Przeklęte długi Gierka

 

     Wreszcie sprawa pożyczek, na których kolejni władcy III RP wieszają wszystkie kundle jakie im wpadną w ręce. Tymczasem Gierek pozostawił po sobie długi wielkości niecałych 10% ówczesnego PKB, wobec dzisiejszych kreatywnie zaniżonych 56%, a spłaciliśmy je dopiero  po 30 latach   tylko dlatego, że Gierek,  aby niepotrzebnie  nie zdusić gospodarki, postarał się o korzystne  dla kraju  długoterminowe rozłożenie spłat. Rozumiały to nawet „Styropiany”, które mimo możliwości nie  próbowały renegocjować  kalendarza płatności umów Gierka, co nie przeszkadza im ordynarnie kłamać, że to ogrom tamtych długów był przyczyną tak powolnego ich spłacania.

 

         Podjęta przez Gierka próba gospodarczego pościgu za światem nie mogła się obyć bez pożyczek. Przecież, pomimo umorzenia przez państwa kapitalistyczne dużej części długów  PRL (w gruncie  rzeczy musieliśmy  spłacić  zaledwie  ich połowę  plus odsetki), sprowadzenia  zachodnich  „inwestorów” i dotacji z  UE, nie obeszli się bez nich również ekonomiczni cudotwórcy III RP. Na dodatek oni nie tylko zapożyczyli kraj po uszy, ale bez  racjonalnego powodu oddali obcemu kapitałowi za bezcen nawet bardzo nowoczesne zakłady, bo podobno państwu nie opłacało się wyłożyć kasy na uczynienie ich konkurencyjnymi.

         Gierek był w jeszcze gorszym położeniu. Mało że nie miał kasy i dotacji, to również nie posiadał  wymienialnej  waluty,  infrastruktury  (zwłaszcza drogowej i energetycznej), nowoczesnych  zakładów przemysłu rynkowego  (budownictwo,   motoryzacja, ciuchy, elektronika,    meble, agd, chemia gospodarcza,  przetwórstwo rolne)  i niemal niczego oprócz węgla i miedzi do sprzedania. Po 14–tu latach rządów Gomułki kraj był gospodarczo zapóźniony, nawet w stosunku do większości pozostałych „demoludów”. Właściwie oprócz szkolnictwa, zorganizowanego wypoczynku obywateli i służby zdrowia, nic nie funkcjonowało normalnie. Jednak wbrew twierdzeniom Jaruzelskiego i władców III RP,  większość (  jakże mizernych w porównaniu z  obecnymi ) pożyczek  nie została zmarnowana. Tylko bardzo niewielka ich część poszła na finansowanie nietrafionych inwestycji. Gdyby było inaczej to przecież obecni mądrale nie mieli by czego „prywatyzować”.  Problem leżał gdzie indziej.  Gierek zdecydował, że jednocześnie z „szerokim frontem robót” koniecznych dla rozwoju i unowocześnienia gospodarki, poprawi warunki socjalne społeczeństwa. Zamiast poczekać kilka pierwszych lat na zakładany wzrost wydajności pracy, zaczął rozdawać cukierki już na starcie dekady. Poza niezbędnymi, choć zwracającymi się dopiero po latach, inwestycjami w drogi, elektrownie, fabryki,  mieszkania spółdzielcze  i przyzakładowe,  żłobki,  szkoły,  szpitale,  domy wypoczynkowe i komunikację publiczną, rozszerzył też na niespotykaną dotąd skalę świadczenia socjalne. Wprowadzenie wolnych sobót bez obniżania pensji, wydłużone płatne urlopy macierzyńskie – zwłaszcza dla samotnych matek, praktyczne przejęcie obowiązków alimentacyjnych nieudanych tatusiów przez państwo, objęcie rolników świadczeniami zdrowotnymi i emerytalnymi (sól w oku dzisiejszych władz), subsydiowane kolonie i wczasy dla wszystkich chętnych, nisko oprocentowane pożyczki dla młodych małżeństw, promesy dewizowe na turystykę zagraniczną (po nominalnym kursie wymiany walut zachodnich), zwiększenie wydatków na kulturę i sport – wszystko to niezmiernie poprawiło jakość życia, ale było finansowane z kredytów. Niemożność podnoszenia cen, połączona z niechęcią do ograniczenia sfery socjalnej, wpędziła władze w spiralę bez wyjścia. Gdy społeczeństwo pokazało wała wydajności pracy, nastąpiło nieuniknione.  Brak możliwości zwiększenia produkcji bez dodatkowych inwestycji spowodował, że coraz więcej pieniędzy na rynku (tylko do roku 75 średnie płace wzrosły o 40%) goniło za towarami, których przybywało dużo wolniej niż kasy. W kapitalizmie ceny poszybowałyby w takiej sytuacji  do nieba.  Tymczasem,  Gierek nie dość że  dopłacał  do żywności, mieszkań i wypoczynku obywateli, to jeszcze ceny chłamu konsumpcyjnego ustalał na dość rozsądnym poziomie. Nie bardzo chcę wspominać słynne talony na chodliwe towary, które później odsprzedawano z dużym zyskiem na giełdach lub bazarach ( bo to wedle współczesnej propagandy wyłącznie partyjne przywileje, choć dość często otrzymywali je również robotnicy), ale przecież cena „malucha” w przedpłatach to ówczesna półtoraroczna średnia pensja. Dzisiaj musimy pracować na nowe małe auto niewiele krócej. Dodatkowo, narastający po szoku paliwowym, kryzys gospodarczy na Zachodzie ograniczył możliwości eksportowe PRL. Zwłaszcza licencyjnych produktów wysoko przetworzonych, które w założeniu miały się spłacić same. To drastycznie zmniejszyło napływ dewiz potrzebnych na spłatę długów oraz niezbędny import. W ten sposób, kilka prostych  błędów  doprowadziło do krachu wizję  „kraju  rosnącego  w siłę i  dostatnio żyjącego społeczeństwa”. Gierek miał niejaką szansę na uratowanie sytuacji i szkoda, że nawet nie próbował z niej skorzystać. W latach siedemdziesiątych nastąpiło (częściowo dzięki polskim inicjatywom) ogromne odprężenie w stosunkach między Wschodem a Zachodem. W sytuacji narastającego kryzysu, rząd mógł podjąć próbę ograniczenia wydatków zbrojeniowych państwa. Były to kwoty niebagatelne. Niektórzy specjaliści szacowali je nawet na 1/3 PKB. To zapewne gruba przesada, ale były one znaczące i w sytuacji zdecydowanego spadku zagrożenia wojną, być może udałoby się przekonać „Wielkiego Brata”, że Polska musi je nieco, choćby przejściowo, ograniczyć. Możliwe iż niewygodna (w sytuacji walących się reform i wzrostu „niepokojów społecznych”) pozycja Gierka wobec Moskwy nie pozwoliła mu na podjęcie tego tematu. Koszt jaki poniósł to nie tylko utrata stanowiska, ale również nieustające kalumnie, jakimi kolejni niewydarzeni władcy nadwiślańskiej krainy obrzucają człowieka, który jako jedyny współczesny przywódca kraju nad Wisłą, zdecydowanie poprawił warunki życia nie tyko swoim kolesiom, ale również szerokim warstwom społeczeństwa.