobiony grosz i ślą go do kraju aby wesprzeć rodzinę, przeżyć resztę roku gdy sezon zbieracki czegoś tam minie, albo odkładają na własny biznesik. Reszta, która wyjechała całymi rodzinami z zamiarem pozostania na obczyźnie, też wspiera rodziców i rodzeństwo w kraju. Razem są to miliardy powodujące uśmiech na buźkach handlarzy chłamem. Następne źródełko to kredyty. Głównie konsumenckie. Polskie przysłowie – zastaw się a postaw się – jest stosowane w praktyce przez tych, których nie stać na rozrzutność. Plazma, czy nowoczesna komóra musi być natychmiast, choć kasy na nią nie ma. Bowiem nie to kim jesteś, ale to co posiadasz jest dzisiaj wyznacznikiem człowieczeństwa. Nie można oczywiście zapominać o zarobkach jako przyczynie popytu, ale te idą głównie na podstawowe potrzeby i pokrycie wydatków stałych. Wszystkie trzy źródełka zaczynają pomalutku wysychać. Emigranci w przedłużającym się kryzysie zaczynają zarabiać i wysyłać mniej, lub po utracie zatrudnienia decydują się na choćby czasowy powrót i zaczynają zaciskać pasa z powodu braku bieżących dochodów. Dodatkowo, notoryczny brak nowych miejsc pracy w polskiej gospodarce powoduje, że duża grupa czasowych emigrantów decyduje się na zmianę statusu i moszcząc własne gniazdko na obczyźnie zmniejsza znacząco wspieranie rodziny. Rosnące bezrobocie i cięcia wydatków socjalnych w kraju także zmniejszają ilość pieniędzy na rynku. Słabnący popyt wewnętrzny, w połączeniu z inflacją i przewidywanym kilkuletnim zastojem w bogatych krajach UE, czyli zmniejszonym eksportem i ograniczeniem inwestycji, wkrótce doprowadzi do zżółknięcia zieleni. Już teraz przeciętny obserwator rządowych posunięć ma spore zamieszanie w głowie, gdyż wbrew własnej propagandzie o rozwoju, na „zielonej wyspie” podejmuje się działania antykryzysowe, które ograniczają się jedynie do zaciskania pasa, a to prowadzi tylko do hamowania gospodarki. Inaczej mówiąc rząd chce doprowadzić do recesji aby uratować rozwój. Tak rządzą nasi mędrcy. Minie czasu mało wiele a mit wspaniałości polskiej gospodarki oficjalnie legnie w gruzach.