Prawo do godności

            W roku 56 społeczność Poznania w bardzo zdecydowany sposób upomniała się o swoją podmiotowość. Napisałem społeczność, gdyż nigdy później w historii robotniczych protestów w PRL nie zdarzy się, że robotnicy, upominając się o przestrzeganie przez władze kraju prawa i umów pracowniczych, wystawią do negocjacji reprezentację złożoną również z działaczy PZPR i dyrekcji zakładów. Niestety, krótkotrwały Edzio nie miał zamiaru zrealizować zawartego z pracownikami Cegielskiego porozumienia i protestujący wyszli na ulice. Przez jakiś czas wydawało się, że ofiara krwi mieszkańców Poznania nie poszła na marne. Była bowiem wstępem do polskiego Października. Pomimo krwawego zdławienia i potępienia buntu, władzom nie udało się zatrzymać lawiny i zostały zmuszone do wprowadzenia demokratycznych reform. Nastąpił wzrost roli samorządów lokalnych i swobody partii satelickich, oraz zdecydowane zmniejszenie zamordyzmu i cenzury. Partia głośno mówiła o wypaczeniach, a wielu jej członków próbowało ideologicznie powrócić do źródeł. Zmiana szefa PZPR i usunięcie większości POP – ów z rządu rozpoczęły kolejny etap dziejów PRL.

         Przypuszczalnie casus prześladowanego (areszt domowy) i retoryka prezentowana przez „Wiesława” na wiecach sprawiła, że był postrzegany w kraju i za granicą jako ofiara Stalinizmu i w związku z tym, jeżeli nie przeciwnik komunizmu, to przynajmniej jego zdeterminowany reformator. Przyjęty niemal entuzjastycznie przez społeczeństwo, a nawet, jako jedyny z władców PRL, rekomendowany przez Radio Wolna Europa, kompletnie zawiódł pokładane w nim nadzieje. Wprawdzie Gomułka zapoczątkował politykę polskiej drogi do socjalizmu, czyli oficjalne popieranie ideologii Kremla, przy cichym wdrażaniu specyficznie polskich rozwiązań, ale rozpoczął przykręcanie kurka reform niemal na drugi dzień po inauguracji. Okazał się być apodyktycznym, wiedzącym wszystko najlepiej raptusem, który nie szanował nawet najbliższego otoczenia, a co dopiero szarych obywateli. Zupełnie nie rozumiał naturalnej ludzkiej potrzeby gromadzenia chłamu, co doprowadziło do zaniechania przez niego rozwoju przemysłu na potrzeby konsumenta. Gdy rzemieślnicy próbowali wypełnić tę lukę, Gomułka doprowadził do fali, przeważnie ustawianych, procesów o łapówkarstwo i kradzież państwowego mienia. Szczególnie wszelakich materiałów produkowanych w państwowych przedsiębiorstwach, a wykorzystywanych także przez rzemiosło. Liczne wyroki na „aferzystów” zmniejszyły zdecydowanie chęć obywateli do „prywatnej inicjatywy”, ale jej nie zlikwidowały. Nie widział też potrzeby mechanizacji rolnictwa. Wszystko razem doprowadziło do zastoju gospodarczego przewrotnie nazwanego okresem małej stabilizacji. Nie trafia do mnie stosowana do dzisiaj oficjalna interpretacja nazwy tego okresu. To miano odnosi się lepiej do prawie całkowitego braku buntów społecznych w czasie rządów Gomułki. Spokojnie, o tych znaczących będzie poniżej. Inne wytłumaczenie określenia może się wiązać ze stopniowym zanikiem zagrożenia kolejną wojną, całkowitą likwidacją bezrobocia i wzrostem zainteresowania obywateli własną rodziną. Niestety, brak jakiejkolwiek wizji rozwoju gospodarki spowodował, że PRL pod rządami Gomułki na dobre odpadł z europejskiego peletonu, za którym do późnych lat pięćdziesiątych jako tako nadążał.

               Jednakże w czasach „siermiężnego socjalizmu” nie zaniedbano krasnoludków. „Tysiąc szkół na tysiąclecie” i zachęty dla nauczycieli wniosły ogarek nowoczesnej oświaty na polską wieś. Prowadzona w każdej szkole darmowa akcja „codzienny kubek mleka dla małego człowieka”, z dodatkiem bułki z masłem i łyżki tranu, skutecznie likwidowała gruźlicę i krzywicę. Zainstalowano lekarzy, lub higienistów i dentystów w większości szkół. Przeprowadzane w szkołach obowiązkowe badania i szczepienia każdego ucznia poprawiały zdrowie dzieciaków, oraz zapobiegały epidemiom, szkorbutowi i wszawicy. Wyrośnięta młodzież, dzięki znaczącej rozbudowie sieci schronisk PTTK i pól namiotowych, oraz popieraniu przez państwo popularnego autostopu, mogła korzystać z taniej turystyki. Młodzieżowe Domy Kultury, działające w większych miejscowościach, oferowały dziesiątki przyjemnych lub pożytecznych zajęć, odciągając młodych ludzi od bezmyślnego szlifowania bruków i chuligańskich wybryków.   Z jakiegoś powodu to przede wszystkim okres rządów Gomułki jest odpowiedzialny za łatkę szarzyzny i bylejakości życia, przypinanej przez współczesną propagandę do codziennej egzystencji obywateli w całym okresie „komuszego ucisku”. Osobiście nie mam pojęcia dlaczego, gdyż PRL – u nie ominęła przypadająca właśnie na te lata era rock and rolla, długich włosów u płci brzydkiej, ortalionów, non – ironów, bikini, minispódniczek, kolorowych skarpet noszonych do przykrótkich „rurek” i innych „dziwnych” i wielobarwnych trendów (nie tylko młodzieżowej) mody. Jakkolwiek władze PRL często niemal histerycznie krytykowały niektóre elementy ówczesnej rzeczywistości, to nie prześladowały społeczeństwa za naśladowanie „kapitalistycznej zgnilizny”. Rodzime zespoły rockowe, zwane big beatowymi, powstawały jak grzyby po deszczu. Popularne przeboje z kraju i zagranicy można było, dzięki prywatnym wytwórcom, kupić na pocztówkach dźwiękowych niemal nazajutrz. Na festynach, koncertach, jarmarkach, odpustach, potańcówkach, balach, prywatkach, piknikach lub przy ognisku, bawili się młodzi i starzy. Subsydiowany wakacyjny wypoczynek był coraz częściej dostępny dla przeciętnie zarabiającego obywatela. Od wiosny do jesieni kraj objeżdżały polskie i zagraniczne wesołe miasteczka i zespoły cyrkowe. Dostęp do kultury przez duże K stał się powszechny i tani. Wszystko razem dawało poczucie normalności. Rok światowych buntów młodzieży dotarł zupełnie przypadkowo także do PRL, ale nie był z nimi powiązany ideowo. W„demoludach” młodzieżowe hasła spotkały się z największym odzewem w Czechosłowacji, której władze PRL posłusznie przyszły z „bratnią pomocą” w prostowaniu mózgów. Polscy, a właściwie warszawscy studenci, zaprotestowali w roku 68 przeciwko cenzurze. Ich słuszny protest byłby zapewne równie krótkotrwały co nieskuteczny, gdyby nie kierowana przez Moczara koteria, która próbowała wykorzystać protesty młodzieży do przeprowadzenia czystek we władzach PZPR i przejęcia sterów. Niczym nie sprowokowane, pałowanie przez bezpiekę (nie biorących jeszcze udziału w buncie) studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, rozszerzyło protesty na inne ośrodki akademickie w kraju. Po ekscesach „służb” studenci występowali już nie tylko przeciw cenzurze, ale niezbyt klarownie przekazali społeczeństwu z czym i o co walczą. W tej sytuacji zarówno robotnicy jak i wojsko nie wzięli udziału w awanturze Moczara i Gomułka pozostał przy władzy. Jednak musiał się ugiąć i usunąć z naczelnych organów państwa znaczną ilość członków tzw. „żydokomuny”. Przy okazji eksmitowano do Izraela tysiące, także nie należących do kręgów władz, polskich żydów. Nieudane protesty studentów i wyroki więzienia dla najbardziej aktywnych zapoczątkowały legendę „spadochroniarzy”. Bowiem zachodnie media wykorzystały represje do awansowania grupy młodych lewaków (wtedy przewodzącej protestom, a dzisiaj wchodzącej w skład „różowego salonu”) do rangi opozycjonistów. Niewątpliwie nie cierpieli oni ludzi sprawujących w PRL władzę. Jednak Radio Wolna Europa milczeniem okryło fakt, że jednym z głównych powodów ich krytycznej postawy wobec „komuchów” było odrzucenie przez KC PZPR ortodoksyjnego socjalizmu, który sami głosili i brak nagrody za słuszną jak mniemali działalność.

               Na początku Grudnia 1970 Gomułka odniósł życiowy sukces doprowadzając do formalnego uznania przez RFN naszych granic zachodnich. Ponieważ, z powodu zimnej wojny, do planowanej konferencji pokojowej pomiędzy zwycięskimi mocarstwami i zatwierdzenia powojennych granic w Europie nigdy nie doszło, było to osiągniecie naprawdę wielkiej wagi dla PRL. Umowa, ratyfikowana przez Bundestag za Gierka i (miejmy nadzieję ostatecznie) zatwierdzona przez RFN (dzięki naciskowi USA) za rządów Mazowieckiego, mogła wprowadzić Gomułkę do panteonu wielkich Polaków. Tak się nie stało. Zapewne euforia w jaką wpadł „Wiesław” po osiągnięciu celu, do którego uparcie dążył przez całą swoją karierę, spowodowała, że zupełnie stracił poczucie rzeczywistości. Idąc za ciosem zafundował Polakom kolejną świąteczną niespodziankę. Jednak „lud pracujący miast i wsi” zdecydowanie odrzucił partyjną propozycję wigilijnego stołu zastawionego kaszanką i salcesonem. Robotnicy stwierdzili, że dalsze zaciskanie pasa jest niemożliwe i wyszli na ulice w proteście przeciw drastycznym podwyżkom cen żywności. Przypuszczalnie, nawet gdyby Gomułka nie zdecydował się na przelanie robotniczej krwi, rozmiar protestów wymusiłby zmianę „Pierwszego”. Tyle, że kierownictwo PZPR zapewne przypadłoby w udziale któremuś z jego pupili. Jednak ulice zbrukane krwią robotników, spowodowały konieczność wymiany większości ekipy rządzącej. Gomułka odszedł w niesławie.

 

PRL, początki

 

             Po raz kolejny w pokręconej historii Polski, jej mieszkańcy zostali wydani na łaskę tyrana przez połączone siły elit, które nie zadbały o interes społeczeństwa, gdyż bardziej interesowało je przypodobanie się własnym mocodawcom i osobiste korzyści. Czy jednak PRL rzeczywiście zasługuje na miano najczarniejszego okresu w historii Polski jak usilnie próbują nam wmawiać obecni władcy? Jest to kolejny mit. Nawet jeżeli wyrzucimy z pamięci okres rozbiorów. Wydaje się, że opluwanie PRL przez obecne elity służy jedynie odwracaniu uwagi od własnej nieudolności w zarządzaniu krajem. Nietrudno bowiem zauważyć, że władcy III RP nigdy nie próbowali rzetelnie porównać swoich „osiągnięć” ani z PRL, ani z II RP. Jedną z zapałem opluwają, drugą czasami gloryfikują i to wszystko. Unikają tematu, gdyż nawet dla niezbyt rozgarniętego obserwatora jest dzisiaj jasne, że wypadają bladziutko na tle obu poprzedniczek. Podczas gdy biedniutka II RP, walcząca o ponowne zaistnienie państwa po rozbiorach, zbudowała od podstaw port i miasto Gdynia, oraz dogorywający dzisiaj Centralny Ośrodek Przemysłowy i zupełnie niezłe samoloty bojowe, a „komusza” PRL zbudowała niemal od nowa Warszawę, Wrocław i również od podstaw logicznie zaplanowaną Nową Hutę, oraz własny przemysł motoryzacyjny od Mikrusa i Syreny do Jelcza i Stara (nie licząc odbudowy setek zakładów przemysłowych i zniszczonych wojną miast), to III RP potrafiła jedynie to wszystko sprzedać lub zrujnować, dodatkowo zadłużając społeczeństwo na kwotę grubo ponad 900 miliardów złotych, których większość została wydana nie wiadomo na co. W gruncie rzeczy dopiero dzisiejsi władcy głównie przejadają kredyty i żebraczy grosz z Unii, gdyż poza dość marną siecią nowych dróg, przebudową okazałych urzędów i odmalowaniem centrów miast nie bardzo mają się czym pochwalić. Dziwi mnie niezmiernie, z jaką łatwością udało się manipulantom historii przekonać młode pokolenie, że PRL to był kraj szarzyzny, pustych półek i wiecznych kolejek. Zapewne w odniesieniu do większości lat dyktatury Jaruzelskiego nie odbiega to zbytnio od prawdy, ale przecież w poprzednich latach PRL zmieniał swoje oblicze kilkakrotnie. W jego krótkiej historii można wyodrębnić cztery główne okresy przemian :

 

Dzisiejsza ocena początków „komuszego ucisku” zupełnie pomija fakt, że wprowadzany w Polsce ustrój miał niewiele wspólnego z socjalizmem. Próba budowy społeczeństwa sprawiedliwości społecznej zdechła wraz z upadkiem rewolucji w Niemczech. Marzeń Marksa nie potrafili zrealizować także robotnicy Kraju Rad. Zwłaszcza po tym jak Lenin brutalnie zlikwidował względną niezależność Rad Robotniczych. W Rzeczypospolitej, nazwanej wkrótce Ludową, usiłowano wdrożyć Stalinizm, który z ustroju sprawiedliwości społecznej czerpał niemal wyłącznie hasła i konieczność pozbawienia kapitalistów i obszarników majątku. Mimo wszystko, oszukane przez stare i nowe elity społeczeństwo uniknęło najgorszego. Stalin (niejako wbrew bezwzględnej brutalności własnego charakteru) nie chciał przerobić okrojonej terytorialnie Polski w Republikę Rad, dzięki czemu staliśmy się z biegiem lat „najweselszym barakiem bloku wschodniego”. Czytelnicy, którzy zechcieli w tamtych czasach podróżować do innych „demoludów” wiedzą o czym piszę. Również brutalnej, zupełnie nie liczącej się z bólem jednostki, polityce Stalina zawdzięczamy nienaruszalne jak się okazało granice i państwo jednonarodowe ze śladowymi mniejszościami, z którymi w naszej ponad tysiącletniej historii nigdy nie potrafiliśmy zgodnie współżyć, jedynie czasami współdziałać.            Nasz satelitarny kraj prowadził politykę służalczą wobec Kremla, ale pewne decyzje podejmowaliśmy samodzielnie i niejednokrotnie wbrew interesom „Wielkiego Brata”.

 

                   Po wstępnych przepychankach do stołków, z których zwycięsko wyszli aparatczycy Stalina, nastąpił okres bezwzględnych rządów marionetkowego tworu oficjalnie kierowanego przez Bieruta. Niewątpliwie jest to okres brutalnej rozprawy z opozycją. Tu należy dodać, że prześladowano również ideową i ortodoksyjną lewicę.      Nie powinno to specjalnie dziwić w sytuacji, gdy duża część aparatu represji i większość ważniejszych stanowisk w rządzie była obsadzona przez POP – ów, czyli Rosjan tylko „pełniących obowiązki Polaka”. Oni nie byli emocjonalnie związani z Polską. Ich wodzem był Stalin, więc wykonywali jego rozkazy z całą bezwzględnością. Jednak nawet tego okresu zdecydowana większość polskiego społeczeństwa nie zaliczyła całkowicie na straty. Mieszkańcy kraju nad Wisłą, wykazując większy realizm polityczny niż Rząd Emigracyjny i zdecydowanie opowiadając się w referendum za granicą na Odrze i Nysie bardzo szybko zaczęli zbierać owoce swojej decyzji. Bo tak naprawdę większość społeczeństwa – poza obszarnikami, którzy przeważnie pozostali na emigracji – nie miała o co kruszyć kopii. Polska, za zgodą i przy współudziale zachodnich „sojuszników”, straciła nieco terytorialnie na rzecz imperium (historycznie żadna nowość nie tylko w Europie), ale zyskiwała nieporównanie więcej. W zamian za niedorozwinięte, ciągle jeszcze korzystające z pańszczyzny, rolnicze latyfundia na wschodzie, otrzymała bogate w surowce naturalne, dobrze zagospodarowane ziemie na zachodzie, z rozwiniętą infrastrukturą i dużymi ośrodkami przemysłowymi. Dzięki temu, przymusowi przesiedleńcy z „Kresów” i Bieszczad w większości zyskali materialnie na zamianie. Duża liczba rozrzuconych po Europie repatriantów, wbrew mrożącej krew w żylakach propagandzie szerzonej na Zachodzie na temat PRL – u, wracała do kraju i zasiedlała Ziemie Odzyskane dobrowolnie. Mogła bowiem, za cenę kilkudniowej tułaczki, otrzymać w prezencie gospodarstwa rolne z zabudowaniami, lub bez trudu znaleźć mieszkanie           i zatrudnienie w dużych ośródkach miejskich.

                   Ogromny, blisko 800 – kilometrowy, dostęp do morza do dzisiaj zapewnia turystom prześliczną bezkresną piaskownicę, a PRL umożliwił ponadto rozwój stoczni, portów, rafinerii, dużej floty handlowej i rybackiej, przemysłu przetwarzającego owoce morza, oraz sieci domów wypoczynkowych i sanatoriów. Już w tym okresie młode państwo rozpoczęło likwidację analfabetyzmu (we wszystkich grupach wiekowych) i chorób kojarzonych słusznie z biedą, jak gruźlica, krzywica i próchnica zębów. Rzeczywista, a nie papierowa jak w II RP, reforma rolna uwłaszczyła miliony dotychczas poniewieranych i poniżanych chłopów, nazywanych odtąd sympatyczniej rolnikami. Ich latorośle nie musiały klepać biedy czekając na ojcowiznę, gdyż do odbudowy kraju potrzebna była każda para rąk. Młodzi ludzie pracując uczyli się zawodu, a zdolniejsi byli zachęcani do dalszej nauki. To zapewniło spektakularne możliwości awansu społecznego ludziom skazanym dotychczas na wieczną biedę. Nawet, podobno całkowicie wybita przez „komuchów”, przedwojenna inteligencja bez trudu znalazła dla siebie zajęcie. Najlepszym przykładem jest Wrocław, który Lwowiacy błyskawicznie zamienili w bardzo dynamiczny ośrodek nauki i kultury. Natomiast kadra Politechniki Lwowskiej przeniosła się niemal w całości do Gliwic. Ten okres to również intensywna odbudowa kraju, początki masowej elektryfikacji, rozbudowy transportu publicznego, uruchomienie kolei i większości zrujnowanych i zrabowanych zakładów przemysłowych. Wspólny wysiłek i jego rezultaty zrównały ludzi. Jaśniepaństwo coraz częściej można było spotkać jedynie na kartach literatury i historii. Zwyczaj „czapkowania dobrodziejom” zachował się tylko w stosunku do księży, ale wraz z rosnącą świadomością „ludu pracującego miast i wsi” też odchodził w niebyt. Właśnie to rosnące poczucie własnej wartości doprowadzi do zakończenia pionierskiego okresu PRL– u.

 

 

 

Kto nas oddał w łapy Stalina ?

         Zapewne dziwi czytelnika fakt, że jak dotąd zaledwie wspomniałem sławetny mebel. To nie przeoczenie. Tym mitem zajmę się później. Nie dlatego iż jest nieważny. Jednak aby wytłumaczyć skąd wzięły się kanty w „okrągłym stole”, muszę rozprawić się z mitami, które do spotkań przy nim doprowadziły. Bowiem początki składania legendarnego mebla do kupy wiążą się już z mitem dotyczącym sposobu narzucenia społeczeństwu polskiemu niechcianego ustroju, czego efektem było powstanie PRL. Ten mit, wskazując tylko jednego winowajcę późniejszego „ucisku narodu”, spowodował podział Polaków na my i oni (władza, komuchy), co w rezultacie doprowadziło do zbudowania stoliczka. Czytajcie państwo ze zrozumieniem. Nie twierdzę, że Polacy przyjmowali (wypaczony już w momencie instalowania) socjalizm z otwartymi ramionami. Natomiast zrzucanie winy za „poniewierkę” wyłącznie na Stalina i osadzonych przez niego na stołkach „komuchów” jest ordynarnym fałszowaniem historii. Pokuszę się tutaj o tezę, że prawidłowa polityka Rządu Emigracyjnego mogła zapobiec połknięciu Polski przez rosyjskiego niedźwiedzia.

          Rząd utworzony na emigracji, kontynuując tradycję II RP, miał ogromne problemy ze zrozumieniem, że nie tylko Rosja, ale również alianci zachodni nie podzielali jego mrzonek na temat znaczenia i miejsca Polski w Europie. Cała masa bolesnych kopniaków otrzymanych przez polskie władze od „sojuszników”, zarówno w okresie (dla Polski niezbyt) międzywojennym, jak i w czasach wojny, nie wyleczyła Rządu Emigracyjnego z iluzji. Pomimo posiadania znakomitego atutu jakim były Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, nigdy nie próbował go użyć w przetargach politycznych. Sporadycznie, bardzo słabiutkim głosem (oświadczeniami), protestował przeciw gorzkim pigułkom serwowanym mu co chwilę przez aliantów. Wiara w cuda nie idzie w parze z realną polityką. Przecież, o czym dzisiaj wspomina się bardzo cichutko, Churchill już w grudniu 1941 r. wyraził zgodę na pozostawienie zaanektowanych przez Sowietów po 17 września 1939 r. (w lewym plebiscycie) wschodnich obszarów II RP przy ZSRR. Stanowisko Churchilla można by uznać za niezbędny manewr polityczny, gdyż społeczeństwo USA było przeciwne angażowaniu się w kolejną europejską wojnę, wobec czego ZSRR był jedynym sojusznikiem zdolnym do prowadzenia wojny z III Rzeszą. Niestety w Teheranie Churchill oficjalnie potwierdził swoje stanowisko, czemu zresztą bezczelnie zaprzeczył w Izbie Gmin. Aby nie spotkać się ze sprzeciwem USA, wobec zbytniego okrojenia terytorium przyszłej Polski, zaproponował przesunięcie jej granic na Zachód, co było na rękę Stalinowi, który już od jakiegoś czasu przyjemnie łechtał Brytyjczyków linią Curzona. Stalin nie mógł przepuścić takiej okazji i niemal natychmiast zaproponował Odrę jako rzekę graniczną z Niemcami. Gdy Rząd Emigracyjny przypadkowo poznał te propozycje, musiał sobie zdać sprawę, że ma w Wielkiej Trójce co najmniej dwóch zdecydowanych przeciwników utrzymania przez Polskę granic wschodnich. Rząd Emigracyjny powinien był przyjąć do wiadomości przykry fakt, że w ustalaniu powojennych granic w Europie jego zdanie zupełnie się nie liczy.

      Trzeba było skończyć paradowanie z głową w chmurach i zacząć politykę odważnych negocjacji. Zamiast protestów, które być może miałyby siłę poważnego ostrzeżenia z pogrożeniem palcem gdyby je chociaż publikowano w alianckich mediach, należało postawić twarde warunki. Zgoda na przyjęcie narzuconych granic, ale tylko w zamian za gwarancje uznania Rządu Emigracyjnego jako jedynej legalnej władzy w powojennej Polsce. W razie odmowy, należało zagrozić wystąpieniem Polskich Sił Zbrojnych z koalicji. Tak zdecydowanie sformułowana postawa Rządu Emigracyjnego mogłaby odwrócić bieg wydarzeń z kilku powodów :

             Nawet gdyby Zachód zechciał zrezygnować z bitnej i doświadczonej na wielu frontach armii, musiałby rozbroić polskich żołnierzy, co nadałoby sprawie polskiej światowy rozgłos. Choćby dzięki pokrętnej propagandzie Goebbelsa, który nie przepuszczał żadnej okazji skłócenia aliantów. Takie postawienie sprawy mogłoby również spowodować rozgrywanie „polskiej karty” w wewnętrznych frakcyjnych walkach o stołki w krajach „sojuszniczych”.

Powojenne Niemcy miały być podzielone na strefy okupacyjne, ale nie oddzielne państwa. To oznaczało, że Polska miała pewne szanse pozostać po stronie Zachodu jako państwo buforowe. Podobnie jak Austria, której „swoją” część Sowieci jednak wypuścili z łap.

Rząd Emigracyjny, przesuwając ciężar dyskusji w Jałcie z granic na system władzy w Polsce, zapewne miałby silne poparcie Zachodu, a wobec niewątpliwego oporu Stalina, mógłby wyrazić zgodę na ograniczony udział komunistów w przyszłym rządzie Rzeczypospolitej. Byłoby to odwrócenie sytuacji z 1944 r, gdy (upojony liczebnością PSL) Mikołajczyk zażyczył sobie podobnego rozwiązania ze straconych już pozycji.

             Niestety, Rząd na uchodźstwie, mało tego, że nie stawiał warunków, poszedł znacznie dalej w swojej nieudolności. W czasie wyborów prezydenckich w USA, gdy Roosevelt walczył o niemal każdy głos, Rząd na Emigracji nawet nie próbował skorzystać z kolejnej znakomitej karty przetargowej i oświadczyć, że Polonia amerykańska poprze tego kandydata, który obieca suwerenność Polski po wojnie. W ten sposób kompletnie zaprzepaścił możliwość nie tylko nagłośnienia sprawy polskiej, ale również wymuszenia zmiany stanowiska Roosevelta co do przyszłości Polski. Przy biernej postawie RE, sprawa polska pozostała dla niego tylko „migreną Europy”, której należy się jak najszybciej pozbyć. Negatywne dla Polaków skutki uboczne zastosowanego „lekarstwa” nie miały dla Roosevelta znaczenia.

         Gdy Stalin zainstalował Rząd Tymczasowy w Lublinie, mleko się ostatecznie rozlało. Mimo to RE zdecydował się włączyć w jego skład nieco swoich przedstawicieli. Co w tym złego? – zapyta czytelnik. Chciano podjąć ostatnią próbę ratowania demokracji. Czyżby? To dlaczego ani Rząd Emigracyjny, ani Premier Mikołajczyk, który będąc na miejscu musiał sobie zdawać sprawę z przygotowywanych przekrętów, nie zażądali przeprowadzenia wyborów pod ścisłym nadzorem niezależnych obserwatorów? Czy mimo poprzednich doświadczeń uważano, że bez nacisków władz emigracyjnych „sojusznicy” zrobią to dla nas sami? Przecież ani RE, ani Mikołajczyk – dotąd więcej niż podejrzliwy wobec Rosji, a na dodatek już kilkakrotnie sprowadzony na ziemię przez Stalina – nie mogli nagle zacząć liczyć na jego dobrą wolę i uczciwość. Czyżby Mikołajczyk naiwnie sądził, że ogromne poparcie dla kierowanego przezeń PSL– u wystarczy do zaspokojenia jego żądań wobec Rządu Jedności Narodowej, lub wygrania wyborów? Gdyby nawet tak było, to powinien porzucić swoje mrzonki już na początku fali represji jakie skutkiem tych roszczeń spadły na PSL.

        Rezultatem tego zdumiewającego braku realizmu była legitymizacja Rządu Jedności Narodowej przez grupę Mikołajczyka. Nasi zachodni „sojusznicy” skwapliwie wykorzystali ten podarunek, uznając nowe władze natychmiast po wyborach. Nie poświęcili nawet pięciu minut na sprawdzenie, niejednokrotnie uzasadnionych, zarzutów o wyborcze fałszerstwa. Całkowicie oderwana od rzeczywistości polityka Rządu Emigracyjnego walnie przyczyniła się do skazania polskiego społeczeństwa na 45 lat członkostwa w Bloku Wschodnim. Za to, że przeciętny zjadacz chleba nie zdaje sobie z tego sprawy, należy winić propagandę. Obu stron. Komunistom była na rękę legitymizacja ich rządów przez Mikołajczyka. Prominenci emigracji z kolei bali się przyznać, że w obawie o własne „przywileje” nie chcieli drażnić ani „aliantów” ani „kresowych paniątek”, przez co wydali Polaków w łapy Stalina. Także władcom III RP, którzy usilnie chcą zohydzić PRL społeczeństwu, nie jest na rękę odkłamanie historii. Wolą hołubić wygodne dla nich mity.

 

 

Osierocony obalacz komuny

 

      Wspaniali opozycyjni przywódcy, wspierani przez gromadę cudownych doradców i amerykańskie dolary, poprowadzili nas do zwycięskiego boju z „komuną”. Sukces ogromny. Zgodnie z prawami natury powinien mieć wielu ojców. Tymczasem stała się rzecz przedziwna. Przez cały czas od „zwycięstwa nad komuną” prawie nikt z opozycjonistów nie próbował negować oświadczenia Wałęsy, że to on ją obalił. Niejako samodzielnie. Byli prominenci i doradcy „Solidarności” walczyli zajadle o podział tortu zwanego PRL – em.

W przepychankach o najlepsze miejsca przy „korycie” zasługi i cierpienia „kombatantów” latały jak kule z kałacha. Jednak jednoosobowe „obalenie komuny” przez Wałęsę nie budziło u nich emocji. Jak to możliwe? Czyżby pokora działaczy i ogromny szacunek dla przywódcy ruchu? Wolne żarty. Rozwiązanie zagadki jest proste. Wbrew wersji oficjalnej, oni wiedzą, że nikogo nie obalili. Przebieg wydarzeń w ZSRR spowodował iż reżim Jaruzelskiego, chcąc wzorem „Wielkiego Brata” uwłaszczyć partyjnych bonzów majątkiem wytworzonym przez naród i pomimo bezczelnej kradzieży utrzymać się przy władzy, musiał przynajmniej pozornie skończyć z bezwzględnym poniewieraniem własnego społeczeństwa i pójść na kompromis. By móc przetestować „bardziej ludzki” styl rządzenia zaprosił więc, zresztą niezwykle wybiórczo, „kombatantów” do rozmów.

               Solidaruchy – jak ładnie ich teraz nazywamy – natychmiast zapomniały, że powinny reprezentować interesy „ludu pracującego”, któremu zawdzięczają miejsca przy stoliczku, ochoczo podzieliły się majątkiem społecznym z „komuną” i nareszcie dorwały do „koryta”. Na początku opozycja dostała od „pokonanej komuny” zaledwie okruszki najbardziej smakowitych części tortu. Wasz (komuszy) Prezydent, nasz Premier !!! – zakrzyknięto po upływie kilku miesięcy od dzisiaj oficjalnej daty „obalenia komuny”. W odczuciu obywateli sugerowało to, że „nasz rząd” będzie odtąd realizował interesy społeczne zgodnie z duchem „Solidarności”. Dlaczego tak się nie stało?

        Cóż, tego ducha pogrzebano już w trakcie wspólnego picia wódeczki przy stoliku. Sprawdźcie sobie skład rządu Mazowieckiego. Nasi ludzie? Po wyrażeniu zgody na taki podział stanowisk w mieszanym „komuszo – styropianowym” rządzie, „obalacze komuny” mieli raczej iluzoryczny wpływ na podejmowanie decyzji. Nie ma się co dziwić, że nawet w tej fazie nie zadbali o interesy społeczeństwa. Podział resortów wyraźnie świadczy o tym, że „obalacze”, w podzięce za otrzymane łaski, nie śmieli drażnić swojego dobrodzieja Jaruzelskiego choćby dyskusją o realizacji 21 Postulatów. Za to bez żenady zaczęli zawłaszczać majątek narodowy. W końcu bliższa ciału koszula.

                  Przyzwolenie Gorbaczowa na „Układ Społeczny”, który stwarzał jedynie pozory wpływu opozycji na rządy w PRL, spowodowało zupełnie przez niego nieprzewidziany efekt domina w „demoludach”. Zaskakujący przebieg wydarzeń w krajach realnego socjalizmu wręcz wymusił zmiany personalne także w „naszym rządzie”. Jednakże, gdy we wszystkich innych krajach Bloku Wschodniego w miarę szybko i zdecydowanie odepchnięto „komuchów” od władzy, u nas bardzo niechętnie i z ociąganiem usunięto ich w cień, ale nie pozbawiono wolności, majątków, ani możliwości pociągania za sznurki. Ponad głowami społeczeństwa wprowadzono swoiście polską wersję kapitalizmu ???, czyli uwłaszczenie się prominentów obu stron majątkiem do którego nie mieli prawa, gdyż powstał wysiłkiem obywateli PRL.

       Ludzie to widzieli, stąd potrzeba lansowania przez „nasze władze” grubej kreski. Gdy rząd Olszewskiego (chcąc zapewne skończyć z pośmiewiskiem jakim przemiany w „wolnej” Polsce stały się na tle zmian w innych „demoludach” i przy okazji zagarnąć większe kawałki tortu dla „styropianów”), okazał się zagrożeniem dla układu z „komuchami”, został odsunięty od koryta na „nocnej zmianie”. Dokładnie w trzecią rocznicę „obalenia komuny” – 4 VI 1992 roku, jej „niezłomni pogromcy”, broniąc układu z PZPR, zapewnili „wstrętnym komuchom” utrzymanie wpływów i bezkarność za 45 lat poniewierania narodu. Mogło się zdarzyć, że po tym przeprowadzonym w ogromnym pospiechu i pełnym ironii przekręcie, pchanie się na afisz z zasługami w „obalaniu” stanie się przez jakiś czas nieco niebezpieczne. Dzięki temu ostał się mit Wałęsy „obalającego komunę lewą ręką”. Jedynej w historii świata sierotki sukcesu.