Od piwnicy aż po dach, niech radośnie rośnie gmach…

czyli cały naród buduje Warszawę.

              Nie użyłem słowa odbudowuje, bo na dobrą sprawę odbudowywać można było tylko prawobrzeżną Stolicę. Resztę trzeba było zbudować niemal od nowa. Co ciekawe „prymitywne, niedouczone komuchy” nie robiły tego na łapu capu, ale zaplanowały całe nowe dzielnice, ciągi komunikacyjne, a nawet stworzyły nowy trend architektoniczny, zwany dzisiaj socrealizmem. Koronnymi dziełami tego budownictwa są dzisiaj warszawski MDM i cała Nowa Huta.

Przerażający cień atomówki.

          Niemal natychmiast po zakończeniu wojny w Europie doszło do ochłodzenia stosunków pomiędzy dotychczasowymi sojusznikami.  Amerykanie skutecznie wmówili niemal całemu światu, że to oni wygrali wojnę i chyba sami w to uwierzyli. Tymczasem jeśli spojrzeć na wojenne statystyki sił, to bez trudu zauważymy, że ich udział w zwycięstwie był           ( jeżeli nie liczyć tzw. pomocy wojennej dla ZSRR) niezbyt wielki. Te statystyki tłumaczą częściowo dlaczego Zachód lekką ręką sprzedał nas w Jałcie, wraz z całym Blokiem Wschodnim. Do tego, aby wygrać wojnę na Dalekim Wschodzie, Amerykanie potrzebowali pomocy Sowietów. Ta pomoc w pokonaniu Japonii spowodowała również, nieprzewidziane przez USA, zarażenie ideologią socjalistyczną Chin, Korei, Wietnamu i Mongolii. Nic zatem dziwnego, że nastąpiło ochłodzenie w relacjach sojuszników. USA musiało sobie znaleźć mocnego i wiernego sojusznika w Europie. Francuzi nigdy nie byli postrzegani przez Amerykę jako przyjaciele. Wielka Brytania, pomimo zastraszającego tempa rozpadu Imperium, nie była skłonna zostać wasalem USA. Nie pozwala na to urażona, ale ciągle istniejąca narodowa duma. Padło na Niemcy. Powołanie do życia bardzo marionetkowego w pierwszych latach RFN i sowiecka odpowiedź kompletnie zależnym od Stalina NRD, złamała wcześniejsze umowy o powojennej jedności Niemiec i było faktycznym początkiem zimnej wojny.  

Dorastanie wśród ruin.

           Dziesięć lat po wojnie Wrocław wciąż ją pamiętał. Wypalone kikuty domów, które można było spotkać niemal co krok, nie pozwalały o niej zapomnieć. Dotyczyło to jednak tylko dorosłych mieszkańców. Dla mnie, jak i dzieciaków z sąsiedztwa ruiny były po prostu częścią zastanej rzeczywistości. Na równi z parkami, ulicami, rzeką, mostami, czy placami zabaw. Co więcej, nadawały się również do zabawy. Słowo wojna było nam oczywiście znane, ale nie było czymś groźnym. Było to wydarzenie z przeszłości, o którym dorośli niechętnie z nami rozmawiali. Z jednej strony zapewne dlatego, że sami chcieli o nim zapomnieć, a z drugiej przypuszczalnie zakładali, że jesteśmy zbyt młodzi, aby cokolwiek z tego zrozumieć. Ponadto nie zabraniali nam bawić się w wojnę, czy to ołowianymi żołnierzykami, czy w czasie podwórkowych gonitw. Z perspektywy czasu nie bardzo mogę zrozumieć dlaczego nam nie bronili takich zabaw, ale to przyzwolenie powodowało, że wojna nie była dla nas niczym groźnym. Była po prostu jedną z wielu zabaw. Być może dlatego, gdy znajdowaliśmy od czasu do czasu amunicję, granaty, czy większe niewypały, nie wzbudzało to w nas strachu, ale ciekawość, za którą niektórzy z nas zapłacili śmiercią lub kalectwem.

Nuda Małej Stabilizacji.

                W ramach zohydzania PRL-u, byli prominenci i beneficjenci tamtego systemu, wmówili młodemu pokoleniu, że totalna beznadzieja okresu tzw. Małej Stabilizacji walczyła o lepsze z szarzyzną życia tłamszonych obywateli. Gdyby wierzyć w te bzdury to wyszłoby, że mieszkańcy takiego padołu łez żyli w wiecznej depresji, rozglądając się tylko za sznurem, albo żyletką, aby jak najszybciej zakończyć swoją nędzną wegetację. Niestety fakty temu przeczą. Bo podobnie jak szarość PRL-u można udowadniać jedynie dzięki czarno białym fotografiom i niestety istniejącym do dzisiaj elewacjom większości budynków, tak niewątpliwy zastój gospodarczy okresu gomułkowskiego, wcale nie świadczy o tym, że nic się nie działo.

               Ogromnym wysiłkiem większości społeczeństwa, pozbawiony pomocy z zewnątrz kraj dźwigał się z ruin w tempie porównywalnym z Europą zachodnią. Zdewastowane i zrabowane zakłady przemysłowe, często sumptem własnych pracowników, rozkręcały produkcję. Oświetlane dotąd świeczką i kagankiem wsie pomalutku zaczęły się oswajać z żarówką elektryczną. Transport pracowników, możliwy po wojnie jedynie dzięki ciężarówkom wojskowym, został zastąpiony przez tramwaje i autobusy miejskie i uzupełniony skutecznie przez PKP i PKS. Coraz częściej balujący klient mógł skorzystać z taksówki, która jeszcze we wczesnych latach sześćdziesiątych musiała, na postoju Fiakrów, walczyć o lepsze z koniem. Wkrótce frajda podróży dorożką stała się niedostępna. Niepokorna w każdym pokoleniu młodzież, zmusiła partyjny beton do uznania, ba polubienia, rock and rolla, do dźwięków którego na balach przytupywali najwyżsi oficjele.

    Zapewne jedynie w ramach walki z niepotrzebnym importem rozpoczęto produkcję aut wszelkich rozmiarów i przeznaczenia, a może należałoby by to nazwać fałszywą ambicją, bo dzisiaj z ochotą i powodzeniem robią to za nas zagraniczne firmy. Jeszcze większe zdziwienie może budzić fakt, że porwaliśmy się na budowę własnych pociągów, tramwai, a nawet niektórych typów samolotów, które mogliśmy bez trudu, podobnie jak dzisiaj kupić za granicą. Kompletnym paradoksem jest, że pomimo niechęci Gomułki do mechanizacji rolnictwa, wytwarzaliśmy własne traktory i maszyny rolnicze. Również trudno zrozumieć dlaczego mieszkania komunalne, budowane przestarzałą i powolną metodą układania na sobie solidnych cegieł, wyposażano w łazienki. Czym robotnicy zasłużyli sobie na takie luksusy? Dotąd mieszkania miały wychodki na półpiętrze klatki schodowej, albo wręcz na zewnątrz. Komu to przeszkadzało?

         Zastój gospodarczy nie przeszkadzał też zwolennikom mody w naśladowaniu światowych trendów. Wprawdzie władze dość rzadko pozwalały Łódzkim szwaczkom na masową produkcję modnych ciuchów, ale nie wstrzymały produkcji surowców do ich wytwarzania, czyli znakomitej jakości różnorakich materiałów z metra. Tutaj wkraczał sektor prywatny, którego wbrew współczesnej propagandzie, władze zbytnio nie gnębiły, bo były takie czasy w historii PRL, że wytwarzał ponad 20% PKB. Oczywiście był drenowany podatkami, ale czy dzisiaj dzieje się inaczej? Mniejsze i większe zakłady krawiecki szyły więc na zamówienie, nie tylko modnie ale i na miarę. Zaryzykuję tutaj stwierdzenie, że polskie modnisie prezentowały się dużo lepiej niż ich kapitalistyczne koleżanki, które musiały ubierać się w masówkę. Wszyscy bowiem wiemy, jak leżą na kimkolwiek ciuchy zebrane z haka w Galerii handlowej.

Gdzie szosy biała nić, tam śmiało bracie wyjdź

        i nie martw się co będzie potem. Autostop, przez „miłośników komuny” uważany za kolejne narzędzie używane do śledzenia obywateli, w rzeczywistości pozwolił rzeszom młodych ludzi na swobodne, darmowe podróżowanie po kraju. Wymóg posiadania 150 złociszy na książeczce PKO, które zresztą można było wyjąć natychmiast po zarejestrowaniu książeczki z kuponami, nie był żadnym ograniczeniem tej swobody, a przeciwnie, niejednokrotnie pozwalał znużonym wędrówką autostopowiczom na powrót do domu koleją czy PKS – em, lub na kilka porządnych posiłków. Jeżeli był jakimś narzędziem kontroli to jedynie tych wyrzutków, którzy dziękowali kierowcom za przysługę pociętymi fotelami lub innym wandalizmem. Niejednokrotnie zapobiegały również drobnym kradzieżom z ciężarówek lub samochodów dostawczych. Bowiem zbierane przez kierowców kupony pozwalały na łatwe odnalezienie zarejestrowanego delikwenta. Zresztą w latach największej popularności książeczka autostopu była wręcz niezbędnikiem, który umożliwiał takie podróżowanie. Bowiem kierowcy zachęcani przez radio nagrodami za uprzejmość i ostrzegani przed wandalizmem w zasadzie przestali zabierać podróżników „na palucha”. Dlatego zagraniczni autostopowicze odwiedzający PRL też korzystali z książeczek. Osobiście korzystałem z autostopu tylko na stosunkowo krótkich dystansach. Nie tylko dlatego, że wylotówki z miast były w sezonie wakacyjnym wręcz oblężone przez konkurentów łaknących podróży. Przy okazji czekania można było przecież zawrzeć interesujące znajomości. Po prostu bardzo ciężko było złapać okazję na podróż długodystansową. Ponieważ starałem się co roku poznać inny region naszego pięknego kraju, wolałem nie marnować kilku dni na dojazd nad morze czy w góry i poświęcić ten zaoszczędzony czas na piesze wędrówki po wybranej krainie. Na dodatek przeważnie nie czekałem z innymi na wylotówkach, ale łapałem okazje idąc wzdłuż szosy do kolejnej miejscowości. Niejednokrotnie lokalni kierowcy, którzy podrzucali nas kilkanaście kilometrów, proponowali jakieś ciekawe miejsca, o których istnieniu i pięknie nie mieliśmy pojęcia. Dzięki temu w czasie podróży wzdłuż Bałtyku, przekonałem się, że jeziora Pobrzeża Słowińskiego są znakomitą alternatywą dla morza przy niepewnej pogodzie i odkryłem uroki Pojezierza Pomorskiego, które pozostaje niemal nieznane do dzisiaj, bo wszyscy się pchają na przereklamowane Mazury. Przy tym Mazury nie bardzo się nadają do autostopu, bo najlepiej jest oceniać ich urok z żaglówki, kajaka, lub w ostateczności korzystać z, wtenczas państwowej żeglugi, która na pewno zaskoczy niezorientowanych statkami poruszającymi się dzięki zmyślnemu urządzeniu po torach, aby mogły przedostać się na inne jezioro. Bez istnienia autostopu zapewne nie odwiedziłbym niemal każdej wioski nadmorskiej od Krynicy Morskiej do Świnoujścia, wybierając przy tym najlepsze bazy do zabawy i wylegiwania się na złotym piasku na dłuższe pobyty w kolejnych latach. Wprawdzie w latach 60 – tych nawet duże i popularne wczasowiska, poza Sopotem, nie były jeszcze specjalnie zatłoczone, ale już w następnej dekadzie takie dziury jak Rozewie, Niechorze, czy Rewal pozwalały na uciechy bez potrzeby zrywania się przed świtem, aby zająć kawałek miejsca na plaży. Zapewne bez autostopu nie przemierzyłbym także (dla mnie nieciekawych) Bieszczad, a być może nie odkryłbym również Sandomierza, Lublina, Zamościa i Majdanka, nie wspominając o pełnych zaskakujących widoków Beskidach. Tak to dzięki wrednym komuchom, książeczkowi autostopowicze korzystali masowo ze swobody jaką dawała darmowa podróż, czasem w niezaplanowanym kierunku, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że są kontrolowani przez wszystkowiedzącą bezpiekę, choć nie mogło umknąć ich uwagi, że końcówka książeczki nie zawiera fraszek i dowcipów tylko próbuje ich indoktrynować. Tyle, że nawet wielogodzinne oczekiwanie, na czasem oblepionych ich konkurentami wylotówkach, nie potrafiło nikogo zmusić do czytania tych dyrdymał.

Polska młodzież śpiewa polskie piosenki.

         Według mediów, które robią wszystko aby oczernić PRL ówczesne władze walczyły z zacietrzewieniem godnym lepszej sprawy z muzycznym trendem zwanym rock and roll. Tymczasem jak spojrzymy na historię muzyki, która jest z przyjemnością grana i słuchana do dzisiaj, to od narodzin miała ona pod górkę na całym świecie. Początki nowego trendu w muzyce za oceanem nie były łatwe. Lata pięćdziesiąte w kraju broniącym wszelkich wolności to czasy dyskryminacji rasowej, a rock and roll miał podobnie jak blues był początkowo muzyką potomków Wuja Toma. Kto wie czy kiedykolwiek wyszedłby poza kluby młodzieżowe południa USA gdyby nie biały chłopak z Memphis Tennessee.

 

 

Kolorowa szarzyzna PRL.

                   Dzisiaj panuje powszechna opinia, że Polska Rzeczpospolita Ludowa to okres powszechnej szarzyzny i beznadziei. Osobiście uważam, że taką tezę można udowodnić jedynie dzięki powszechności biało czarnych fotek. Pomimo istnienia kolorowej fotografii, niewielu mogło sobie na nią pozwolić. W latach pięćdziesiątych dotyczyło to nawet wzbogaconej na wojnie Ameryki. Oprócz sztuki malowanej, rzeczywistość uwieczniało się w odcieniach szarości, dzięki czarno białej technice fotograficznej stosowanej zarówno do zdjęć jak filmów. Później nastąpiła era czarno białej telewizji, która w Polsce przedłużyła się ponad miarę. Jednak brak powszechności kolorowej techniki utrwalania codzienności wcale nie znaczy, że nie ma kolorowych obrazów z tamtych dni. Po prostu nie ma na razie chętnych, którzy chcieliby pokazać, kolorową PRL – owską, jak to ładnie ujęli Rosjanie, prawdę czasu, prawdę ekranu.

            Powojenne lata czterdzieste i pięćdziesiąte w krajach demoludów i zachodniej Europie właściwie niczym się nie różnią, jeżeli chodzi o przeciętny wygląd ulicy. Wszechobecność ruin i konieczność szybkiej odbudowy, powodowały, że ściany zewnętrzne domów i kamienic miały ceniony dzisiaj wygląd surowej cegły, lub różne odcienie szarych, rzadziej beżowych tynków. Zależało to jedynie od naturalnych składników mieszanki piasku i cementu. Nikt nie bawił się w dodawanie farb, bo zrujnowanych wojną krajów nie było stać na takie ekstrawagancje. Podobnie jednolita była elegancja ubiorów. Czerń, granat, popiel, czy okazjonalny brąz lub beż, były kolorami dominującymi. Również w bardziej szykownych kombinacjach w kratę lub paski. Do tego, co najwyżej kolorowy szal, lub chusta na głowę. Zarówno mężczyźni jak kobiety nosili nakrycia głowy. Dla łysej części płci silniejszej był to jak powiadają niektórzy raj, bo łysiny nie widać spod kapelusza czy beretki, a nie ma to jak pierwsze wrażenie przy podrywaniu. Później idzie już przeważnie z górki.

          Gdy ogląda się zdjęcia z lat powojennych, to tylko po języku napisów na sklepach i rodzaju samochodów można stwierdzić z jakiego kraju pochodzą. Pod względem ubiorów, fryzur i makijażu ulica w kraju i za granicą, nawet tak odległą jak USA niewiele się różni. No dobra, powiedzą niektórzy. Powojenną biedę dzielili wszyscy, ale później oni nam uciekli. Na pewno pod względem technologicznym, ale rzecz jest – przypominam – o szarości. Kolory w PRL – u, niejako wbrew siermiężnej gomułkowskiej gospodarce, zadomowiły się na dobre już w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Kwieciste, za którymi specjalnie nie przepadam, ale jednak wielokolorowe sukienki stały się powszechne na polskiej ulicy. Za nimi podążały nieśmiało, a jednak coraz liczniej, zieleń, czerwień, żółć, błękit i purpura. Solo lub w przeróżnych kombinacjach pasiastych, kraciastych, cętkowatych, kropkowanych czy plamistych.

                Wraz z nastaniem minispódniczek, na ulicach codziennie pojawiała się tęcza, która rozstawiała po kątach panienki ciągle hołdujące kwiatom. Nawet tym we włosach, bo ruch hippisów nigdy nie wyszedł w PRL z niszy. Płeć brzydka, mimo podziwu dla odwagi swoich wybranek, niechętnie pozbywała się własnego konserwatyzmu w ubiorze. Oczywiście w awangardzie byli młodzieńcy, którzy bez żalu rozstawali się z garniturami i coraz śmielej eksperymentowali z kolorami w ubiorze. Osobiście poza ubiorem szkolnym, nie miałem nawet spodni w konserwatywnych kolorach i tylko jedną białą koszulę na wielkie okazje, do popielatego garnituru. Reszta szafy była wielokolorowa, bo tatko, z którym ją dzieliłem, też nie przepadał za czernią i granatem. Mało tego, że ulica, szczególnie od wiosny do jesieni, nie była szara. Nie była również nudna. Kobiety nie przepuściły, żadnej okazji na naśladowanie zachodnich trendów mody. Maszyny krawieckie aż furczały aby każdy, krytykowany przez telewizję, najnowszy krzyk mody mógł już na drugi dzień pojawić się na polskiej ulicy. Nasze rodzime firmy jak Telimena, czy Moda Polska też nie stroniły od kolorów i śmiałego wzornictwa.

                   Panie były piękne i modne, ale mężczyźni nie pozostawali daleko w tyle. Trencze, golfy, non irony, polo, dzwony, rurki, papuzie skarpetki, czy potwornie niewygodne buty zwane beatlesówkami, były codziennym widokiem w „komuszej” Polsce. Tutaj zapewne naraziłem się paniom, bo buty to przecież ich domena i miłość, ale nawet osoba z lepszą niż moja pamięcią, nie byłaby w stanie wymienić wszystkich modnych trendów w damskim obuwnictwie, którymi swoje piękne stopy torturowały panie w czasach wmawianej nam szarości.

WARS wita was, czyli wędrówki męczące.

               Gdy patrzy się dzisiaj na agonię transportu publicznego trudno w to uwierzyć, ale „komuchy” już w późnych latach pięćdziesiątych odbudowały ze zniszczeń większość infrastruktury kolejowej, tramwajowej, a do tego udało im się uzupełnić transport masowy autobusami PKS-u, aby lud pracujący miast i wsi nie miał większych problemów z dojazdem do pracy. We Wrocławiu transport kolejowy był częścią transportu miejskiego i pociągi osobowe stawały na każdej stacyjce w granicach miasta. Część mieszkańców przez lata nie używała transportu MPK aby poruszać się po mieście. Lokalne pociągi przeważnie kończyły swój bieg na, dzisiaj nikomu niepotrzebnym, Dworcu Świebodzkim. Władze III RP wyraźnie doszły do wniosku, że skoro każda rodzina ma jakieś autko, zagracające chodniki i podwórka na których kiedyś dzieci mogły się swobodnie bawić, to dbanie o transport publiczny jest wysiłkiem, bez którego urzędnicy i budżet mogą się obejść. Oczywiście, jak twierdzi dzisiejsza propaganda, wredni władcy PRL-u robili wszystko, aby społeczeństwo nie mogło się dorobić, wobec czego chodniki służyły zgodnie z przeznaczeniem spieszonemu plebsowi, a ulice rowerzystom i nie wiedzieć jak wzbogaconym, nielicznym posiadaczom samochodów. To, że „komusza” biedota kupowała na giełdach spore ilości używanych autek za gotówkę, pomimo tego, że były droższe od nowych, jakoś współczesnym propagandzistom umyka.

            Zgrozą było to, że w coraz bardziej bezklasowym społeczeństwie, „komunie” nie udało się skasować dzielenia miłośników podróży na dziadów, hołotę, dorobkiewiczów i paniska. Bowiem poza popularną grą podwórkową, gdzie gracze byli sobie równi, a mieli po prostu szczęście wygrać, lub musieli łykać gorycz porażki, klasy istniały w PRL-u tylko w szkołach i na kolei. Ta ostatnia oferowała podróżnym klasę III, czyli otwarty wagon z drewnianymi ławkami, który możecie sobie obejrzeć na filmie Zakazane Piosenki, wagony II klasy z równie twardymi ławkami, ale podzielone na przedziały, I-szą klasę z przeważnie pełnymi kurzu pluszowymi fotelami i wreszcie luksus jaki oferowała firma Wagony Restauracyjne i Sypialne, które w niemal niezmienionej od czasu PRL formie, są dostępne od czasu do czasu również dla współczesnej zasobnej kieszeni.

      Ciekawostką dla młodych ludzi będzie fakt, że na wielu trasach powojenne pociągi w klasie I i II oferowały drzwi do każdego przedziału. Nie tylko ułatwiało to zdobywanie miejsca, ale również skracało postój pociągu na stacji. Na nieszczęście podróżników, gdy społeczeństwo się wzbogaciło, klasę III-cią zlikwidowano całkowicie, a w pozostałych ograniczono ilość drzwi. Dlaczego na nieszczęście?

         Do połowy lat 60 tych dalekie podróże nie były zbyt popularne. Mało tego, że kraj był rolniczy i większość mieszczuchów jechała pomagać rodzinie w zbiorach, aby przy okazji uszczknąć co nieco dla siebie, to narodek nie miał jeszcze powszechnych urlopów, co nie pozwalało ludowi na odkrywanie uroków, podarowanych mu przez Stalina na otarcie łez, ziem zachodnich i północnych. Dla posiadacza chętnych poznawania nowego rodziców, jakim byłem, podróżowanie w tamtych latach było cokolwiek niewygodne ze względu na twardość siedzeń, ale pełne luzu i przyjemności oglądania zmieniających się krajobrazów. Dzięki temu, w czasie kolejnych wakacji, zwiedziłem całe Wybrzeże od Krynicy Morskiej, po Świnoujskie, podziwiając jego różnorodność, od szerokich wydmowych plaż do klifów, pod którymi po dobrym sztormie nie można było przejść suchą nogą.

           W późnych latach 60 tych długie podróże w okresie kanikuły stały się niemal torturą. Część winy, poza odkrytą nagle przez wzbogacone społeczeństwo chęcią zwiedzania, ponosiły sztywno ustalane turnusy wczasowe, które niemal wszędzie miały początek i koniec w tym samym terminie. W te dni na stacjach kolejowych działy się niemal dantejskie sceny. Ponieważ w tym czasie na większości tras PKP królowały już pulmany, z nieco wygodniejszymi siedzeniami, ale niewielką ilością drzwi, trzeba było o te nieliczne miejsca siedzące powalczyć. Wobec czego rodzice wpychali dzieci, przez otwarte latem okna, aby zajęły miejsca w przedziale dla reszty rodziny. Walczący o te same miejsca dorośli, którzy dostali się do wagonu drzwiami nie zawsze szanowali prawo pierwszeństwa, ale przynajmniej dzieciaki miały miejsca siedzące, bo nawet najwięksi brutale nie posuwali się do bicia maluczkich. Co mniejsze spędzały całą podróż na kolanach rodziców. Korytarze były zapchane do niemożliwości. Zadziwiające, że takie warunki podróżowania nie budziły agresji, ale raczej ucieczkę w humor. Sypały się kawały na różne tematy, a także zjadliwe uwagi na temat „komuny”, która oczywiście była wszystkiemu winna. Bywało też, że wagon rozbrzmiewał śpiewem. Ludzie zawierali nowe znajomości, bo jak wiadomo rozmowa i rozrywki przyspieszają bieg czasu. Jedynie w składach, które posiadały wagony restauracyjne WARS u można było od czasu do czasu nieco odetchnąć . Obsługa wagonu dbała bowiem o rotację klientów, którzy musieli w nim coś zjeść lub wypić i ustąpić miejsca innym. Oczywiście zyskiwali na tym klienci bogatsi, bo było ich stać na kolejne, wcale nie tanie, dania i napitki, co pozwalało im okupować stoliki dłużej. Ktoś mógłby mylnie zauważyć, że skoro byli bogatsi, to mogli jechać klasą I szą aby uniknąć niewygód. Mylnie, gdyż w czasie zmiany turnusów, korzystający z PKP mogli zapewnić sobie jedynie miejsce stojące, bez względu na cenę biletów. Z jednym wyjątkiem, którym były wagony sypialne WARS u. Tak mogły jednak podróżować jedynie elity. Nie tyle ze względu na cenę, ile bardzo ograniczoną liczbę miejsc. Trzeba było mieć nie tylko kasę ale i znajomości, aby w letnich czy zimowych miesiącach zdobyć bilet sypialny. Na dodatek wagony sypialne były rarytasem na liniach krajowych. Nie wszystkie składy dalekobieżne posiadały choćby jeden taki przedmiot marzeń podróżników.

            Niestety – nie wszystko złoto co się świeci. Dzięki wujkowi w DOKP, miałem okazję podróżować kuszetką z Wrocławia na Hel. Podróż koszmarnie długa, więc trzeba się było uciec do znajomości, ale poza brakiem tłoku, wcale nie taka przyjemna jak się wydaje. Przede wszystkim było gorące lato nie dające wytchnienia nawet nocą. Oczywiście w tamtych czasach jedynie otwarte okno robiło za klimatyzację, a mnie jako najmłodszemu dostała się z przydziału rodzinnego górna prycza. Inaczej tego, ze względu na twardość i wymiary, nazwać nie można. Prycza w czasie jazdy skrzypiała niemiłosiernie, co w zasadzie samo w sobie uniemożliwiało sen. Na dodatek była zamocowana powyżej okna, a jak wiedzą miłośnicy fizyki ciepłe powietrze lubi sufity, więc miałem warunki jak w łaźni parowej. Oczywiście okno było otwarte, ale jeżeli nawet dochodziły do mnie jakieś podmuchy powietrza, to było ono też gorące. Sporą część nocy spędziłem więc na pustym korytarzu, gdzie mogłem do woli korzystać z przyjemności jaką dawała głowa wystawiona za okno. Dzień, po nieprzespanej nocy, też nie przyniósł ulgi bo wzrosła znacznie temperatura, a na dodatek, wraz z początkiem Półwyspu helskiego pociąg, teoretycznie pospieszny, przeistoczył się w żółwia. Wspaniałe widoki nieco rekompensowały niewygody, ale wkrótce zaczęto żartować, że do morza jest tak blisko iż można wysiąść z pociągu, popływać dla ochłody i wrócić do wagonu. Niestety, po tej luksusowej podróży czułem się tak zmęczony, że po zainstalowaniu się na Helu, nie odważyłem się wypłynąć w morze głębiej niż do pasa. Po tym doświadczeniu następną wyprawę na Hel odbyłem z przesiadką. Na prom. Stacja Gdańsk Główny znajduje się o rzut kamieniem od portu, z którego podróż promem na Hel, w porównaniu do tłuczenia się godzinami ciuchcią, to sama w przyjemność.

                Ta sama zasada zmiany środka transportu dotyczyła również pociągów kończących swój bieg na drugim końcu Polski w Zakopanem. Nauczyliśmy się tego w czasie pierwszej zimowej podróży w Tatry. Jechaliśmy bardzo przyjemnie aż do Krakowa, bo było to w lutym, poza sezonem, więc pociąg niezbyt zapchany, a na dodatek towarzystwo w przedziale udawało się także na wczasy do Zakopanego, więc zawarliśmy pierwsze znajomości. Jakie było nasze zdziwienie, gdy w Krakowie wszyscy opuścili przedział informując nas, że dalej pojadą autobusem. Ponieważ mieliśmy bilety na całą trasę, zostaliśmy w pociągu. Zaczynając skądinąd najbardziej malowniczą część podróży, bo wszystko było pięknie ośnieżone i mogliśmy, z wijącego się jak wąż pociągu, co chwilę podziwiać wspaniałe widoki gór i dolin przecinanych wartkimi strumykami, nie spodziewaliśmy się, że ten krótki kawałek trasy zajmie nam aż pięć godzin. Pomimo tego, że lokomotywa przez cały czas wyrzucała z siebie wściekle kłęby pary, nie mogła nijak przyspieszyć biegu po zalodzonych torach. Gdy wreszcie dotarliśmy do domu wczasowego, towarzystwo poznane w pociągu wyruszało już na Krupówki. Jest w Polsce linia kolejowa, z którą zapewne nigdy nie poradzi sobie żaden rząd. To pociąg relacji Przemyśl – Szczecin, który jest na wielu odcinkach przepełniony o każdej porze roku, a w czasie wakacyjnych wyjazdów podróż nim to koszmar. W PRL bywało, że pomimo wydłużania jego składu do nieskończoności, przez podstawianie dodatkowych wagonów na kilku stacjach, nie wszyscy chętni zdobyli w nim choćby miejsce stojące. Jedyną pociechą było to, że zawsze w składzie znajdował się wagon restauracyjny. Dzięki temu było jak w piosence: „Podróżny pamiętaj! Piłeś, nie jedź, nie piłeś, wypij. WARS wita”.

 

 

Wrocław moje miasto

        Festung Breslau, jak nazwali go Niemcy, okazał się przeszkodą nie do zdobycia dla zahartowanej w bojach sowieckiej machiny wojennej. Poddał się dopiero po kapitulacji Niemiec. Miasto twierdza, zapłaciło za swoją upartość potworną cenę. Niemal połowa została zamieniona w gruzowisko. Po lądowisku na Placu Grunwaldzkim przez kilka lat hulał tylko wiatr. Nawet dzielnice nadające się jako tako do zamieszkania były gęsto upstrzone kikutami mniej lub bardziej wypalonych budynków. PRL miał swoje priorytety. Po decyzji odbudowy Stolicy, większość wolnych środków szła na realizację niezbyt udanej wizji odbudowy Warszawy. Zniszczony Wrocław został przez to dodatkowo zdewastowany przez „odzyskiwanie” potrzebnych rodzajów cegieł, nierzadko w drodze rozbiórki kamienic uszkodzonych tylko w niewielkim stopniu. Ta dodatkowa dewastacja miasta wynikała częściowo z niepewnego statusu ziem zachodnich. Wczorajsi sojusznicy zaczęli się na siebie boczyć niemal natychmiast po zakończeniu wojny. Amerykanie szybko zapomnieli, że to Sowieci stawili czoła blisko 200 – tu niemieckim dywizjom, podczas gdy alianci zachodni, przez większość walk, mieli do czynienia z zaledwie dwudziestoma. Niesnaski zaprzepaściły możliwość uregulowania powojennego porządku traktatem pokojowym, który nigdy nie został podpisany. Zwłaszcza dlatego, że Brytyjczycy byli zdecydowanie przeciwni przyznaniu Polsce ziem zachodnich i północnych, choć bez wahania wyrazili zgodę na pozbawienie jej ziem wschodnich. Niemniej obawa przed sowiecką machiną wojenną spowodowała, że Zachód nie odważył się kwestionować ustaleń z Jałty. Na szczęście dla Wrocławia, mimo niepewnego statusu miasta, „komusze”władze nie chciały go całkowicie zdewastować, lub oddać w ręce szabrowników. Historyczna stolica Śląska była dla kraju zbyt ważnym ośrodkiem przemysłowym, aby pozwolić na jej kompletny rozpad. Przypadkowo w odrodzeniu miasta pomógł Stalin. Jego bezwzględna, szybka i brutalna realizacja programu przesiedleń spowodowała, że najlepsi ludzie z „Kresów” wybrali Wrocław na swoje nowe centrum wszystkiego. Umiejętnie kierowana przez nich odbudowa spowodowała masowy napływ repatriantów ze wszystkich zakątków Europy. Ten gotujący się tygiel różnych doświadczeń, umiejętności i subkultur zbudował unikalne miasto, z którego są dumne kolejne pokolenia jego mieszkańców. Osiągnięcia Wrocławian spowodowały, że ciągle pełne ruin miasto stało się niepodważalną stolicą Ziem Odzyskanych. W zadziwiająco krótkim czasie, Wrocław stał się ponownie prężnym miastem, w którym przemysł, handel, rzemiosło, kultura, szkolnictwo, transport, budownictwo, sport i urzędy dawały szerokie możliwości znalezienia interesującej pracy wszystkim chętnym. Co nie zmienia faktu, że niektóre ruiny zniknęły dopiero za późnego Gomułki, a podparte stemplami rudery remontowano, lub burzono jeszcze za Gierka. Z niektórymi nie uporano się do dzisiaj. Tak wielka była skala wojennych zniszczeń. Ruiny w jakich przyszło mi dorastać były normalnością. Nie budziły grozy ani złych skojarzeń, tym bardziej, że rodzice nie lubili wspominać wojny, więc niewiele o niej wiedziałem poza tym, że była. Z perspektywy czasu zastanawiam się, jak to się stało, że nie tylko tolerowali nasze dziecięce zabawy w wojnę, ale jeszcze nas doposażali w żołnierzyków i inny sprzęt do jej prowadzenia. Wrocław od początku był dla mnie fascynujący. Za dnia o ile nie byłem zajęty jakąś dziecięcą grą, lubiłem się wybrać nad Odrę aby oglądać barki pokonujące śluzy. Zmiana wysokości wody w śluzach powodowała, że barki niemal niknęły w ich czeluściach, albo rosły dumnie i spoglądały z wysoka na konstrukcję, którą pokonywały z wymuszoną przez wydajność pomp powolnością. Czasem, gdy wreszcie śluzy decydowały się na otwarcie wrót i uwolnienie swoich zakładników, towarzyszyłem barkom, jadąc po nadodrzańskich wałach na rowerze. Bywało, że stopień wodny był pokonywany jednocześnie przez barki płynące w dół i górę rzeki. To był przedziwny widok, gdy jedna z nich jakby kurczyła się w sobie i zapadała, a druga rosła w oczach i spoglądała wyniośle na instalacje, które nagle malały. Gdy chciałem liznąć nieco cywilizacji wybierałem się do Rynku. W tamtym czasie było to niemal jedyne miejsce we Wrocławiu tętniące życiem od rana do późnego wieczora. Podobnie jak dzisiaj, władze dbały aby to centrum handlowo – gastronomiczne wyglądało reprezentacyjnie. W narożnym budynku przy Placu solnym działała niesamowita darmowa atrakcja, jaką była rotacyjna winda. W przeciwieństwie do normalnych wind kabinowych, na które trzeba czekać, posiadała szereg otwartych klatek, które poruszały się bez przerwy. Trzeba było do nich szybko wchodzić, lub, co robiły wszystkie dzieciaki, wskakiwać dla większej frajdy. Na strychu i w piwnicach, dół klatki był uwalniany z uwięzi, aby mogła ona zająć odpowiednią pozycję do ruchu w górę lub w dół. Oczywiście przebywanie w klatce na tych zamianach było zabronione, ale jak wiadomo przepisy są po to aby je łamać. Wrażenia niepowtarzalne. Gdy nad miastem zapadał zmrok nadchodził czas zapalaczy latarni. Większość ulicznego oświetlenia miasta zapewniały lampy gazowe. Trzeba je było uruchamiać i wyłączać ręcznie. Niezliczoną ilość razy podążałem krok w krok za panem, który długim kijem zakończonym haczykiem i zapalonym knotem otwierał zawory i nagle lampa po lampie zaczynała rozsiewać ciepłe żółtawe światło nadając ulicom nowy wygląd. Budynki zacierały widoczne w czasie dnia rany po kulach i odłamkach, ruiny nabierały nowych, czasem przedziwnych kształtów, a miasto powoli uspokajało swój rytm i gwar. Ulice pustoszały po zamknięciu sklepów, a dla nocnych marków pozostawały jedynie knajpy i dworce kolejowe. Te ostatnie lubiłem  odwiedzać po zmroku. Nie dla ich pięknej architektury, a tym bardziej zapachu. Mieszanka woni bigosu, alkoholu, potu i środków czyszczących nie jest przyjemna. Co mnie pociągało to lokomotywy. Ogromne spocone bestie, które nawet stojąc w miejscu wyrzucały z siebie kłęby pary, były jednocześnie zagadkowe i przerażające swoją mocą dla kogoś, kto jeszcze nie liznął fizyki. Zwłaszcza, gdy decydowały się wyprowadzić swoją gromadkę wagonów poza stację. Gdy ta gromadka była nieduża, odbywało się to majestatycznie, powoli cały skład drgał i nabierał tempa. Gdy skład był długi, ogromne koła lokomotywy kręciły się wściekle w miejscu zanim złapały przyczepność i udało im się zmusić swoją gromadkę do pożegnania stacji. Odbywało się to w hałasie gwizdków, kłębów buchającej groźnie pary i narastającego stukotu kół. Zadziwiająca była też para ludzi, kiełznająca tę potęgę. Umorusany, świecący nagim spoconym torsem pomocnik, który dorzucał węgla do tańczących płomieni paleniska i ubrany w elegancki mundur, często uśmiechający się do mnie, maszynista, którego jakby nie dotyczyło rozgrzane do niemożliwości wnętrze. Gdy już zaspokoiłem po raz kolejny swoją ciekawość, wsiadałem w pociąg, aby podjechać do stacji bliższej mojego mieszkania i odbyć resztę drogi pieszo przez opustoszałe, pięknie oświetlone mrugającymi do mnie porozumiewawczo latarniami uliczki.

Fantazja jest od tego………………….

                Dzieci to dziwne stworzenia. Bez szemrania akceptują zastaną rzeczywistość. Na dodatek są pełne wyobraźni, co pozwala im na zabawę niemal wszystkim co tylko wpadnie w ręce. W powojennym Wrocławiu były to niemal niezbędne cechy potrzebne do przeżycia w miarę radosnego dzieciństwa. Jak wspomniałem, dzieciakom ta otaczająca je rzeczywistość zupełnie nie przeszkadzała. Często była przedmiotem fascynacji i zabawy. Wszechobecne ruiny dawały rozliczne możliwości zabaw w chowanego, wspinaczek, poszukiwania broni, ochrony przed niepogodą, lub wścibskimi dorosłymi w czasie pierwszych doświadczeń z papierosami i alkoholem. Braki prądu pozwalały na samodzielne doświadczenia z lampą naftową, wynalazkiem pana Łukasiewicza. Brak bieżącej wody to okazja do zabawy przy studni, której w normalnych warunkach nie mogliśmy uruchamiać, gdyż była zabezpieczona łańcuchami. Brak gazu to możliwość rozpalania węgla w przeważnie nieużywanej części kuchenki gazowo – węglowej, w które wyposażona była większość powojennych mieszkań.

               Oczywiście główną bolączką tamtych czasów z punktu widzenia maluchów był brak zabawek. Priorytetem władz było zapewnienie pracy, sprawnej komunikacji    i mieszkań, a nie przedmiotów na tamte warunki luksusowych. Właśnie tutaj dzieciakom przyszła z odsieczą ich fantazja. Krawcy, na prośbę swoich latorośli, zszywali skrawki materiału w mniejsze lub większe piłko podobne kule. Mniejsze szmacianki służyły znakomicie do palanta, ówczesnej krajowej odmiany bejsbola, gdzie za kij wystarczył odpowiedni konar drzewa, lub zwykła deska. Nie było rękawic, ale nie były nam do niczego potrzebne. Palant polegał na możliwości biegania, więc szmaciankę rzucało się tak, aby dzieciak wymachujący kijem bez większego trudu w nią trafił. W ten sposób była to gra ruchowa a nie nudy czekania aż ktoś wreszcie trafi w piłkę po pół godzinie. Większa szmacianka oczywiście udawała football. Jej wadą było to, że nie dało się grac w czasie nawet małego deszczu, bo nasiąkała szybko wodą i stawała się zbyt ciężka do kopania. Duże podkładki od śrub znakomicie nadawały się do gry w szajbki, a kapsle od butelek po piwie robiły za kolarzy napędzanych pstryczkami po wyrysowanym na piasku, lub chodniku torze. Gra była szczególnie popularna w czasie trwania Wyścigu Pokoju. Niezłe były też kartki papieru. Można było je zmienić w samoloty i zrobić zawody, który dalej doleci, albo łódki śmigające po co większych kałużach. Siła napędu tych ostatnich zależała od pojemności płuc budowniczego. Gdy nie było żadnego sprzętu chcąc nie chcąc bawiono się w odwieczne gry w chowanego, klasy, berka, czy czarnego luda. Zimą natychmiast pojawiały się ślizgawki. Była taka niepisana zasada pomiędzy dzieciarnią a dozorcami odśnieżającymi chodniki, że jeżeli ślizgawki powstawały na skraju chodników to nie były posypywane piaskiem lub solą. Dzięki temu bywały zimy, gdy mogliśmy się ślizgać całą drogę do i ze szkoły, gdyż te pół kilometra było jedną długą ślizgawką. Atrakcją była też długa ślizgawka na górce w pobliskim parku, którą odważni starali się pokonać na butach, a strachliwi na tyłku. Pomalutku na rynku zaczął pojawiać się sprzęt sportowy i różnorodne zabawki, co spowodowało, że fantazja zaczęła być używana bardziej do wymyślania różnych psikusów, co dorosłym niespecjalnie przypadło do gustu, ale przecież dzieci nie lubią się nudzić.