Człowiek ma brzmieć dumnie

Umęczone narastającymi trudnościami codziennej egzystencji społeczeństwo, któremu rząd nadal arogancko wciskał kit sukcesu, znowu zaprotestowało przeciw podwyżkom cen. Zaczęło się w lipcu 80 na „Ścianie Wschodniej”, aby w sierpniu objąć cały kraj. Tym razem robotnicy upomnieli się o głos, którego władze musiałyby słuchać nie tylko z okazji strajków. Gierek chciał po raz kolejny osobiście rozmawiać ze strajkującymi, ale był już cokolwiek ubezwłasnowolniony przez Jaruzelskiego i Kanię, którzy do tego nie dopuścili. Wobec tego wyraził zgodę na porozumienia, które zapoczątkowały ruch społeczny „Solidarność” i w rezultacie pozbawiły go stanowiska. Przez blisko szesnaście następnych miesięcy Polacy wypowiadali się swobodnie, również poza kręgiem znajomych.
Początkowy entuzjazm i błyskawiczne rozprzestrzenianie się ruchu zaskoczyły władze. Wszystkie gwałtowne przemiany niosą ze sobą chaos. Tym razem nie było inaczej. Popularny wtenczas żart, że Wałęsa rządzi, a Rząd się wałęsa, nie był na początku przemian zbyt odległy od prawdy. Na kilka miesięcy nieformalną stolicą Polski stał się Gdańsk. Kania myślał, że nareszcie dorwał się do upragnionej władzy. Tymczasem został sprytnie wystawiony przez Jaruzelskiego na chłopca do bicia. Już w tym momencie rozpoczęła się dekada Generała.

Władze, pomimo zadłużenia kraju i kryzysu spowodowanego jak się dzisiaj twierdzi wyłącznie przez Gierka, spełniały niemal wszystkie żądania płacowe i socjalne „ludu pracującego”, na które nie było ich stać nawet w czasie koniunktury. Przy najmniejszym oporze dochodziło do strajków. Za strajki, czyli brak produkcji, płacono jak za urlop wypoczynkowy. Oczywiście nie odbywało się to kosztem uszczuplenia tegoż. Drożyźniane dodatki do pensji, nazywane Wałęsówką, podniosły uposażenia wszystkich pracujących o kolejne 15 – 20% niemal z dnia na dzień. Już poprzednio nadmiar pieniędzy na rynku doprowadził do absurdalnych braków towarów. Teraz, po dodatkowym zmniejszeniu produkcji z powodu licznych strajków, kupienie czegokolwiek zaczęło graniczyć z cudem. Właściwie towar można by sprzedawać prosto z magazynów fabrycznych, oszczędzając na transporcie, kosztach dystrybucji i utrzymania sklepów. Kapitalizm ma na taką sytuację lekarstwo – galopująca inflacja i znaczący spadek siły nabywczej pieniądza. W kraju „dyktatury ludu pracującego miast i wsi”, gdzie zwłaszcza w tym okresie podnosić ustalanych przez państwo cen się nie dało, gdyż lud uporczywie odmawiał nawet minimalnego obniżenia standardu życia, wymyślono dla tej góry pieniędzy zalegającej z konieczności materace termin – „nawis inflacyjny”. Jaruzelski od początku tego zamieszania pociągał za sznurki kukiełek, które tylko myślały że nie są sterowane, ale nie pchał się jeszcze na świecznik. Gdy wreszcie zdecydował się zostać oficjalnym szefem państwa i rządu, żarty się skończyły. Najpierw użył sprytnego manipulatora Mietka F. Rakowskiego, który bez żadnych ustępstw na rzecz „Solidarności”, wymusił na Wałęsie odwołanie strajku generalnego przygotowywanego po prowokacji bydgoskiej. Na dodatek Lechu zrobił to, wbrew ustaleniom z szefami Regionów, używając telewizorni. W czasie przygotowań do tego strajku, Regiony NSZZ ostrzegły wszystkie komitety strajkowe, że władze dysponują wystarczającym materiałem filmowym z Wałęsą by móc zmontować wiarygodną taśmę z odwołaniem przez niego strajku. Wobec czego może on być odwołany jedynie przez telefon lub kuriera z Regionu. Tymczasem radosna gębusia Przewodniczącego oświadczyła około północy właśnie w tv, że jutro idziemy do pracy. Cała nagromadzona para poszła w gwizdek. Rząd zdecydowanie wygrał tę próbę sił, ale żadna ze stron nie wyciągnęła z tej konfrontacji prawidłowych wniosków. Porażka „Solidarności” doprowadziła jedynie do kłótni w KKP i wzrostu nieufności działaczy średniego szczebla do Wałęsy i władz NSZZ. Od tego momentu związkowi prominenci już bardzo wyraźnie podzielili się na grupy interesów. Mało tego, zajęci przepychankami o wpływy zaczęli coraz bardziej lekceważyć „hołotę” związkową. Natomiast Generał, zamiast wykorzystać sukces do podjęcia twardych, ale realnych, negocjacji z opozycją w celu uzgodnienia sposobów reformy gospodarki i powstrzymania fali roszczeń, zdecydował się na chaotyczne przepychanki z „Solidarnością”. W gospodarce zastosował własną „wizję” zaspokojenia popytu wewnętrznego opartą na rozszerzaniu kartkowej reglamentacji towarów. Jednocześnie uznał, że do uspokojenia nastrojów społecznych najlepsza jest metoda kija i zaczął przygotowywać zamach stanu. Późnym latem 81 ćwierkały o tym wszystkie wróble. Tymczasem pogrążeni w niesnaskach członkowie Komisji Krajowej, ciągle zadufani w potęgę Związku i z powodu narastającego lekceważenia własnej bazy nie umiejący odczytać prawdziwych nastrojów społeczeństwa, nie przygotowali żadnego przeciwdziałania. Gdy Generał sięgnął po dyktatorską władzę, internując w noc rozpoczynającą wojnę Jaruzelsko – Polską niemal wszystkich najważniejszych przywódców „Solidarności”, oraz (z obawy, że pokrzyżują mu szyki) co bardziej popularnych w społeczeństwie członków PZPR, nie było mowy o jakiejkolwiek koordynacji protestu. Samozwańczy „wybawiciel narodu” stłumił kilka bohaterskich ognisk oporu, po raz kolejny przelewając krew robotników. Mimo to, znaczna część społeczeństwa przyjęła z ulgą położenie tamy niekończącej się fali strajków o zupełne duperele. Zapewne liczyła na wzrost produkcji i powrót sytuacji rynkowej do względnej normalności. Jednak to dopiero teraz codzienna egzystencja przeciętnego obywatela zaczęła być koszmarem jaki kolejni władcy III RP chcą przylepić do całego okresu PRL. Słynne puste półki, na których można było znaleźć jedynie ocet i herbatę, oraz komitety kolejkowe to – ciągle z pewnym przejaskrawieniem – obraz handlu tylko w okresie rządów Generała. Obłożona zachodnimi sankcjami
„WRON– a”, która do sterowania, bo przecież nie kierowania gospodarką, pognała nie mających o niej zielonego pojęcia wojskowych komisarzy, systematycznie rujnowała to, co zostało pobudowane przez Gierka. Każda idiotyczna decyzja wojskowych zarządców była skwapliwie realizowana przez cywilne kierownictwa zakładów, świadome faktu, że do „internatów” trafiali także wysoko postawieni członkowie partii. Społeczeństwo wpędzone w apatię stanem wojennym, widząc dodatkowo kretyństwo posunięć „wronich” rządów, a w wielu wypadkach nie mając materiałów potrzebnych do produkcji, właściwie pozorowało pracę. Dzięki kompletnemu rozprzężeniu gospodarki Jaruzelskiemu udało się już w 1982 roku zmniejszyć PKB kraju o 30% w stosunku do „kryzysowego” 79 – tego, efektywnie doprowadzając PRL do bankructwa. Całą winą za swoje „osiągnięcie” obarczył Gierka, a „okrągłostołowe elity” z lubością kontynuują te oskarżenia do dzisiaj. Tymczasem sprawność Generała w rządzeniu najlepiej ilustruje sposób jaki po tym „sukcesie” zastosował aby poprawić zaopatrzenie rynku. Było nim rozszerzenie do absurdalnych rozmiarów ekonomii kartkowej. Na dobrą sprawę, Jaruzelski nie miał innego pomysłu na braki towarów rynkowych (poza zapoczątkowaniem druzgocącej społeczeństwo inflacji) aż do rozpoczęcia tajnej fazy rozmów przy „stoliczku”. Znany z czasów okupacji system kartkowy, który Gierek odświeżył nie z braku cukru lecz by zapobiec spekulacji (światowy nieurodzaj i niebotyczne ceny spowodowały, że dotowany w PRL cukier można było sprzedać korzystnie za „twardą” walutę na Zachodzie), a „Solidarność” rozszerzyła na artykuły mięsne ze względu na „równe żołądki”, za rządów Generała zaczął błyskawicznie obejmować coraz więcej produktów tzw. pierwszej potrzeby. Problem polegał na tym, że dzięki „sprawności gospodarczej” rządu Jaruzelskiego, nawet te niewygórowane przydziały nie miały pokrycia w bieżącej produkcji. Trzeba było racjonować nawet pieluchy i ubranka dla maluchów, benzynę, buty, wódkę i papierosy. Z powodu braku „wkładu dewizowego” pojawiły się, po raz pierwszy od czasów II wojny, substytuty żywności. Jednak o dziwo, Jaruzelski nie wpadł na pomysł produkowania, tak dzisiaj powszechnych, „uwodnionych wędlin” o smaku papieru. Gdy wydawało się, że następnym posunięciem mogły być już tylko kartki na przydział kartek, wprowadzono ustawę Wilczka. Dzięki niej rząd, który jak przepowiedział Urban żywił się dostatnio, rozpoczął akcję „legalnego” uwłaszczania majątkiem narodowym partyjnych prominentów. Po porozumieniu pod „stołem”, dopuszczono do grabieży również wybrańców z kręgów opozycji. Gwoli sprawiedliwości dodam, że skorzystali na ustawie również najbardziej przedsiębiorczy obywatele, tyle że kurek swobody gospodarczej zaczęto im szybko przykręcać, co nie dotyczyło prominentów. Tymczasem społeczeństwo, które od początku „wronich” rządów cierpiało biedę niedostatku nawet najbardziej podstawowych towarów, nie skorzystało zbytnio z chwilowego ożywienia gospodarki. Bowiem sięgający szczytów Tatr „nawis inflacyjny” został wkrótce zlikwidowany przez galopującą inflację. Jednak, niemal przez cały okres dyktatury Jaruzelskiego, ruch społeczny „Solidarność” nie był w stanie zorganizować zdecydowanych ogólnopolskich buntów. Owszem, większość obywateli krytykowała poczynania „WRON – y”. Chętnie czytano podziemne wydawnictwa, tu i ówdzie wybuchały króciutkie strajki, a nawet odbywały się rozpędzane brutalnie przez ZOMO „rocznicowe” marsze protestacyjne, w których najbardziej uparcie uczestniczyli mieszkańcy Wrocławia, ale brak wyników oporu coraz bardziej zniechęcał i dzielił społeczeństwo. Jaruzelski był na dobrej drodze do cofnięcia PRL do czasów lampy naftowej, gdyby nie Gorbaczow. Zapoczątkowana przez niego „głasnost’ i pieriestrojka”, aby być wiarygodna dla świata, musiała wykluczać interwencje militarne w obronie socjalizmu. Postawa ZSRR i strajki roku 88, które wybuchły pomimo realnego zagrożenia kolejnym rozlewem krwi, uświadomiły Jaruzelskiemu, że władza, którą tak bezczelnie i brutalnie zagarnął, już wkrótce wymknie mu się z rąk. Bowiem kolesie z KC PZPR mogli mu wybaczyć zapaść gospodarczą kraju, z powodu której osobiście niespecjalnie cierpieli, ale nie kompletny brak kontroli nad kolejnym wzrostem napięć społecznych. Zwłaszcza, że ich rezultat był nieprzewidywalny, gdyż tym razem buntem kierowali przeważnie ludzie jeszcze mało znani bezpiece. Jedynym dla Jaruzelskiego rozwiązaniem pozwalającym na uspokojenie nastrojów i uchronienie się od konieczności „rezygnacji z władzy z powodów zdrowotnych”, było stworzenie pozorów, że opozycja ma udział w rządzeniu. Na pytanie czy ten eksperyment był samodzielnym pomysłem Jaruzelskiego, czy inicjatywa wyszła od Gorbaczowa, być może odpowiedzą kiedyś ich pamiętniki lub odtajnione zapisy rozmów. Osobiście skłaniam się do poglądu, że Generał naśladował posunięcia Gorbaczowa. Jednak w warunkach polskiej rzeczywistości nie mógł całkowicie pominąć opozycji w procesie bezczelnej kradzieży majątku społecznego. Tak doszło do propozycji „Okrągłego Stołu”. Naiwniakom, którzy myślą, że był to to kolejny po „zbawczym stanie wojennym” odruch „dobroci serca” dyktatora, przypomnę tylko, że urząd Prezydenta Jaruzelski przyznał samemu sobie, a na pierwszego premiera rządu „wolnej Polski” desygnował szefa Służby Bezpieczeństwa w PRL Kiszczaka. Reprezentujący naród ??? „biesiadnicy okrąglaka” w ramach „obalania komuny” wyrazili zgodę, ale tego było zbyt wiele nawet dla najbardziej spolegliwych przedstawicieli opozycji i Kiszczakowi nie udało się sformować rządu z jej udziałem. Gdy Gorbaczow, ustami rzecznika sowieckiego MSZ, przyzwolił oficjalnie na kontynuację polskiego eksperymentu „ograniczonego udziału opozycji we władzach”, dostaliśmy „naszego Premiera”. Ten zaś, grubą kreską, zlikwidował swoim „śmiertelnym wrogom” zagrożenie, że „na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści”. Dopiero gdy inne kraje „demoludów” (ośmielone postawą nieingerencji Moskwy) pogoniły swoich komuchów, Jaruzelski i jego klika zostali niespiesznie usunięci w cień. Nie mylić z pozbawieniem ich wpływów na politykę III RP.