Transformacja czy rabunek ?

         Wprawdzie Pan Przewodniczący/Prezydent Wałęsa po raz kolejny nie dotrzymał danego słowa, ale przez chwilę zrobiło się zabawnie, gdy zaledwie kilka dni po moim wpisie na temat Okrągłego Stołu oświadczył, że nie weźmie udziału w fetowaniu 25 rocznicy Czwartego Czerwca, gdyż jest to data uzyskania przez Polaków jedynie częściowej wolności i trzeba poszukać innej daty do świętowania. Tą wypowiedzią niejako potwierdził prawidłowość mojej oceny, ale jednocześnie narzuca się pytanie czy ta poszukiwana data jest już historyczna, czy może Wałęsa jednak nie obalił komuny i dzień wolności dopiero nadejdzie? Jeszcze ostrzej wypowiedział się twórca „Solidarności Walczącej” Kornel Morawiecki, który podobnie jak ja uważa, że Okrągły Stół urządził jedynie osoby przy nim zasiadające. Po tej dywagacji wracam do mitów.

 

             Komusza „WRON – a” i opozycyjne „Sokoły” nie dopuściły „Orłów Narodu” nawet do okruszków tortu. Te zostawiły dla swoich kolesi i pociotków. Przechrzczone na nową lewicę „komuchy” i opozycjoniści z górnych półek poszli w politykę. Niektórzy z nich, zainteresowani bardziej szybką kasą niż władzą, zostali prezesami państwowych spółek lub „biznesmenami”, którzy uwłaszczyli się na dorobku narodowym. Związkowych szefów w dużych zakładach pracy obdarowano przywilejami, aby zbytnio nie podskakiwali dawnym kolegom, czyli w niedługim czasie nowej władzy. Gdy niedawno odważyli się o tym zapomnieć i zechcieli wreszcie nieśmiało stanąć po stronie siły roboczej, krytykując ustawę pozbawiającą pracowników kolejnych praw i cofającą ochronę polskiej najemnej siły roboczej do ponurych lat XIX – wiecznego kapitalizmu, Tusk natychmiast zagroził im likwidacją źródełka pieniędzy. Dla społeczeństwa, które ten tort w pocie czoła wytworzyło, nie zostało nic.

          Z wrodzonym sobie humorem, „styropianowi bojownicy o kapitalizm” nazywają „dynamiczny rozwój” kraju, który spowodował jego spadek w rankingu światowym   z 23 miejsca w roku 89 (gospodarka zdewastowana rządami Jaruzelskiego) na 33 w 2013 (The Economist), wzrost ilości obywateli żyjących w biedzie z 5% w roku 89 do 40% obecnie (przy czym według GUS ponad 1/4 obecnych biedaków wegetuje poniżej minimum biologicznego – zjawisko nieznane za PRL ), zmuszenie blisko trzech milionów ludzi do emigracji za chlebem, gdyż w wolnej Polsce nie byli w stanie znaleźć zatrudnienia nawet za żałosną płacę minimalną, likwidację rodzimego przemysłu i innowacyjności, wysokie bezrobocie, katastrofalny stan krajowej infrastruktury, szkolnictwa i służby zdrowia, oraz spowodowanie kryzysu demograficznego – cudem gospodarczym III RP.

       Jest to jedyny z omawianych przeze mnie mitów, o którym większość czytelników nie należących do grupy „Sokołów” zapewne powie – wiemy że to mit, nie musisz się wysilać. Jednak zadziwiająco dużo Polaków wierzy w tę namolną propagandę. Od czasu do czasu, nawet poważne pisma ekonomiczne jak Financial Times i Wall Street Journal chwalą osiągnięcia polskiej gospodarki. Przy ogromnym doświadczeniu swoich dziennikarzy nie powinny się zbytnio mylić w ocenach. A jednak polska specyfika, której nie pojmują i opieranie się na oficjalnych (często zmanipulowanych) statystykach, wyprowadza ich co i rusz w pole. Właśnie dla tych „niezorientowanych” i zbałamuconych zamieszczam kilka przykładów „polskiego cudu gospodarczego 25 – lecia” by pokazać, że to co wyprawiają współczesne media jest gorsze od gierkowskiej propagandy sukcesu.

 

             Gdy wreszcie efekt domina, z dużym opóźnieniem w stosunku do pozostałych „demoludów”, pozwolił zagarnąć niemal pełnię władzy rodzimym „pogromcom komuny”, społeczeństwo mogło słusznie oczekiwać, że zgodnie z duchem „Solidarności” będzie partycypować w smakowaniu owoców zwycięstwa. Przecież, gdy dzięki niespodziewanemu uśmiechowi losu „pogromcy komuny” zostali (wbrew intencjom Generała) niemal niepodzielnymi panami koryta, już nic nie stało na przeszkodzie aby podjęli działania w interesie społeczeństwa, czyli naprawę i rozwój zdewastowanej przez Jaruzelskiego i jego komisarzy gospodarki kraju. W końcu III RP to nie jest prywatne poletko „nowych elit”. Jako „wybrańcy narodu”, którym powierzono jedynie kierowanie krajem, a nie oddano go na własność, powinni byli zadbać o rozwój ekonomiczny „wolnej” Rzeczypospolitej i dobrobyt jej mieszkańców. Według 21 Postulatów taki był cel i żądania narodu, bez względu na to w jakim ustroju gospodarczym przyszło mu żyć. Stało się coś wręcz przeciwnego.

              „Elity” zamiast zrealizować marzenia robotników o godności, dobrobycie i współrządzeniu państwem, co było prawdziwym celem ruchu społecznego „Solidarność” i zamienić dotąd państwową własność środków produkcji w społeczną, odwdzięczyły się USA za poparcie i dolary, pozwalając na grabież majątku narodowego przez zachodni kapitał. Nie podjęły jakiejkolwiek próby wprowadzenia „społecznej gospodarki rynkowej” (którą nie zmuszane przez nikogo zapisały w Konstytucji jako jedynie słuszną formę gospodarowania), choć takie przekształcenie miało w Polsce większe szanse na sukces, niż próby podejmowane wcześniej w kapitalizmie, gdyż punktem wyjścia była socjalistyczna forma gospodarowania, czyli państwowa własność większości środków produkcji. Napisałem większości, gdyż w PRL, co dla wielu młodych będzie niespodzianką, blisko 25%PKB było wypracowywane przez „prywaciarzy” zajmujących się usługami, handlem, rolnictwem i ….. tak, tak produkcją. Niestety niewdzięczne „Styropiany” też nie dały narodowi szansy na współrządzenie, którego jeszcze tak niedawno same domagały się w jego imieniu od „komuchów”.

        W kraju leżącym w Europie, gdzie popieranie własnego przemysłu, ochrona praw pracowniczych i socjalne zabezpieczenie obywateli należały, aż do bieżącego kryzysu, do podstawowych działań polityków sprawujących władzę, wprowadzono obcą europejskiej kulturze gospodarczą „wolną amerykankę”. Na dodatek bardzo mocno preferując kapitał zagraniczny. Społeczeństwu zaserwowano mit „wolnego rynku”, którego „magiczna ręka” sama rozwiąże wszelkie problemy gospodarcze. Nowym władcom musiało nie zostać nic w głowie z komuszego wykształcenia, gdyż nawet po wielu latach „dowodzenia” nie rozumieją prostego faktu, że państwo aby się nie zapożyczać musi mieć wystarczające dochody. Do tego zaś jest potrzebny eksport własnych produktów znacznie przewyższający import, albo rozsądne opodatkowanie zagranicznych firm, którym pozwolono przejąć za śmieszne grosze majątek społeczny. Czyżby byli aż takimi ignorantami, że sami uwierzyli w „magiczną łapę wolnego rynku”? Wysoce prawdopodobne, gdyż podobnie jak większość obywateli PRL, realny kapitalizm znali jedynie z hollywoodzkich produkcji lub co najwyżej zza szyb autobusów wycieczkowych. Dlatego zamiast zainwestować w restrukturyzację tego co otrzymali w spadku po PRL i zbudować własną prężną gospodarkę, oddali wszystko w ręce zachodnich „inwestorów” i „speców” od ekonomii. Ci zaś, robiąc na tym kokosy, przekształcili III RP w republikę bananową, a nie jak obiecywali nowi władcy koryta w kolejną Japonię, Irlandię i co tam jeszcze. Przebieg wykańczania wszystkich polskich zakładów pracy (również tych, które były nowocześniejsze od swoich odpowiedników na Zachodzie ) po prostu nie mieści się w rozsądnej głowie. Czy ktokolwiek z państwa naprawdę uwierzył, że nie było w Polsce ani jednego przedsiębiorstwa wartego uratowania z pogromu ? Dla „naszego rządu” cały dorobek 45 lat nie był wart funta kłaków.

            Co więcej, nie sprzedawano jedynie poszczególnych zakładów. Pozbywano się jednocześnie całych gałęzi przemysłu. Zadbano też o to aby przedsiębiorstwa, których nie udało się sprezentować zagranicznym „inwestorom”, nie mogły już nigdy podjąć produkcji. Niszczono lub pozostawiano bez zabezpieczenia na pastwę złomiarzy i szabrowników maszyny, urządzenia i hale fabryczne. Kopalnie węgla zatapiano wodą z piaskiem i utwardzaczem. Wykończono jedne z najnowocześniejszych w Europie hut i stalowni, gdyż stanowiły konkurencję dla francuskich odpowiedników. Cementownie zlikwidowano, lub sprzedano za grosze, pomimo tego, że planowano rozwój budownictwa i rozbudowę sieci drogowej, więc ze zbytem produkcji nie byłoby problemu. Cały przemysł motoryzacyjny oddano w obce ręce, zamiast rozejrzeć się za nowymi umowami licencyjnymi, albo poszukać kooperantów dla własnych projektów. Rozwinięta do niezłych rozmiarów dopiero w latach 70–tych (czyli względnie nowoczesna) flota handlowa i rybołówcza okazała się III RP niepotrzebna. Razem z nimi przepadły szlaki handlowe i łowiska. Padł przemysł zbrojeniowy i stocznie, dla których głównym kontrahentem, poza rządem PRL, byli Sowieci. Nawet po „Kolebce Solidarności”, którą co jakiś czas próbowano reanimować wyłącznie z powodów propagandowych, pozostaną wkrótce jedynie symboliczne krzyże i Brama Numer 2. Mimo tego że Rosja, dotychczas nasz największy partner gospodarczy i odbiorca wszystkiego, też zrezygnowała z komunizmu i wprowadzała „wolny rynek” nasi władcy zerwali z nią wszelkie kontakty handlowe. To wykończyło dodatkowo przemysł rolno – spożywczy. W tym Hortex, Krakus, Pudliszki i Winiary, które miały szanse konkurować także na rynkach zachodnich. Rozpoznawalne nazwy pozostały, ale właściciele to już nie polskie firmy.

     Nowoczesne rolnictwo opiera się na wielkich wyspecjalizowanych gospodarstwach. Mieliśmy własny odpowiednik, który mimo złej organizacji przynosił minimalny dochód państwu, dając przy tym zatrudnienie ludziom którzy nie chcieli żyć w mieście. Co by to było gdyby ludki z PGR– ów zechciały się unowocześnić? Konkurencja panie. Trzeba było to zagrożenie dla zagranicznych farmerów całkowicie wyeliminować.Z dnia na dzień zlikwidowano wszystkie gospodarstwa państwowe, w tym bardzo nowoczesne i dochodowe. Bez żadnej analizy ekonomicznej takiego posunięcia, nie pytając o zdanie ich pracowników (też związkowców) i nie dając im żadnych odpraw. Bez mrugnięcia powieką, „nasza władza” skazała rzesze pracowników rolnych i ich rodziny na skrajną nędzę.

           Wszystkie te posunięcia były zupełnie wbrew logice, gdyż rząd, który podobno prowadził rozdawnictwo i likwidację majątku narodowego z braku kasy i konkurencyjności polskich przedsiębiorstw, musi odtąd dopłacać do interesu wypłacając zasiłki socjalne, odprawy, wcześniejsze i pomostowe emerytury, zasiłki dla bezrobotnych i inną pomoc pięciu milionom obywateli wywalonych na bruk. Nie mówiąc już o tym, że to wcale nie zagraniczny kapitał tworzy nowe miejsca pracy.    To okradany przez „nasz rząd” polski podatnik daje pieniądze na subsydiowanie zagranicznych firm, którym nie wystarczyło przejęcie niemal za darmo naszego przemysłu. Domagają się jeszcze zwolnień podatkowych, a nawet dopłat do produkcji, czy utrzymania określonej ilości miejsc pracy. W zdecydowanej większości wypadków ich życzenia są spełniane. Stąd ogromne zadłużenie III RP, gdyż rząd faktycznie finansuje w dużej części każde nowe miejsce pracy pozornie stworzone przez światowych potentatów (krajowe firmy mogą tylko pomarzyć o podobnych subsydiach, chyba że wesprze je UE), a dochodów nie ma, gdyż zagraniczni „inwestorzy” płacą większość podatków u siebie.

             Najbardziej zadziwiające jest to, że część zakładów początkowo przetrwała totalną likwidację wszystkiego co polskie nazwaną dowcipnie „transformacją”. Niektóre nawet w tych warunkach zaczęły się ponownie rozwijać. Animatorzy przemian i na nie znaleźli sposób. Przede wszystkim pozbyli się nie wiedzieć czemu polskich banków. Trudno bowiem dać wiarę tłumaczeniom, że chodziło o unowocześnienie sektora i wprowadzenie nowych instrumentów finansowych. Aby to osiągnąć wystarczyło zatrudnić zagranicznych speców bankowości jako doradców lub dyrektorów. Następnie zakazali pozostałym polskim bankom udzielać krótkoterminowych pożyczek obrotowych polskim przedsiębiorstwom. Pokrętnym tłumaczeniem było wysokie zadłużenie tychże. To spowodowało brak pieniędzy na wypłaty, opłacenie podwykonawców i zakup surowców do produkcji. Nielicznym zakładom które przetrwały również tę szykanę, banki (zmuszone przez naszego „ekonomicznego guru”), lekceważąc zawarte umowy, zmieniły drastycznie oprocentowanie już istniejących, zaciągniętych wcześniej kredytów, albo zażądały ich natychmiastowej spłaty.

 

           Z pogromu ocalały mizerne resztki polskiej gospodarki. Wystarczyło zaledwie kilkanaście lat by „wyzwoleni spod komuszego ucisku” mieszkańcy kraju nad Wisłą, zostali sprowadzeni przez swoich byłych kolegów do roli marnie opłacanej, najemnej siły roboczej dla obcego kapitału, której znaczną część ochoczo „eksportujemy” aby poprawić statystyki bezrobocia i ograniczyć potworne zadłużenie kraju. Niemal codziennym widokiem stali się ludzie uprawiający zupełnie nieznaną za czasów PRL „turystykę karmnikową”. Publiczne śmietniki zostały nobilitowane przez obywateli dotkniętych skrajną nędzą do rangi „jadłodajni”. PRL – owski sen kmiotków o godności, dobrobycie i współgospodarzeniu krajem po raz kolejny prysł jak mydlana bańka.

 

          „Reprezentanci narodu” rozpoczynając proces transformacji powinni byli bez pośpiechu, który jak twierdzi powiedzonko jest wskazany jedynie przy łapaniu pcheł, wesprzeć finansowo te zakłady które miały szanse konkurować z zagranicznymi, wzmocnić handel wewnętrzny, lub choćby ograniczyć na kilka lat ilość obcych hipermarketów (nasze sklepy, dysponując teraz już wymienialną walutą, mogły przecież bez przeszkód importować to samo badziewie zza granicy), stworzyć giełdę kapitałową, uspołecznić zakłady pracy, albo rozdać większość akcji pracownikom „prywatyzowanych” przedsiębiorstw i dopiero wtedy pozwolić na zabawę „magicznej łapie wolnego rynku”. Tymczasem zamiast tego postanowiono pozbyć się majątku narodowego bez rzetelnej wyceny jego wartości. Na zasadzie ile kto da.

           Nasi nowi władcy wyraźnie pomylili wolny rynek z bazarem w fazie likwidacji. Opamiętanie nie przyszło nawet po tym, co stało się po zjednoczeniu Niemiec z gospodarką byłego NRD. Wpakowane w ten kraj miliardy poszły głównie na odmalowanie frontonów budynków, neony i naprawę ulic w miastach. Natomiast markowe koncerny z RFN, po przejęciu całości przemysłu, często nawet nie wysilały się na utrzymywanie swoich fili we wschodnich landach. W ten sposób miliony obywateli byłego NRD straciło pracę, a znakomicie funkcjonująca siec żłobków i przedszkoli uległa likwidacji, gdyż nie była potrzebna bezrobotnym matkom. Nawet infrastruktura teraz już Deutsche Bahn do dzisiaj nie została na wschodzie Niemiec w pełni zmodernizowana i nowoczesne wagony przemieszczają się przez część obszaru byłego NRD wolniej niż PKP u nas. Jeżeli tak postąpiły uradowane z połączenia kapitalistyczne ziomki, to czego my mogliśmy się spodziewać po szukających szybkiego zysku, obcych nam „inwestorach”? Jest co najmniej kilkanaście rozsądnych opracowań, w których proces grabieży pozostałości po PRL jest szczegółowo opisany. Ja podam tylko dwa przykłady działań rządów III RP w „interesie społecznym”:

 

         Gdy wówczas prywatyzowano, a właściwie oddawano za bezcen polski bank Pekao S.A. wraz z gotówką i klientami, uzyskano zań ok. 3 mld zł. Niedawno Skarb Państwa za ostatnie 3% posiadanych akcji tego banku, dostał blisko 1 mld 100 mln złotych. W 1992 r. koalicja rządząca chciała sprzedać KGHM za 400 mln złotych. Obecnie jest to wartość ok. 1,5 % akcji tej firmy. Podczas gdy wartość rynkowa kombinatu, mierzona kursem akcji, to ok. 29 miliardów PLN, z czego zaledwie 1/3 należy jeszcze do skarbu państwa, zysk netto KGHM tylko za rok 2011 wyniósł 10 miliardów złotych. W 2012 roku, mimo ogromnych wydatków na ekspansję zagraniczną, KGHM ciągle wykazał zysk netto w wys. 4 miliardów PLN, a w zeszłym roku ok. 9 miliardów. Czy dzisiejsi władcy wyciągnęli jakiekolwiek wnioski z przeszłości? Absolutnie nie. Co jakiś czas odżywa chęć sprzedaży KGHM, który w ciągu czterech ostatnich lat wpłacił do budżetu państwa 10 mld zł tylko z tytułu dywidendy. Co roku wpłaca też do polskiego budżetu około 4 mld zł z tytułu podatków, składek ZUS i innych opłat. Łącznie, w ciągu najbliższych kilku lat KGHM (o ile nie zostanie całkowicie sprywatyzowany) zamiast przynieść zaledwie 10 miliardów doraźnego zysku ze sprzedaży, może zasilić państwową kasę kwotą około 26 mld zł. Będzie to trzy razy tyle ile Skarb Państwa chciał uzyskać za prywatyzację w latach 2009/10 wszystkich oferowanych przedsiębiorstw. Czy sprzedaż tak dochodowego przedsiębiorstwa jest uzasadniona jakimkolwiek rachunkiem ekonomicznym? W początkowej fazie transformacji za pozbycie się 70% majątku narodowego otrzymaliśmy łącznie 83 mld zł. To mniej więcej wartość dwuletniej dziury budżetowej pana Rostowskiego. Nie wiadomo dlaczego zamiast uproszczenia przepisów, zmniejszenia biurokracji i przeprowadzenia reform gospodarczych, które ożywiłyby i wspierały rodzimą przedsiębiorczość i innowacyjność, zwiększyły eksport, zmniejszyły poprzez ograniczenie obciążeń fiskalnych rozmiary szarej strefy, rząd upiera się przy wyprzedaży resztek strategicznego przemysłu. Dochody z tej operacji nie pokryją nawet ułamka obecnego zadłużenia. Nikt za nas rachunków płacić nie będzie. Czy elity liczą na to, że dzięki konkordatowi i nieustającemu kropieniu przez księży rządowego inwentarza, bozia spojrzy wreszcie łaskawym okiem na kraj który tyle wycierpiał i ześle mannę z nieba?