Ze stolika gra pomyka, czyli jak w PRL zabijano nudę.

           Gdy patrzymy jak wielcy tego świata dzisiaj nim rządzą, to można łatwo dojść do wniosku, że człowiek wcale nie różni się od zwierzęcia rozumem. Wygląda na to, że jedynym wyraźnym wyróżnikiem naszego gatunku jest potrzeba rozrywki. A ponieważ potrzeba jest matką wynalazku … to w tej dziedzinie obecnie radzimy sobie znakomicie. Prymitywne gry komputerowe pojawiły się już w latach 70-tych, a z nimi rozkwitały salony gry. Po złapaniu oddechu przez komputery personalne, a zwłaszcza po powstaniu internetu, nastąpiła eksplozja gier coraz piękniejszych graficznie i zróżnicowanych tematycznie. Na swój dzień ciągle czeka świat wirtualnej rzeczywistości. Dotychczas podejmowane próby, czy to w salonach gier, czy w komputerach domowych niestety, a może na szczęście, zakończyły się fiaskiem. Niemniej współczesny homo – computericus może, nie ruszając tyłka z fotela, grać sam ze sobą, lub na internecie współzawodniczyć nawet z grupą ludzi, o palmę pierwszeństwa w grach, które go interesują. Już teraz jest tego tyle, że mógłby spędzić całe życie na rozrywce przy komputerze, gdyby nie musiał zarobić na papu. Niewątpliwie raj dla samotnych miłośników rozrywek.

         W PRL tacy samotnicy mieli przerąbane, bo do czasu pojawienia się salonów gier, do ich dyspozycji był jedynie pasjans, czy układanie puzzli, lub klocków. Jak wobec tego ci biedacy walczyli z nudą? Niestety musieli w tym celu, co jest zapewne zupełnie nie do pojęcia dla współczesnych miłośników technologii, skrzykiwać się w grupy. To dawało dostęp do szerokiej gamy różnorakich rozrywek. Z jakiegoś powodu biedniutkie powojenne państwo, mimo borykania się z milionami problemów, od samego początku rozumiało, że ludzie aby nie wpadać w depresję muszą mieć rozrywki. Również takie, w które państwo nie wpychało swoich brudnych paluchów. Dlatego produkowało, lub pozwalało to robić sektorowi prywatnemu, całą masę gier służących rozładowaniu stresu. Od nie wymagających intelektualnego wysiłku gier planszowych, po gry strategiczne, z których najpopularniejsze były szachy warcaby, brydż, czy swego czasu szał wczasowiczów – bierki (poszukajcie sobie toto na internecie).

            Tatko nauczył mnie gry w warcaby, w których był niedoścignionym mistrzem wśród znajomych. Nigdy nie widziałem żeby z kimś przegrał. Dotyczyło to również mnie, gdyż mam pewność, że sporadyczne wygrane jakie z nim zaliczyłem wynikały z litości nad maluczkimi, a nie z moich rosnących umiejętności. Z szachami, które też lubił, radziłem sobie zdecydowanie lepiej. Wiem to, gdyż oboje konfrontowaliśmy swoje umiejętności w parkach zdrojowych Polanicy, czy Dusznik, gdzie rzadko dostawaliśmy wciry od ludzi, którzy okupowali zdrojowe szachownice całymi dniami. Większość kolegów nie chciała ze mną grać, bo taka już ludzka natura, że nikt nie lubi przegrywać. Wreszcie w szkole średniej trafiłem na godnego rywala, co gdyby nie przytomność umysłu pani bibliotekarki, mogło nas obu wpędzić w kłopoty. Przypadkiem odkryliśmy, że biblioteka szkolna zawiera nie tylko lektury, ale również samotne puzderko z pięknym kompletem szachów. No i się zaczęło. Siadaliśmy do rozgrywki ze dwa razy w tygodniu na początku dużej przerwy, ale bardo rzadko udawało się nam skończyć partię przed jej zakończeniem. Wobec czego graliśmy sobie w najlepsze w czasie lekcji, nie zaszczycając klasy i nauczyciela swoją obecnością, bo przecież nauka jest dla głupich. O dziwo nie każdy nauczyciel raczył sprawdzać obecność w środku dnia, więc czasem uchodziło to nam na sucho. Po jakichś dwóch miesiącach naszych regularnych pojedynków, pani bibliotekarka zainteresowała się zbyt dużą ilością „okienek” lekcyjnych, przedziwnie następujących zawsze po dużej przerwie, na której zaczynaliśmy rozgrywkę. Nas zapytała tylko z jakiej klasy jesteśmy, po czym przeprowadziła dochodzenie na własną rękę. Sprawa się rypła, ale zamiast opr dostaliśmy od niej obietnicę, że jeżeli nie uda się nam zakończyć partyjki na przerwie, to nie pozwoli nikomu ruszyć szachownicy do końca dnia. Wagary się skończyły i chcąc nie chcąc musieliśmy kończyć grę na kolejnych przerwach, lub po lekcjach.

                Kolejną popularną rozrywką ludków w PRL były różnorakie gry karciane. Niemal wszystkie wymagały pewnej strategii, ale moją niemal pasją od późnej podstawówki aż do studiów stał się brydż. Ze stolika gra pomyka zaczęła się dla mnie przypadkiem. W mieszkaniu obok, na stancji, przebywali dwaj studenci, pasjonaci brydża. Jak wiadomo miłośnikom tej gry najtrudniejszym jej elementem jest skompletowanie czwórki. Ta przypadłość nie omijała także moich tymczasowych sąsiadów, a że na bezrybiu… zaczepili kiedyś mnie i mojego przyjaciela z góry, czy nie chcielibyśmy z nimi zagrać. Usłyszeli, że oboje znamy brydża jedynie ze słyszenia, co ich cokolwiek zawiodło. Jednak po kilku dniach posuchy ofiarowali się nas nauczyć. Czy to ze względu na to, że zaklasyfikowali nas jako smarkaczy, czy też zakładali, że nie będą zbyt często skazani na grę z nami, wyłożyli nam podstawowe zasady„dla głupich”, po czym przemęczyli się z nami przez dwa kolejne wieczory.

            Graliśmy, o ile można tak to nazwać, sporadycznie, aż do czasu ich kolejnej długiej posuchy. Na dodatek przygotowywali się do gry w turnieju, więc musieli trenować. Nasi rodzice nie mieli nic przeciwko temu, że spędzamy czas do późnych godzin nocnych po sąsiedzku, gdzie niejako mieli nas na oku, no i wreszcie mogliśmy złapać bakcyla. Przez kilka wieczorów bardzo nas dziwiło, że studenci czemuś w każdej rozgrywce licytują kolory, które akurat były naszym atutem, więc kontry latały szybciej i gęściej niż kule z kałacha. Niemal zawsze byliśmy też zdziwieni ostatecznym wyborem koloru rozgrywki. Studentów ta sytuacja wyraźnie bawiła, do czasu aż przestali nas lekceważyć. Bo brydż to taka bestia, że składa się nie tylko z licytacji ale i ze sposobu rozgrywki. W tej ostatniej nonszalancja i lekceważenie przeciwnika szybko się mści. To samo spotkało studentów. Licytowali zbyt wysokie kontrakty licząc na nasze niedoświadczenie. Mało tego czasem grali na siłę, mimo że to my mieliśmy dobry rozkład, który w rozgrywce udawało nam się wykorzystać. Gdy dotarło do nich, że po obróbce możemy być dla nich zupełnie przyzwoitym sparringpartnerem, zdradzili nam sekret, że oni posługują się w licytacji systemem i wyłożyli nam jego podstawowe zasady. Na jakiś czas nam to wystarczyło, kontry przestały latać gromadami, bo rozumieliśmy o co im biega. Gdy sięgnęliśmy po literaturę tematu okazało się, że systemów licytacji jest całe mnóstwo. Wtedy zabawa rozpoczęła się na dobre. Wybraliśmy sobie z przyjacielem inny system, potrenowaliśmy kilka dni na sucho i …. zanim studenci się zorientowali co robimy przez kilka wieczorów dostali porządne wciry. W szkole średniej udało mi się zarazić brydżem kilku kolegów i często urządzaliśmy sobie południa z kartami, pogaduszkami i muzyką. Dopiero na studiach dopadała mnie choroba posuchy. Coraz trudniej było skompletować czwórkę, bo dorosłych młodzieńców bardziej interesowały inne rozrywki i swawole. Bywało tak, że jedynie wódka była magnesem do skompletowania składu stolika. Niestety po kilku kieliszkach, gra przeważnie już nie potrafiła sprawnie pomykać i zamieniało się to raczej w nocne Polaków rozmowy. Co zresztą ciągle oceniam jako lepszą rozrywkę niż, mniej lub bardziej bezmyślne, obracanie gier komputerowych.

Czy spełniłeś już swój obywatelski obowiązek ? – czyli wybory w PRL.

              Jednym ze sztandarowych zarzutów piewców teraźniejszego (w ich opinii) błogostanu, wobec państwa, które usiłują zohydzić rodakom, jest brak demokracji w PRL. Przy czym rzadko uzasadniają swoje twierdzenia racjonalnymi argumentami. Spróbuję wobec tego spojrzeć nieco inaczej na przeszłość.

         Pierwszy powojenny rząd Rzeczypospolitej Polskiej, która jeszcze nie włączyła do swojej nazwy przymiotnika Ludowa, został wyłoniony po wyborach powszechnych. Oczywiście piewcy z oburzeniem zakrzykną – sfałszowanych. Być może, bo nikt nie był w stanie tego twierdzenia udowodnić, ale ważniejszy jest inny fakt. Tak kochane przez nas dzisiaj z niewiadomych powodów kraje Zachodu, na dodatek wtedy i dzisiaj sojusznicy, bez mrugnięcia powieką uznały ten oszukańczy twór za legalne państwo. Władcy największych kapitalistycznych potęg składali w nim wizyty częściej i jakby chętniej niż w III RP, bo były one niejednokrotnie kilkudniowe, a nie kilkugodzinne. To państwo, generalnie szanowane na świecie nie tylko dlatego, że było drugą potęgą Układu Warszawskiego, ale również z powodu osiągnięć gospodarczych i cywilizacyjnych, co kilka lat przeprowadzało na swym terytorium wybory powszechne. Wiem, wiem, listy wyborcze były układane przez „kierowniczą siłę narodu” i obywatel nie miał żadnego wpływu na to kto będzie wybrańcem.

          Tutaj ciśnie mi się na klawiaturę krótkie słowo – czyżby? Obywatel miał przecież prawo do dowolnego skreślania kandydatów z listy. Gdyby chciał zamieszać w systemie, to nawet bez znajomości kandydatów, mógł bez trudu przekazać władzę drugiemu garniturowi wybrańców. Mógł też wybrać na lidera któreś ze stronnictw, czyli Stronnictwo Ludowe, Demokratyczne, czy Zjednoczonych Chrześcijan. Nie było bowiem dla nikogo tajemnicą, że najważniejsze figury w państwie startowały do wyborów z pierwszych miejsc na listach. Ten system funkcjonuje również teraz. Nie chcę tutaj słuchać zarzutów, że i tak by sfałszowali, bo w sytuacji gdy prawie nikt nie próbował są one bezpodstawne. Na wybory w PRL chodziło zawsze ponad 90% uprawnionych. Jednak zaledwie garstka szła za kotarkę w celu skreślenia kogokolwiek. Osobiście nie rozumiem dlaczego. Oczywiście znam te powszechne legendy o tym, jak to samo zbojkotowanie wyborów, nie wspominając już o pójściu za kotarkę, mogło pozbawić delikwenta jakiegoś mizernego stanowiska, lub narazić na szykanowanie przez kierownika czy brygadzistę. Co znaczyłoby, że w gruncie rzeczy byliśmy społeczeństwem pieprzonych konformistów. Ten punkt widzenia potwierdza frekwencja wyborcza za czasów krótkiego oddechu wolności, gdy blisko dziesięć milionów członków Solidarności, zlekceważyło wezwanie swego kierownictwa do bojkotu wyborów i grzeczniutko, jak zwykle, wrzuciło swoje niesplamione atramentem listy do urn. Jeżeli nadal ktokolwiek uważa, że wybory były niedemokratyczne to wina za to nie leży po stronie ówczesnych władz. Za konformizm, czy może bardziej brutalnie tchórzostwo, społeczeństwo płaciło rzeczywistością, którą mogło próbować zmienić. Wizyta za kotarką niczym nie groziła. Skąd wiem?

       Krótko przed pierwszymi wyborami w których uczestniczyłem świadomie, czyli nie wrzucając koperty za mamusię, czy tatusia, odwiedziłem drzwi otwarte Sląskiego Okręgu Wojskowego. Służba wojskowa była przymusowa, więc chciałem zobaczyć co mnie czeka. Dzień był pogodny i pełny zabawy, bo wojsko chciało się pokazać z jak najlepszej strony. Załapałem się na jazdę czołgiem i transporterem opancerzonym, odstałem swoje po słynną grochówkę, ale po kilku łyżkach czar prysnął. Grochówka była pyszna, ale jej smak zrujnował gen. Jaruzelski. Tak się złożyło, że również brał udział w dniu otwartym koszar i robiąc dobrą minę do złej gry, pozornie uprzejmie odpowiadał na pytania prostaczków. Gdy podchodziłem, chcąc go obejrzeć z bliska, widowisko gwałtownie zmieniło swój charakter. Generał nie zważając na gapiów zaczął sztorcować z wściekłością jakiegoś porucznika. Byłem jeszcze zbyt daleko, aby usłyszeć o co poszło, ale w miarę zbliżania się widziałem jak z twarzy wyprężonego porucznika odpływa krew. Niemal w mgnieniu oka zrobił się popielaty. Wyglądało, że za chwilę zemdleje. Jaruzelski musiał to zauważyć, bo przerwał swoją tyradę i odprawił go szorstko. Ta scena zniechęciła mnie do wojska, bo jeżeli tak można traktować porucznika, to szeregowy zapewne był śmieciem. Mnie, wychowanemu z jedynie minimalną dozą dyscypliny, nie mieściło się w głowie znoszenie takiego poniżenia.

        Przyszła pora wyborów i okazało się, że Jaruzelski, który mieszkał na stałe w Warszawie, kandyduje do Sejmu ze Sląskiego Okręgu Wojskowego, czyli we Wrocławiu. Nie odmówiłem sobie przyjemności skorzystania z kotarki. Jedyną karą jaka mnie spotkała, były lodowate spojrzenia komisji wyborczej, która do czasu gdy wrzucałem swój głos miała tylko promienne uśmiechy dla wyborców. Sprawdziłem wyniki i Jaruzelski otrzymał 93% głosów z jakimś hakiem, czyli nie tylko ja go skreśliłem. Niestety korzystających ze swobód obywatelskich było niewielu. Mimo tego, że w każdych kolejnych wyborach skreślałem nie tylko Jaruzelskiego, ale również konkurentów ludzi, którym chciałem pomóc dostać się szczególnie do władz lokalnych, zawsze wygrywali „przodownicy” list. Zbyt mało było nonkonformistów. Największym zaskoczeniem były dla mnie odpowiedzi członków NSZZ, gdy ich pytałem dlaczego zlekceważyli wezwanie do bojkotu wyborów. Nie usłyszałem niczego nowego oprócz legend, które przetrwały z czasów poprzednich. A wydawało się, że wszyscy wreszcie podnieśli się z kolan i oddychają pełną piersią.

          Niestety to poczucie niemocy, a może i strachu, pokutuje do dzisiaj. Młode pokolenie jakoś nie rozumie, że wykorzystując system, może pogonić to tałatajstwo i pokazać, bez bezowocnego szwendania się po ulicznych protestach, co potrafi. Reszta zamiast pozbawić szans na urzędowanie ten sam rotacyjny pierwszy garnitur i głosować na ludzi z niskich pozycji na listach (kto wie może złapali by byka za rogi i odsunęli w cień nieudanych liderów), nie chodzi na wybory. Kolejne władze wybiera dzięki temu niecałe 20% uprawnionych do głosowania, a milcząca ponad 60-cio procentowa większość cierpi. Czy takie wybory naprawdę mają coś wspólnego z demokracją? Czy miliony złociszy, spędzone na mniej lub bardziej puste obietnice wyborcze, które zdecydowanej większości obywateli nie skłoniły do ruszenia tyłków z kanapy i pójścia na wybory, dają któremukolwiek rządowi III RP bardziej wiarygodną legitymację do sprawowania władzy niż „komuchom” w PRL?

Surrealizm zakupów w PRL.

        Gdyby zapytać młodego człowieka, który został zindoktrynowany przez współczesnych przerabiaczy historii, jak wyglądały zakupy w PRL, to zapewne powiedziałby, że na półkach nie było niczego poza octem, musztardą i okazjonalnie herbatą. Co więcej, zapewne według niego odnosiło się to do całych 45 lat rządów komuny. Pomijając fakt, że przeczy to logice, bo jak przy takim wyżywieniu ludność PRL mogla rozmnożyć się o 15 milionów, nie wspominając już o tym, po jaką cholerę ludzie stali w kolejkach za niczym, to rzeczywiste braki na półkach dotyczyły jedynie niecałych pięciu lat dyktatorskich rządów Jaruzelskiego.

Zacznijmy od początku. Lata 1945 – 56 w handlu to w dużym stopniu imitacja międzywojnia. Władza dopiero się instalowała, a ludzie ciągle żyli nawykami systemu kapitalistycznego. 

Od piwnicy aż po dach, niech radośnie rośnie gmach…

czyli cały naród buduje Warszawę.

              Nie użyłem słowa odbudowuje, bo na dobrą sprawę odbudowywać można było tylko prawobrzeżną Stolicę. Resztę trzeba było zbudować niemal od nowa. Co ciekawe „prymitywne, niedouczone komuchy” nie robiły tego na łapu capu, ale zaplanowały całe nowe dzielnice, ciągi komunikacyjne, a nawet stworzyły nowy trend architektoniczny, zwany dzisiaj socrealizmem. Koronnymi dziełami tego budownictwa są dzisiaj warszawski MDM i cała Nowa Huta.

Przerażający cień atomówki.

          Niemal natychmiast po zakończeniu wojny w Europie doszło do ochłodzenia stosunków pomiędzy dotychczasowymi sojusznikami.  Amerykanie skutecznie wmówili niemal całemu światu, że to oni wygrali wojnę i chyba sami w to uwierzyli. Tymczasem jeśli spojrzeć na wojenne statystyki sił, to bez trudu zauważymy, że ich udział w zwycięstwie był           ( jeżeli nie liczyć tzw. pomocy wojennej dla ZSRR) niezbyt wielki. Te statystyki tłumaczą częściowo dlaczego Zachód lekką ręką sprzedał nas w Jałcie, wraz z całym Blokiem Wschodnim. Do tego, aby wygrać wojnę na Dalekim Wschodzie, Amerykanie potrzebowali pomocy Sowietów. Ta pomoc w pokonaniu Japonii spowodowała również, nieprzewidziane przez USA, zarażenie ideologią socjalistyczną Chin, Korei, Wietnamu i Mongolii. Nic zatem dziwnego, że nastąpiło ochłodzenie w relacjach sojuszników. USA musiało sobie znaleźć mocnego i wiernego sojusznika w Europie. Francuzi nigdy nie byli postrzegani przez Amerykę jako przyjaciele. Wielka Brytania, pomimo zastraszającego tempa rozpadu Imperium, nie była skłonna zostać wasalem USA. Nie pozwala na to urażona, ale ciągle istniejąca narodowa duma. Padło na Niemcy. Powołanie do życia bardzo marionetkowego w pierwszych latach RFN i sowiecka odpowiedź kompletnie zależnym od Stalina NRD, złamała wcześniejsze umowy o powojennej jedności Niemiec i było faktycznym początkiem zimnej wojny.  

Dorastanie wśród ruin.

           Dziesięć lat po wojnie Wrocław wciąż ją pamiętał. Wypalone kikuty domów, które można było spotkać niemal co krok, nie pozwalały o niej zapomnieć. Dotyczyło to jednak tylko dorosłych mieszkańców. Dla mnie, jak i dzieciaków z sąsiedztwa ruiny były po prostu częścią zastanej rzeczywistości. Na równi z parkami, ulicami, rzeką, mostami, czy placami zabaw. Co więcej, nadawały się również do zabawy. Słowo wojna było nam oczywiście znane, ale nie było czymś groźnym. Było to wydarzenie z przeszłości, o którym dorośli niechętnie z nami rozmawiali. Z jednej strony zapewne dlatego, że sami chcieli o nim zapomnieć, a z drugiej przypuszczalnie zakładali, że jesteśmy zbyt młodzi, aby cokolwiek z tego zrozumieć. Ponadto nie zabraniali nam bawić się w wojnę, czy to ołowianymi żołnierzykami, czy w czasie podwórkowych gonitw. Z perspektywy czasu nie bardzo mogę zrozumieć dlaczego nam nie bronili takich zabaw, ale to przyzwolenie powodowało, że wojna nie była dla nas niczym groźnym. Była po prostu jedną z wielu zabaw. Być może dlatego, gdy znajdowaliśmy od czasu do czasu amunicję, granaty, czy większe niewypały, nie wzbudzało to w nas strachu, ale ciekawość, za którą niektórzy z nas zapłacili śmiercią lub kalectwem.

Nuda Małej Stabilizacji.

                W ramach zohydzania PRL-u, byli prominenci i beneficjenci tamtego systemu, wmówili młodemu pokoleniu, że totalna beznadzieja okresu tzw. Małej Stabilizacji walczyła o lepsze z szarzyzną życia tłamszonych obywateli. Gdyby wierzyć w te bzdury to wyszłoby, że mieszkańcy takiego padołu łez żyli w wiecznej depresji, rozglądając się tylko za sznurem, albo żyletką, aby jak najszybciej zakończyć swoją nędzną wegetację. Niestety fakty temu przeczą. Bo podobnie jak szarość PRL-u można udowadniać jedynie dzięki czarno białym fotografiom i niestety istniejącym do dzisiaj elewacjom większości budynków, tak niewątpliwy zastój gospodarczy okresu gomułkowskiego, wcale nie świadczy o tym, że nic się nie działo.

               Ogromnym wysiłkiem większości społeczeństwa, pozbawiony pomocy z zewnątrz kraj dźwigał się z ruin w tempie porównywalnym z Europą zachodnią. Zdewastowane i zrabowane zakłady przemysłowe, często sumptem własnych pracowników, rozkręcały produkcję. Oświetlane dotąd świeczką i kagankiem wsie pomalutku zaczęły się oswajać z żarówką elektryczną. Transport pracowników, możliwy po wojnie jedynie dzięki ciężarówkom wojskowym, został zastąpiony przez tramwaje i autobusy miejskie i uzupełniony skutecznie przez PKP i PKS. Coraz częściej balujący klient mógł skorzystać z taksówki, która jeszcze we wczesnych latach sześćdziesiątych musiała, na postoju Fiakrów, walczyć o lepsze z koniem. Wkrótce frajda podróży dorożką stała się niedostępna. Niepokorna w każdym pokoleniu młodzież, zmusiła partyjny beton do uznania, ba polubienia, rock and rolla, do dźwięków którego na balach przytupywali najwyżsi oficjele.

    Zapewne jedynie w ramach walki z niepotrzebnym importem rozpoczęto produkcję aut wszelkich rozmiarów i przeznaczenia, a może należałoby by to nazwać fałszywą ambicją, bo dzisiaj z ochotą i powodzeniem robią to za nas zagraniczne firmy. Jeszcze większe zdziwienie może budzić fakt, że porwaliśmy się na budowę własnych pociągów, tramwai, a nawet niektórych typów samolotów, które mogliśmy bez trudu, podobnie jak dzisiaj kupić za granicą. Kompletnym paradoksem jest, że pomimo niechęci Gomułki do mechanizacji rolnictwa, wytwarzaliśmy własne traktory i maszyny rolnicze. Również trudno zrozumieć dlaczego mieszkania komunalne, budowane przestarzałą i powolną metodą układania na sobie solidnych cegieł, wyposażano w łazienki. Czym robotnicy zasłużyli sobie na takie luksusy? Dotąd mieszkania miały wychodki na półpiętrze klatki schodowej, albo wręcz na zewnątrz. Komu to przeszkadzało?

         Zastój gospodarczy nie przeszkadzał też zwolennikom mody w naśladowaniu światowych trendów. Wprawdzie władze dość rzadko pozwalały Łódzkim szwaczkom na masową produkcję modnych ciuchów, ale nie wstrzymały produkcji surowców do ich wytwarzania, czyli znakomitej jakości różnorakich materiałów z metra. Tutaj wkraczał sektor prywatny, którego wbrew współczesnej propagandzie, władze zbytnio nie gnębiły, bo były takie czasy w historii PRL, że wytwarzał ponad 20% PKB. Oczywiście był drenowany podatkami, ale czy dzisiaj dzieje się inaczej? Mniejsze i większe zakłady krawiecki szyły więc na zamówienie, nie tylko modnie ale i na miarę. Zaryzykuję tutaj stwierdzenie, że polskie modnisie prezentowały się dużo lepiej niż ich kapitalistyczne koleżanki, które musiały ubierać się w masówkę. Wszyscy bowiem wiemy, jak leżą na kimkolwiek ciuchy zebrane z haka w Galerii handlowej.

Gdzie szosy biała nić, tam śmiało bracie wyjdź

        i nie martw się co będzie potem. Autostop, przez „miłośników komuny” uważany za kolejne narzędzie używane do śledzenia obywateli, w rzeczywistości pozwolił rzeszom młodych ludzi na swobodne, darmowe podróżowanie po kraju. Wymóg posiadania 150 złociszy na książeczce PKO, które zresztą można było wyjąć natychmiast po zarejestrowaniu książeczki z kuponami, nie był żadnym ograniczeniem tej swobody, a przeciwnie, niejednokrotnie pozwalał znużonym wędrówką autostopowiczom na powrót do domu koleją czy PKS – em, lub na kilka porządnych posiłków. Jeżeli był jakimś narzędziem kontroli to jedynie tych wyrzutków, którzy dziękowali kierowcom za przysługę pociętymi fotelami lub innym wandalizmem. Niejednokrotnie zapobiegały również drobnym kradzieżom z ciężarówek lub samochodów dostawczych. Bowiem zbierane przez kierowców kupony pozwalały na łatwe odnalezienie zarejestrowanego delikwenta. Zresztą w latach największej popularności książeczka autostopu była wręcz niezbędnikiem, który umożliwiał takie podróżowanie. Bowiem kierowcy zachęcani przez radio nagrodami za uprzejmość i ostrzegani przed wandalizmem w zasadzie przestali zabierać podróżników „na palucha”. Dlatego zagraniczni autostopowicze odwiedzający PRL też korzystali z książeczek. Osobiście korzystałem z autostopu tylko na stosunkowo krótkich dystansach. Nie tylko dlatego, że wylotówki z miast były w sezonie wakacyjnym wręcz oblężone przez konkurentów łaknących podróży. Przy okazji czekania można było przecież zawrzeć interesujące znajomości. Po prostu bardzo ciężko było złapać okazję na podróż długodystansową. Ponieważ starałem się co roku poznać inny region naszego pięknego kraju, wolałem nie marnować kilku dni na dojazd nad morze czy w góry i poświęcić ten zaoszczędzony czas na piesze wędrówki po wybranej krainie. Na dodatek przeważnie nie czekałem z innymi na wylotówkach, ale łapałem okazje idąc wzdłuż szosy do kolejnej miejscowości. Niejednokrotnie lokalni kierowcy, którzy podrzucali nas kilkanaście kilometrów, proponowali jakieś ciekawe miejsca, o których istnieniu i pięknie nie mieliśmy pojęcia. Dzięki temu w czasie podróży wzdłuż Bałtyku, przekonałem się, że jeziora Pobrzeża Słowińskiego są znakomitą alternatywą dla morza przy niepewnej pogodzie i odkryłem uroki Pojezierza Pomorskiego, które pozostaje niemal nieznane do dzisiaj, bo wszyscy się pchają na przereklamowane Mazury. Przy tym Mazury nie bardzo się nadają do autostopu, bo najlepiej jest oceniać ich urok z żaglówki, kajaka, lub w ostateczności korzystać z, wtenczas państwowej żeglugi, która na pewno zaskoczy niezorientowanych statkami poruszającymi się dzięki zmyślnemu urządzeniu po torach, aby mogły przedostać się na inne jezioro. Bez istnienia autostopu zapewne nie odwiedziłbym niemal każdej wioski nadmorskiej od Krynicy Morskiej do Świnoujścia, wybierając przy tym najlepsze bazy do zabawy i wylegiwania się na złotym piasku na dłuższe pobyty w kolejnych latach. Wprawdzie w latach 60 – tych nawet duże i popularne wczasowiska, poza Sopotem, nie były jeszcze specjalnie zatłoczone, ale już w następnej dekadzie takie dziury jak Rozewie, Niechorze, czy Rewal pozwalały na uciechy bez potrzeby zrywania się przed świtem, aby zająć kawałek miejsca na plaży. Zapewne bez autostopu nie przemierzyłbym także (dla mnie nieciekawych) Bieszczad, a być może nie odkryłbym również Sandomierza, Lublina, Zamościa i Majdanka, nie wspominając o pełnych zaskakujących widoków Beskidach. Tak to dzięki wrednym komuchom, książeczkowi autostopowicze korzystali masowo ze swobody jaką dawała darmowa podróż, czasem w niezaplanowanym kierunku, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że są kontrolowani przez wszystkowiedzącą bezpiekę, choć nie mogło umknąć ich uwagi, że końcówka książeczki nie zawiera fraszek i dowcipów tylko próbuje ich indoktrynować. Tyle, że nawet wielogodzinne oczekiwanie, na czasem oblepionych ich konkurentami wylotówkach, nie potrafiło nikogo zmusić do czytania tych dyrdymał.

Polska młodzież śpiewa polskie piosenki.

              Według mediów, które robią wszystko aby oczernić PRL, ówczesne władze, z zacietrzewieniem godnym lepszej sprawy, walczyły z muzycznym trendem zwanym rock and roll. Tymczasem jak spojrzymy na historię muzyki, która jest z przyjemnością grana i słuchana do dzisiaj, to od narodzin miała ona pod górkę na całym świecie.

            Początki nowego trendu w muzyce nie były łatwe nawet za Oceanem. Lata pięćdziesiąte w kraju broniącym wszelkich wolności to czasy dyskryminacji rasowej, a rock and roll, podobnie jak blues, był początkowo muzyką potomków Wuja Toma. Kto wie czy kiedykolwiek wyszedłby poza kluby młodzieżowe południa USA, gdyby nie biały chłopak z Memphis, Tennessee. Obdarzony pięknym głosem, sympatyczny i przystojny Elvis był tym, który otworzył szeroko drzwi dla rock and rolla. Przez kilka pierwszych lat kariery, wykonywał głównie utwory swoich czarnych kolegów. Oni nie mieli nic przeciwko temu, pomimo że to Elvis zgarniał wszystkie laury, gdyż był to dla nich chłopak z podwórka. Urodził się w biednej rodzinie i wychowywał się wśród nich. Radio, a nieco później Hollywood, chętnie popularyzowały nową muzykę, bo tłukły niezłą kasę na Elvisie. Lawina ruszyła, ale rozpędzała się powoli.

           Nam się wmawia, że ówczesne władze PRL – u wręcz zwalczały rock and rolla. Jest to tylko półprawda. Bowiem z jakiegoś powodu ta muzyka była nielubiana przez wszystkie rządy świata. W USA niektóre lokalne samorządy próbowały nawet likwidować stacje radiowe nadające na ich terenie rock and rolla, wydając zakazy zlecania im reklam przez miejscowych przedsiębiorców. Ponieważ było to główne źródło finansowania rozgłośni, zakazy mogły by być skuteczne, gdyby nie zdecydowane protesty młodzieży i co rozsądniejszych członków lokalnych społeczności. W Wielkiej Brytanii, gdzie nowa muzyka trafiła najwcześniej zza Oceanu, była uważana przez polityków niemal za narzędzie szatana (wpływała zbytnio na rozluźnienie obyczajów) i grana wyłącznie w klubach, dla kilkusetosobowej widowni. Politycy czepiali się nawet niechlujstwa, a przede wszystkim długich włosów, albo po naszemu kudłów muzyków. Gdy dzisiaj patrzymy na wczesne występy ukrawaconych, odzianych w ciemne garniturki, z na pewno nie militarnymi, ale jednak zadbanymi i ulizanymi fryzurami, Beatlesów czy Rolling Stonesów, to ogarnia nas na te napaści jedynie pusty śmiech. Brytyjskie zespoły przywlokły rock and rolla do kontynentalnej Europy na zaproszenia właścicieli klubów, którzy chcieli nieco rozruszać interes. Trzeba było kilku lat zanim rock and roll stał się muzyką głównego nurtu.

            Podobnie jak na Zachodzie, także u nas nowa muzyka rodziła się w bólach. Zespoły, które się z nią zmierzyły, jak np. Czerwono Czarni, grały przede wszystkim już uznane standardy rock and rolla, na dodatek po angielsku. Przełom nastąpił, gdy wymyślono dla tej nowości rodzimą, choć ciągle anglojęzyczną nazwę – Big Beat, a Niebiesko Czarni rzucili hasło:          „ Polska młodzież śpiewa polskie piosenki ”. Nie trzeba już było wyważać drzwi. Bigbeatowe zespoły powstawały jak grzyby po deszczu. Niektóre z nich przetrwały nawet zmianę ustroju, inne, jak wyśmiewana i poniżana przez media Karin Stanek, która pozostawiła po sobie „Autostop” i „Chłopak z gitarą” , zabłysły jedynie na chwilę. Wkrótce nowa muzyka dostała się również na salony partyjne, a ulubione przez „komuchów” z najwyższej półki gwiazdy, jak Kasia Sobczyk, czy Czerwone Gitary, musiały im przygrywać w Sylwestrową noc, zamiast same się gdzieś zabawiać, albo grać dla szerokiej publiczności jak to się dzieje teraz. Szafy grające, które młode pokolenie może zobaczyć w amerykańskich filmach z lat sześćdziesiątych, znajdowały swoje miejsce w coraz większej ilości knajpek, umilając za drobną opłatą życie polskiej młodzieży. Polskie Nagrania i Muza wydawały płyty z rock and rollem. Dla niecierpliwych powstało całe mnóstwo „Studiów nagrań”, gdzie niemal na drugi dzień, można było kupić na marnej jakości „płytach pocztówkowych” najnowsze przeboje. Ba, można było na taką płytę nagrać życzenia z okazji, lub bez, dla dziewczyny czy chłopaka.

    Mimo to źródło prawd wszelakich, Radio Wolna Europa, nadal twierdziło, że „komuchy” wręcz nie pozwalają nawet słuchać big beatu. Miało to swoje dobre strony, a to dzięki codziennej anty-komuszej audycji tegoż radia „rendez-vous ( ran de wu) o szóstej dziesięć ”. Korzystając ze zdobyczy nowoczesnych technologii, czyli koreańskiego tranzystora, chodziliśmy sobie z kolegą z podstawówki, niemal codziennie, po okolicznych ulicach, karmiąc siebie i otwarte okna najnowszymi piosenkami zagranicznych zespołów. Niejednokrotnie mijaliśmy przedstawicieli MO, którzy jakoś nigdy nas nie zaczepili. Widocznie nie mieli pojęcia, że powinni brutalnie zwalczać zwolenników rock and rolla. O RWE nie wspominając.