Aplikowanie mitów

                Osobom choć trochę zainteresowanym historią, nieobce jest stwierdzenie, że piszą ją zwycięzcy. Natychmiast po dorwaniu się do władzy przepisują ją w taki sposób by odpowiadała ich doraźnym celom. Gdyby ktoś miał wątpliwości, wystarczy spojrzeć na to jak bardzo władcy „wolnej” Polski zakłamali niedawną przeszłość, którą tak wielu biorących czynny udział w jej kształtowaniu Polaków dobrze pamięta, aby się ich pozbył. Przez 33 lata od powstania ruchu społecznego „Solidarność” stworzono mnóstwo mitów. Od dziadostwa i szarzyzny PRL, poprzez wspaniałość opozycji walczącej z reżimem, po „zieloną wyspę”.

               Pora przyjrzeć się uważnie temu co nam aplikują obecni władcy kraju nad Wisłą i sprawdzić czy to tylko delikatnie retuszowana, ale generalnie prawdziwa przeszłość, czy ordynarna mitomania wciskająca społeczeństwu bujdy na resorach. Ponieważ mitów jest wiele, spozieranie będzie w odcinkach. Oczywiście będzie to przeszłość oparta na moich wspomnieniach, a więc z założenia nieobiektywna, gdyż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Adresatem jest głównie młode pokolenie, któremu propaganda III RP zrobiła dość skutecznie wodę z mózgu. Chciałbym, aby ta osobista ocena, różniąca się zdecydowanie od tego co elity wpychają na siłę społeczeństwu w gardło, pobudziła młodych czytelników do refleksji, a starszych do podzielenia się własną oceną przeszłości. Być może również zachęci obywateli do oderwania wreszcie tyłków sprzed telewizorni i kompów, oraz podjęcia działań na rzecz lepszej przyszłości, zamiast bezsensownego partycypowania w partyjnych awanturach o duperele nie mające żadnego wpływu na rozwój kraju i dobrobyt społeczeństwa, lub popierania mniejszego zła w kolejnych wyborach .

       Zacznę od niecierpliwości z jaką społeczeństwo tamtych dni oczekiwało na „zbawienie” przez kapitalizm. Po opowieściach jakimi karmi się obywateli III RP na temat PRL– u, jest oczywistą oczywistością, że powyższe stwierdzenie musi być prawdziwe. W kolejkach stały w tamtych czasach wszystkie pokolenia, od zgrzybiałych starców po nienarodzone dzieci. Zdarzało się, że osobnicy bywający na Zachodzie, nie wiedzieć czemu, zaszczycali swoją obecnością jakiś ogonek. Natychmiast roztaczali przed kolejkowiczami obrazy półek pełnych wszelakich towarów, a ci marzyli o tym, że u nas niedługo też tak będzie. Nawet moja wybiórcza pamięć nie może temu zaprzeczyć. W takim razie dlaczego chcę tutaj obrażać waszą inteligencję  i zaliczać ochotę społeczeństwa na kapitalizm do mitomanii władców III RP ?   Przecież udręczone wyczekiwaniem w kolejkach po cokolwiek społeczeństwo, które siłę do stania brało z wpieprzania pustych sklepowych półek i popijania ich octem, nie miało innego wyjścia, jak tylko stworzyć dziesięciomilionowy ruch dążący wyłącznie do wprowadzenia kapitalizmu. Otóż niekoniecznie.

          Po kilku latach widocznego gołym okiem postępu i wzrostu dobrobytu (dzięki pojawieniu się na rynku rodzimych licencyjnych towarów, dotąd jedynie sporadycznie importowanych, które na dodatek były dostępne dla dużej ilości obywateli dzięki zdecydowanym podwyżkom wynagrodzeń), niespodziewany i dla większości Polaków niezrozumiały kryzys w 76 roku był bolesnym zaskoczeniem. Społeczeństwo, które po pięciu latach dynamicznego rozwoju już zaczynało nieśmiało wierzyć, że wkrótce dogonimy Zachód, nie chciało teraz przyjąć do wiadomości, że sen o potędze zaczyna się rozpadać jak domek z kart. Dlatego niemal wszyscy zaczęli narzekać na władzę, widząc tylko w niej źródło wszelkich niepowodzeń. Jednak zdecydowana większość staczy nawet nie marzyła o zmianie ustroju. Po prostu ludzie w PRL– u postępowali podobnie jak my dzisiaj. Też nieustannie krytykujemy „styropianowych ludków” aby odreagować stress, ale nie podejmujemy żadnych konkretnych prób odsunięcia ich od władzy. „Lud” oczekujący na dostawę towaru, zamiast planowania obalenia kogokolwiek, również poprzestawał na narzekaniu na rzeczywistość. Oprócz chwilowej poprawy humoru, niczemu to nie służy.

            Pieprzysz bzdury – zakrzykną niewątpliwie „kombatanci” walki o (jak teraz twierdzą) kapitalizm. My chcieliśmy od zawsze zatłuc „komunę” jak wściekłego psa. Mógłbym w tym miejscu zapytać: to dlaczego tego nie zrobiliście? Tyle, że to pytanie bardziej pasuje do innego mitu. Zanim do niego dojdę krótka opowieść o tym jak przeciętny Kowalski, który jednak sprężył się do czynu próbując wypełnić pustkę socjalistycznych haseł konkretną treścią i uzyskać wpływ na zarządzanie krajem i gospodarką nieudolnie kierowaną przez „komuchów”, wyobrażał sobie ten zreformowany twór (nazywany przez obecne elity nieprawdziwie kapitalizmem), gdyby ruch społeczny w którym uczestniczył jakimś cudem zrealizował jego sny i pozwolił mu na rzeczywisty udział w rządzeniu krajem. Wyjaśni ona dlaczego dzisiaj niemal wszyscy uczestnicy ruchu społecznego „Solidarność”, o których poprawiacze historii opowiadają, że celem ich działań był powrót do kapitalizmu, twierdzą, że „nie o taką Polskę walczyli”. Paradoksalnie, choć z zupełnie innych powodów, to stwierdzenie dotyczy również „obalaczy” znajdujących się ponad 24 lata przy korycie. Oni, nawet w najśmielszych marzeniach, nie wyobrażali sobie takiego dolce vita jakie mają w III RP.

               Praktycznie od początku powstania „Solidarności”, pomimo tego, że oficjalnie ruchowi było nie po drodze z wrogami socjalizmu, zaczęto przebąkiwać o bezrobociu.      Wbrew pozorom, nie miało to jednak nic wspólnego z ukrytą sprytnie próbą wprowadzenia do PRL kapitalizmu tylnymi drzwiami. Pomysł likwidacji przerostów etatowych (tzw. ukrytego bezrobocia) zaczerpnięto z modelu socjalizmu jugosłowiańskiego.   Kraj ten był w „komuszej” Polsce postrzegany jako bogacz bloku „demoludów”, a zatem w ówczesnych warunkach niezły wzór do naśladowania.

                  Wspaniale – naiwnie stwierdził Kowalski dla którego bezrobocie było co najwyżej mglistym wspomnieniem z młodości. W zreformowanej gospodarce nieudacznicy (czytaj – zainstalowani przez „komuchów” prezesi, dyrektorzy, kierownicy i ich kolesie na niższych stanowiskach), a nie broń Boże sól tej ziemi, czyli robotnicy, którzy i tak nie nadążali z zaspokajaniem popytu, dzięki bezrobociu nareszcie wylecą ze stołków, robiąc miejsce dla najlepszych pracowników jakim oczywiście jestem. Może nawet zostanę szefem w mojej firmie? – myślał ten i ów trochę bardziej nieśmiało. Wkrótce będę miał wolne wszystkie soboty, zarobki wysokie jak na Zachodzie i czterdziestogodzinny tydzień pracy – kombinował dalej Kowalski. Przyzwyczaiłem się też do bezpłatnej opieki lekarskiej, takiegoż szkolnictwa wszystkich szczebli, dopłat do wczasów, długich urlopów – łącznie z macierzyńskimi, kolonii dla dzieciaków i różnych zawodowych przywilejów. To, że nowe, zreformowane z moim udziałem państwo tego mi nie odbierze jest jasne jak słońce. Przecież wie, że jak podniesie na mnie łapę to będę strajkował, a przywódcy związkowi poprą mnie całym sercem. Sklepy (dzięki likwidacji przymusowych dostaw do ZSRR) nareszcie będą pełne towarów, które będę mógł kupować bez opamiętania za złocisze przechowywane dotąd w materacu. Co tam takie grosze – dzięki zachodnim zarobkom zostanę milionerem. To ostatnie marzenie spełniło się dużo szybciej niż ktokolwiek przypuszczał. Tyle, że Kowalski nie przewidział iż zarabiane przez niego miliony będą warte wielkie g…. , a na dodatek w dalszej perspektywie go zubożą.

         Do czasu ustawy Wilczka, która (pod przykrywką wprowadzenia swobód gospodarczych dla maluczkich) usankcjonowała prawnie kradzież społecznego majątku rozpoczętą przez partyjnych prominentów, nie było w PRL oficjalnych dyskusji na temat prywatyzacji czegokolwiek, co pośrednio zaprzecza tezie o parciu społeczeństwa do kapitalizmu. Natomiast późniejsze nieśmiałe gadki wykazały, że Kowalski wyobrażał sobie wyniki ewentualnej prywatyzacji zupełnie inaczej niż te zafundowane mu przez „nowe elity”. Przede wszystkim liczył na uspołecznienie, lub przynajmniej pakiet akcji, zakładu w którym pracował, gdyż to jego codzienny wysiłek zbudował wartość przedsiębiorstwa. Nikt, nawet w najgorszych sennych koszmarach, nie przewidywał praktycznej likwidacji rodzimego przemysłu. Ponadto spora ilość obywateli uważała, że w ramach prywatyzacji otrzyma na własność (za darmo) zajmowane przez siebie mieszkania. Przecież zostały zbudowane za społeczne, czyli ich pieniądze, płacili za użytkowanie latami i mieli na nie przydział. Kombinowali naiwnie, że państwu nie będzie się opłacało być nadal właścicielem dokładającym do interesu         (w PRL opłaty za mieszkania komunalne i spółdzielcze przeważnie nie pokrywały kosztów eksploatacji), a na ulicę przecież nikogo nie wyrzuci. Waszym przodkom będzie wstyd przyznać po latach, że tak główkowali. Oczywiście nie wszyscy. Niemniej to co napisałem nie jest bajką. Jeżeli wasi rodzice rzeczywiście wierzą, że walczyli o zmianę ustroju, to miał to być twór niewiele odbiegający od opisanego.

             Czyli kolejna utopia, zbudowana z połączenia socjalistycznych zdobyczy i przywilejów z pełnymi sklepami, niezbyt męczącą pracą i niemieckimi zarobkami. Mówiąc prościej, taki socjalizm z lepszym niż na Zachodzie standardem życia. Mitomani nie wypełnili tych naiwnych mrzonek oczekiwaną przez obywateli treścią. Woleli zrealizować interesy swoje i „znienawidzonej komuny”. Ale o tym następnym razem.