Balcerowicz musi odejść !!!

           Gdy „największy ekonomiczny guru” współczesnego świata uruchamiał w kraju nad Wisłą zmałpowany z USA licznik zadłużenia, powiało groteską. Oto człowiek, dzięki któremu ten zegar zaczął tykać i który swoją działalnością doprowadził do powstania lwiej części zadłużenia, uruchomił galopujące cyferki, które w założeniach mają oskarżać wyłącznie jego następców o katastrofalny stan finansów III RP. Media to kupiły i prof. Balcerowicz powraca co kilka tygodni w aureoli reformatora gospodarki. Jego wypowiedzi są traktowane przez media niemal jak prawdy objawione, którym obecni kierownicy gospodarki powinni się bezwzględnie podporządkować. Czy dziennikarze naprawdę do tej pory wierzą, że „Plan Balcerowicza” był korzystny dla kraju lub jego mieszkańców?         Przecież nawet nazwa tego mitu jest nieprawidłowa, gdyż to nie był plan opracowany przez niego tylko przez duet Sachs – Soros i powinien być nazwany ich imieniem. Niewiele osób wie, że Balcerowicz stał się zwolennikiem „wolnego rynku” dopiero w okresie stanu wojennego. Gdy był doradcą ruchu społecznego „Solidarność ” usilnie promował powstanie samorządów robotniczych, które miały zostać  dopuszczone do współzarządzania zakładami pracy. Te jego idee były powszechnie znane uczestnikom ruchu społecznego i zapewne dlatego społeczeństwo nie mogło uwierzyć, że po otrzymaniu stołka, do którego nie był wcale pierwszym kandydatem „naszego rządu”, zacznie działać na szkodę robotników. Niestety nasz „guru” zdradził idee „Solidarności” bez wahania i skrupułów został posłusznym wykonawcą projektu hien zachodniego biznesu, który doprowadził do gospodarczego ubezwłasnowolnienia kraju. Jego realizacja spowodowała, że Polacy zamiast osiągnąć poziom życia Niemców po zaledwie pięciu latach wyrzeczeń, jak obiecywał Balcerowicz, stali się we własnym kraju tanią najemną siłą roboczą dla obcego kapitału, a kolejne rządy, czerpiąc dochody niemal wyłącznie z podatków od mizernych płac i handlu, musiały się zadłużyć na kwotę ponad 900 mld złotych.                      Źle napisałem. Zadłużyły obywateli, gdyż to oni będą ponosić przez wiele pokoleń wszelkie koszty związane z dziurą budżetową. Kłania się Grecja, Cypr, Portugalia i Hiszpania.  Tymczasem Balcerowicz, którego po wykonaniu haniebnego zadania nawet jego zachodni mocodawcy nie chcieli obdarować żadną lukratywną posadką, usiłuje po raz kolejny wrócić do sfer rządowych w niezasłużonej niczym chwale i dokończyć dzieła zniszczenia.            

                 Nasuwa się pytanie czy media, które ponownie powtarzają za największym szkodnikiem gospodarczym III RP baśń o „wolnym rynku”, są zgodnie z nazwą krajowe? Chyba nie, gdyż dotychczasowa działalność prof. Balcerowicza dowodzi, że „guru” albo nie ma pojęcia o ekonomii, albo świadomie działał na szkodę państwa i narodu. W obu wypadkach nie powinien mieć co najmniej dostępu do środków masowego przekazu. Natomiast kreowanie go na ekonomicznego eksperta zakrawa na gospodarczą dywersję.  Bowiem jedynym prawdziwym osiągnięciem Balcerowicza było wykorzystanie zamieszania w kraju (które w dużej części sam spowodował) – hiperinflacja, gwałtowne zubożenie społeczeństwa, katastrofalne bezrobocie – do zastosowania doktryny szoku: wszystkiemu jest winna przestarzała komunistyczna gospodarka i jeżeli natychmiast nie zlikwidujemy wszystkich barier dla zagranicznych inwestorów, a jeszcze lepiej nie rozwiniemy im czerwonego dywanu, to nigdy nie wyjdziemy z zapaści. Tymczasem gdyby Balcerowicz przeprowadził prywatyzację w sposób korzystny dla państwa, a nie rozdał polskich zakładów za (jak szacują niektórzy ekonomiści) 10% ich rzeczywistej wartości, to Polska przy tych samych nieudolnych rządach władców III RP nie tylko nie byłaby dzisiaj zadłużona, ale posiadałaby kilkadziesiąt miliardów zł w zapasie.            

         Oto zaledwie kilka innych „perełek” z działalności naszego speca, które napchały kieszenie zachodnim „inwestorom” a Polaków doprowadziły do nędzy. Nasz ekonomiczny geniusz zamroził na 18 miesięcy kurs dolara akurat wtedy gdy oprocentowanie wkładów złotówkowych w bankach wynosiło 90% rocznie. Takie administracyjne pociągniecie naruszało w sposób rażący zasady „wolnego rynku”, które do dzisiaj promuje „guru”, ale Zachód nie protestował, gdyż dzięki temu spekulanci walutowi uzyskali dla swoich „zielonych” ulokowanych w polskich bankach stopę zwrotu przekraczającą 150% w skali roku. Zapłacił polski podatnik. Ten ukłon w stronę spekulantów naszemu „geniuszowi” nie wystarczył. Po wymianie złotówki, przy kursie 4 zł za dolara, wyemitował złotówkowe obligacje skarbowe, płacące 15% w skali rocznej, aby za uzyskane pieniądze kupić warte 30 mld dolarów obligacje USA o zwrocie ok. 2% rocznie. Czysta strata Polski w wys. blisko 100 mld zł została zaksięgowana jako straty NBP. Kolejnym majstersztykiem walutowym było przejście w rozliczeniach zagranicznych z Dolara na Euro natychmiast po wprowadzeniu tej waluty do obiegu po kursie życzeniowym. Bez czekania jak rynek przyjmie nową walutę. Gdy notowania Euro spadły do 89 centów US$ straciliśmy kolejne 60 mld zł. Wyraźnie, według Balcerowicza, „magiczna rąsia wolnego rynku” nie potrzebowała pomocy polskich pieniędzy aby rozwijać krajową gospodarkę skoro lekką ręką wyrzucał powierzoną mu kasę w błoto. Gdy wreszcie (po chwilowym odsunięciu „guru” w cień) zdewastowana jego polityką i procesem „transformacji” gospodarka ruszyła nieco do przodu, usiłując wrócić do poziomu „kryzysowych lat” późnego Gierka, pozwolono Balcerowiczowi na drugie podejście. „Guru” natychmiast uznał, że to dzięki kłodom jakie rzucał jej poprzednio pod nogi rozgrzała się do czerwoności i należy ją schłodzić. Takiego „błędu” nie popełniłby żaden student ekonomii, gdyż wbito mu do łba, że wysoki procentowo rozwój kraju, nie niosący ze sobą inflacji, nie jest sam w sobie powodem do działań ograniczających tempo wzrostu. Przykład? Chiny. Jednak Balcerowicz zastosował niezwykle popularną wśród polityków zasadę, że jeżeli fakty czemuś przeczą to tym gorzej dla faktów i poniósł stopy procentowe tak wysoko, że udało mu się zdusić kuśtykającą gospodarkę i doprowadzić do recesji. Nie można bowiem inaczej nazwać jednoprocentowego rozwoju gospodarczego III RP w czasie, gdy gwałtowny rozwój technologii informatycznych właśnie zaczął „zagotowywać” światową gospodarkę. Dzięki IT gospodarka USA (ulubieńca naszych polityków) rozwijała się w końcówce dekady w tempie 5,6% rocznie, a mimo to tamtejszym rządowym specom nie przyszło nawet do głowy aby ją schładzać. Co więcej, nawet wydawałoby się poważni amerykańscy ekonomiści zaczęli wtenczas wmawiać światu, że dzięki internetowi skończyła się era kryzysów i odtąd czeka nas kraina wiecznej szczęśliwości, w której również wysokorozwinięte ekonomie będą mogły rosnąć nieprzerwanie w tempie 5% rocznie, a zjawisko recesji już nigdy się nie pojawi. Balcerowicz był głuchy na argumenty ekonomicznych autorytetów, którym dotychczas ślepo wierzył. Żeby było śmieszniej, gdy w USA podniesiono znacznie i zbyt nerwowo stopy procentowe, aby nie tyle schładzać gospodarkę ile ukrócić gwałtowny wzrost płac związany z minimalnym bezrobociem, bo to niepotrzebnie podnosiło koszty zachłannym kapitalistom, efekt był ten sam ale na większą skalę. Wprawdzie zahamowanie dopływu taniego pieniądza uderzyło początkowo głównie w spekulantów, ale gwałtowna ucieczka pieniędzy z giełdy przekłuła internetową bańkę doprowadzając do światowej recesji.

           Przytoczyłem tylko te przykłady, gdyż jako profesor ekonomii Balcerowicz musiał wiedzieć, że jest to działalność szkodliwa dla gospodarki. Będąc teoretykiem mógł mieć trudności z prawidłową wyceną wartości polskich przedsiębiorstw i gałęzi produkcji, które sprezentował zagranicznym „inwestorom”. Jednak to nie może być dla niego żadnym usprawiedliwieniem, gdyż powinien się w tym celu posłużyć znawcami tematu z kraju lub zagranicy.  Jeżeli zbyt wybujałe ego mu na to nie pozwalało, to na upartego mógł tyko rzucać okiem na zagraniczne periodyki, w których większość zachodnich speców od ekonomii szacowała (na początku transformacji) wartość niechcianych przez naszych władców „zacofanych” zakładów PRL na kwotę co najmniej 900 miliardów (dzisiejszych) złotych. To jest, gdyby chciał działać dla dobra gospodarki kraju. Być może nasi nieopierzeni jeszcze władcy, do grona których należał „guru”, zostali bez trudu „wydudkani” przez doświadczone hieny kapitalizmu, ale przecież te szacunki nie były tajemnicą, a przepaść pomiędzy zachodnią wyceną polskich przedsiębiorstw a pieniędzmi jakie „zarobili na prywatyzacji”, wyraźnie świadczy o tym, że nawet nie próbowali się targować o dobro społeczne. Mediom wyraźnie dobro kraju też nie leży na sercu, gdyż zamiast powtarzać słuszne hasło „Balcerowicz musi (wreszcie) odejść” co kilka tygodni usilnie lansują szkodnika.