Stół pełen kantów

 

             Nadeszła wreszcie pora na mit „Okrągłego Stołu”, przy którym wykantowano największy ruch społeczny współczesnego świata jakim była „Solidarność”. Jak to możliwe, że dobre kilkanaście tysięcy nieźle rozgarniętych liderów ruchu, popieranych przez blisko dziesięć milionów rozsądnych ludzi, pozwoliło garstce zachłannych oportunistów na odebranie sobie zdobyczy „Sierpnia”. Bowiem, z punktu widzenia szerokich warstw społeczeństwa, to co się stało przy „Okrągłym Stole” nie zasługuje na żadną rocznicę. Powód do radości z „Umowy Społecznej” ma jedynie grupa osobników tworzących obecny establishment. Te „elity” podziękowały milionom Polaków, bez poparcia których nigdy nie żłopałyby z koryta, kopniakiem w tyłek. Wierząca część społeczeństwa zapewne modli się o pomstę do nieba, ale na co czekają coraz liczniejsi rodacy, którzy nie liczą na życie wieczne tego nie wiem.

           Jak doszło do tego, że Jaruzelski zaproponował wybranym przez siebie opozycjonistom ochłapy z pańskiego stołu? Przecież, gdy w tajemnicy zaofiarował kawałki tortu powszechnie zwanego PRL – em członkom opozycji, nic go do takiego kroku nie zmuszało. W tym czasie ruch społecznySolidarność” był już rozbity. Byli prominenci związku mieli więcej styczności z Radiem Wolna Europa, niż z własnym społeczeństwem. Kilka tysięcy prawdziwych bojowników „podziemnej Solidarności”, próbujących rozpaczliwie podtrzymać ducha walki i legendę NSZZ, działało w głębokiej konspiracji i nie miało większego (poza informacyjnym) wpływu na wydarzenia. Większości z nich władze nie zaprosiły do stołu, podobnie jak przywódców strajków z 88 roku. Cała masa działaczy średniego szczebla, która po przewrocie wojskowym próbowała coś zdziałać, widząc narastającą apatię i brak nadziei społeczeństwa machnęła ręką i wyemigrowała. Jeżeli w tamtym okresie Generałowi groziło wykopanie ze stołka to na pewno nie przez opozycję.

         By pozbyć się dotkliwych sankcji ekonomicznych mógł ponownie zalegalizować NSZZ, bez jakichkolwiek negocjacji i ustępstw. Co więcej, sądząc po wynikach jakie osiągnął przy „stoliku”, mógłby przy okazji nieco ograniczyć prawo do strajku o każde widzimisię. Tymczasem człowiek, który zaledwie kilka lat wcześniej brutalnie zdeptał godność narodu i niemal do ostatniej chwili przed oficjalnym „nakryciem stoliczka”, broniąc uparcie status quo, traktował gazem łzawiącym i armatkami wodnymi marsze protestacyjne społeczeństwa, ni stąd ni zowąd decyduje się na taką woltę? Co go popchnęło do tego kroku?

 

          Tu trzeba spojrzeć na „Wielkiego Brata”. Pieriestrojka nie szła zbyt dobrze. Jednak skądinąd pragmatyczny „Gorbi” czemuś naiwnie wierzył, że w kraju, który od wieków nie zaznał innych rządów niż dyktatura, uda się wprowadzić pewne elementy demokracji, a jego polityka niewyobrażalnych wręcz ustępstw na rzecz Zachodu spowoduje przybliżoną reakcję drugiej strony i bardziej równorzędną współpracę gospodarczą, łącznie z dostępem do nowoczesnych technologii, co pozwoli na pomyślne dokończenie reform. Tymczasem Prezydent Reagan, pozując na kolesia Gorbaczowa, chwalił przemiany polityczne ale ani myślał wspierać finansowo i gospodarczo „Imperium Zła”. Światowa recesja, tanie surowce i koszty wojny w Afganistanie dobijały gospodarkę ZSRR. Na wszelki wypadek Gorbaczow przyzwolił służbom siłowym i członkom KC KPZR, oraz blisko powiązanym z nimi ludziom, na przywłaszczenie części majątku państwowego. Chodziło nie tylko o utrzymanie całkowitej kontroli nad „reformowaną” gospodarką. W razie niepowodzenia pieriestrojki Gorbaczow chciał zapewnić sobie poparcie obdarowanych. Był tylko jeden szkopuł. Pominięta w rozdawnictwie raczkująca rosyjska opozycja prędzej czy później wystąpiłaby przeciw rosnącym niesamowicie majątkom komunistycznych oficjeli. Wariant rozprawy siłowej nie wchodził w grę ze względu na nieuniknione sankcje ekonomiczne, które mogłyby ostatecznie rozłożyć sowiecką gospodarkę. Czyli konieczne było stworzenie złudzenia udziału opozycji we władzach. Tylko jak to zrobić w zamordystycznym kraju, gdzie carów dziedzicznych i samozwańczych zastąpili równie brutalni i wszechwładni carowie komunistyczni? Ale od czego sojusznicy, mający już nieco doświadczenia w przepychankach z legalną opozycją?

 

        PRL znakomicie nadawał się do eksperymentu z pozorowaną demokracją. W razie powodzenia można by ją przeszczepić wszystkim „demoludom”. Zanim miły czytelniku pękniesz ze śmiechu oceniając podany przeze mnie powód „Okrągłego Stołu” jako idiotyczny, spójrz na fakty.

        Jaruzelski na rozdawanie kart według scenariusza który zrealizował, musiał mieć co najmniej zgodę, jeżeli nie nakaz Kremla. Gdyby ktoś twierdził inaczej to znaczyłoby, że „komuszy” PRL był suwerennym państwem prowadzącym niezależną politykę. Jednakże w ówczesnej polskiej rzeczywistości, nawet dyktator Jaruzelski nie mógł marzyć o rozdaniu całości majątku komuchom, jak to robił Gorbaczow. Musiał zaproponować choćby skrawki tortu szefom opozycji i stronie kościelnej (w zamian za łagodzenie nastrojów społecznych ), by uzyskać ich zgodę na ograbienie społeczeństwa. Zmarginalizowani liderzy i doradcy „Solidarności”, którzy tęsknili do życia ponad prawem i splendorów jakich zasmakowali przez kilkanaście miesięcy, zdali sobie sprawę, że jedyną drogą powrotu na świeczniki jest akceptacja oferty dyktatora. Rozbity ruch społeczny nie zapewniał im poparcia wystarczającego do stawiania zbyt wygórowanych roszczeń. Potwierdziło się to po reaktywowaniu „Solidarności”, gdy usilnie „wybudzany” Związek przepoczwarzył się w jedną z wielu central ruchu zawodowego i już nigdy nie powrócił do rozmiarów (obecnie ok. 700 tys. członków), waleczności, ani ideałów poprzednika. Sytuacja gospodarcza była katastrofalna, ale nadal wszyscy chętni mieli pracę. Po ustawie Wilczka „prywaciarze” otwierali sklepy i sprzedawali towary z importu. Drogie, ale początkowo cóż to znaczyło przy „nawisie inflacyjnym” zalegającym materace. Więcej. Pojawił się zagraniczny hipermarket, w którym wszystkie towary, z przetworami mięsnymi włącznie, można było kupować – o zgrozo! – bez kartek. Bogatsza część społeczeństwa zaczęła odzyskiwać dobry nastrój. Nic, poza sterowanym lub nadzorowanym z Kremla eksperymentem z „limitowaną demokracją”, nie zmuszało Jaruzelskiego do „Okrągłego Stołu”. Jeszcze jesteś sceptyczny czytelniku? Spójrz na okrzyczane jako zwycięstwo opozycji wyniki rozmów przy „Okrąglaku”. To najlepszy dowód jak bardzo świadomi swojej słabiutkiej pozycji w negocjacjach byli „niezłomni wrogowie komunizmu” zaproszeni do stolika :

                    Układowy Prezydent – komuch bez cienia wątpliwości – Wojciech Jaruzelski. W pozorowanej demokracji nie mógł już jak dotąd samotnie nieść na barkach ciężaru rządzenia, więc „zwycięscy obalacze” wyrazili zgodę aby pierwszym Premierem rządu „wolnej Rzeczypospolitej” został szef Służby Bezpieczeństwa w PRL Czesław Kiszczak. Bez kozery komuch najwyższego kalibru. Ze względu na to, że podobnie jak jego mocodawca, miał ręce zbrukane robotniczą krwią nie udało mu się utworzyć gabinetu, ale to nie zasługa opozycji zasiadającej przy stole, która przyklepała jego kandydaturę. Zakontraktowane wybory do Sejmu z przydziałem jedynie 35% miejsc dla opozycji. Ta liczba jest ważna ze względu na największe osiągnięcie „przeciwników komuny” czyli wygranie uwolnionych umową wyborów do Senatu. Zasiedli w nim niemal wyłącznie członkowie opozycji. Tyle, że w procesie rządzenia nie ma to do dzisiaj żadnego znaczenia. Odgrzanie tradycyjnego tworu i „uwolnienie wyborów” do niego było tylko zasłoną dymną dla maluczkich. Bowiem w III RP Sejm zwykłą większością, czyli 60% głosów, może wyrzucić wszystkie pomysły Senatu do kosza. Nie mówiąc już o tym, że Prezydent (wtedy Jaruzelski) posiadając prawo veta ma w praktyce te same uprawnienia. Jak wobec tego „zwycięska opozycja”, która przy okrągłym meblu podobno „obaliła komunę”, chciała rządzić? Przyznając „wrednym komuchom” 65% głosów w Sejmie pozwalających im na samodzielne zatwierdzanie lub odrzucanie ustaw? Przecież tylko proces legislacyjny mógł zapewnić pokojową zmianę ustroju, co według oficjalnego mitu wywalczono przy sławetnym meblu. Gdyby rzeczywiście „Układ przy Okrąglaku” był „obaleniem komuny” to proporcje przydziałowych stołków w Sejmie powinny być co najmniej odwrotne.

        Chyba dość wyraźnie pokazałem, że „reprezentanci narodu” zadbali tylko o własne interesy. Za dostęp do koryta, bez mrugnięcia powieką sprzedali miliony członków „Solidarności”, którym zawdzięczali swoje stanowiska i w konsekwencji miejsca przy stoliczku. Gdyby ruch społecznySolidarność” otrzymał 35% miejsc w Sejmie PRL na początku dekady byłby to niewyobrażalny sukces. Zmuszenie władców do otwartej polemiki z opozycją na forum Parlamentu nie miało precedensu w państwie totalitarnym. Natomiast zawarty po spacyfikowaniu opozycji „Układ Społeczny Okrągłego Stołu” – pomiędzy wybranymi przez Jaruzelskiego „reprezentantami narodu” a PZPR – był już tylko eksperymentalnym modelemnowej demokracji socjalistycznej”, a nie obaleniem komuny. Ktokolwiek używający rozumu bez trudu zauważył ten kant. To dlatego frekwencja na „najważniejszych wyborach w PRL” wyniosła tylko nieco ponad 60%. O drugiej turze (ze zmienioną naprędce przez „komuchów” ordynacją wyborczą, której „obalacze” nawet nie oprotestowali), wstyd wspominać. Kraje demokratyczne też nie dały się oszukać. Nie jest dziełem przypadku, że za koniec komunizmu przyjmuje się na świecie upadek Muru Berlińskiego a nie Czwarty dzień Czerwca. Ta data bowiem to nic innego jak zdrada ideałów ruchu społecznegoSolidarność” i jego uczestników przez prominentów opozycji i przedstawicieli kościoła, oraz wyrażenie przez nich zgody (w zamian za osobiste korzyści ) na stworzenie pozorów demokracji, przy całkowitym utrzymaniu władzy przez „komuchów”.

         Obecnie obowiązująca w III RP Konstytucja została uchwalona dopiero w 1997 roku, czyli osiem lat po „obaleniu komuny”. Wcale nie dlatego, że jest to dokument na miarę Konstytucji 3–go Maja i wymagał ogromnego intelektualnego wysiłku. Po prostu dopiero wtedy wpływ „komuchów” na wydarzenia w Polsce został wystarczająco zmarginalizowany. Mam tutaj na myśli ideową lewicę, dla której sprawiedliwość społeczna – zapisana w Artykule drugim Konstytucji III RP – nie była tylko pustym słowem. Bowiem będącą wtedy u władzy „nową lewicę” można przyrównać do marionetek Bieruta. Przez lata wyciera sobie gębę hasłami, których wcale nie zamierza wcielać w życie. Gdyby sytuacja rozwinęła się zgodnie z „komuszym” planem to „okrągłostołowi pogromcy komuny” godząc się na taki układ dodatkowo osłabiali przyszłą legalną opozycję. Przecież pozornie dostała ona udział we władzy, czyli nie bardzo mogła nawoływać do strajków i protestów. Piękne zwycięstwo. Jednak „reprezentanci narodu” ubijając osobiste interesy przy sławetnym meblu, świadomie przyłożyli rękę do tego kantu. Na dodatek, bez najmniejszych oporów wzięli udział w grabieży majątku wypracowanego przez naród w ciągu czterdziestu pięciu lat. Rąsia w rąsię z „komuchami”. Jeżeli jeszcze nie przejrzałeś na oczy czytelniku, to przerzuć szybciutko skład pierwszego w III RP „naszego rządu” Tadeusza Mazowieckiego. Większość kluczowych pozycji została obsadzona przez „komuchów”, których przecież według obowiązującego mitu obalono ponad dwa miesiące przed jego zatwierdzeniem.

Zawsze bawi mnie przypominanie przez polskie “elity”, że to przykład „Okrągłego Stołu” doprowadził do upadku komunizmu w całym bloku. Bowiem takie stwierdzenie jest półprawdą. Nie tyle stół, czy jego wyniki, których realnym osiągnięciem była jedynie możliwość bezpośredniego prezentowania stanowiska opozycji na forum Parlamentu bez żadnych możliwości zatwierdzania ustaw, co stwarzało jedynie pozory podziału władzy, ile oświadczenia jakie padły po podpisaniu „Umowy Społecznej” spowodowały lawinę. Ogłoszenie przez prominentów opozycji „wiekopomnego zwycięstwa nad komuną” dopiero na skutek późniejszych wydarzeń sprytnie wykorzystano do zbudowania mitu „obalenia komuny” przy stoliku. Wtenczas było ono jedynie wyrazem uciechy opozycji z zawarcia układu i ze zdobycia niemal wszystkich przydziałowych miejsc w Parlamencie. Dzięki tej wygranej pokazali Jaruzelskiemu, że utrzymali pewne wpływy i zasłużyli na otrzymane kawałki tortu. Ponadto ładnie zagrana euforia odwróciła uwagę społeczeństwa od oszukańczego układu. Tak też (jako nieco przesadzony wyraz radości opozycjonistów z otrzymanego odkomuchówprzywileju zasiadania w Parlamencie) zrozumieli to oświadczenie przywódcy „demoludów”. Właśnie dlatego Gorbaczow, który na swoje nieszczęście nie pojął niebezpieczeństwa wieloznaczności tak sformułowanej wypowiedzi, popełnił kardynalny błąd. Zamiast posłużyć się zwyczajową formułką, że z troską i niepokojem obserwuje wydarzenia w Polsce, ogłosił, że nie będzie się wtrącał w polskie sprawy. Mieszkańcy „demoludów” odebrali to jako przyzwolenie na zmiany. Jeżeli Polacy mogli bezkarnie głosić, że „zwyciężyli z komuną” to im „Wielki Brat” też nic nie zrobi. Gdyby nie doszło do zupełnie nieprzewidzianego przez Gorbaczowa rozsypania się bloku, prawdopodobnie atrapa demokracji wypracowana w PRL przyOkrągłym Stole” działałaby do dzisiaj. Dlaczego tak przypuszczam? Otóż, gdy praktycznie wszystkie inne kraje bloku wschodniego odsunęły, nieraz dość brutalnie, „komuchów” od władzy, u nas „honorowo” dotrzymano „Umowy Społecznej”. Nie jestem żądny krwi i wcale nie uważam, że komuniści to dobra ozdoba drzew. Niemniej „pogromcy komuny” powinni byli skorzystać z przykładu „braci w poniewierce” i zrewidować porozumienia, które zawarli w zupełnie innym klimacie politycznym. Jednak zamiast zdecydowanie odsunąć komunistów od rządzenia, woleli metodę grubej kreski. Mało tego, nie zawahali się bronic układu zkomuchamina „nocnej zmianie”. Z jakiegoś powodu naród nie usłyszał ironicznego chichotu historii, gdy „pogromcy komuchów” zapewnili im bezkarność dokładnie w trzecią rocznicę ich „obalenia”.

           Dopiero tutaj jest właściwe miejsce na pytanie, które pojawiło się na początku mojej rozprawy z mitomanami. Dlaczego, przy tak ogromnej chęci do „wykończenia komuchów”, nie skorzystaliście z okazji i za przykładem innych „demoludów” nie odsunęliście ich wtedy od władzy? „Nocna zmiana” o mały włos nie odbiła się wam czkawką, gdy społeczeństwo, bardzo szybko rozczarowane waszymi rządami, dało ponownie szansę lewicy. Tyle, że naiwny naród nie pojął iż ta „nowa lewica”, w której aż do dzisiaj pierwsze skrzypce grają dawni prominenci PZPR, nie ma już zamiaru zadbać o dobro kraju i społeczeństwa. Co ciekawe wcale nie dlatego, że ciągle była stroną układu. W mniemaniu „wstrętnych komuchów”, za „krew, pot i łzy” jakie wylali przy poprzednich próbach uszczęśliwiania narodu, spotkała ich jedynie niewdzięczność. Na wasze „obalacze” szczęście, tym razem wreszcie zadbali wyłącznie o siebie. Wprawdzie pokazując swoje nowe oblicze ponownie stracili władzę, ale nie zostali ukarani za nadużycia i afery w jakich brali udział nie tylko w PRL–u ale i w „wolnej Polsce”, a krzywdy nie mają do dzisiaj.

 

    Niestety byli uczestnicy tak dynamicznego ruchu społecznego jakim była „Solidarność”, po tych wszystkich kantach, zawiedzionych przez kolejne rządy nadziejach i rosnącym zubożeniu społeczeństwa, nie odnaleźli w sobie iskry walki z tamtych dni. Być może otumanieni hasłem wprowadzania w III RP „społecznej gospodarki rynkowej” i bajką o „magicznej łapie wolnego rynku” przegapili moment, w którym trzeba było nowe elity wykopać ze stołków. Być może niewielkie początkowo bezrobocie, obietnice świetlanej przyszłości i pewne działania osłonowe rządu na początku przemian osłabiły ich czujność. Być może katastrofalna inflacja, która w połączeniu z utratą pracy błyskawicznie zamieniła dotychczasową klasę średnią (czyli 80% społeczeństwa) w biedotę, a jej wypieszczone mieszkania spółdzielcze w pogardzane przez lata „blokowiska”, odciągnęła ich uwagę od spraw ogólnospołecznych. Tak czy inaczej, nawet rozsądna część mieszkańców kraju nad Wisłą nie zorientowała się, że pełen kantów „Okrągły Stół” spowodował również chichot historii. Bowiem dla ogromnej większości społeczeństwa, które zbudowało ruch społeczny „Solidarność” po to aby uzyskać ludzką godność, rzeczywisty wpływ na kształtowanie własnej przyszłości i lepsze warunki życia, twierdzenie, że „Orła WRON–a nie pokona” okazało się nieprawdą.

            Pomimo to Polacy nadal nie chcą, lub nie potrafią, skorzystać z demokratycznych narzędzi, które przecież z takim wysiłkiem samodzielnie wywalczyli i ciągle pozwalają oszustom biesiadować przy korycie. Nawet sporadycznie nie protestują przeciw mitom, które są wciskane ich dzieciom. Przecież miliony ludzi tworzyły tamtą rzeczywistość i wiedzą jak w PRL było naprawdę. Czyżby dali sobie wmówić poczucie winy i wstydu tylko za to, że przyszło im żyć w tamtych czasach? Zupełnie niepotrzebnie. Bowiem bez wojny, lub krwawej rewolucji, zmienili oblicze świata bardziej niż jakiekolwiek inne pokolenie Polaków. Pora przekazać młodym te prawdziwe doświadczenia. Może to ich obudzi z letargu i zamiast emigrować zorganizują się w celu zbudowania świata na miarę dojrzałych młodzieńczych marzeń własnymi rękami?